Hisa poprawia się wygodnie w fotelu,
wyciąga dłoń, by włączyć przyciski, sprawdza kurs, zerka na
kontrolki i przełącza na autopilota. Wracam do domu.
W głośnikach szumi muzyka, ludzki
głos łagodzi dojmujące uczucie samotności. W dole obraca się
powoli wielka czerwona powierzchnia planety zakryta kobiercami
białych chmur. W górze zawisła bezkresna czerń.
Dziewczyna przesuwa palcem po tablecie.
Komunikator miała wyłączony, więc teraz z lekkim niepokojem
przegląda wiadomości z Exodus i z Acidali. Ale nie znajduje tam
niczego alarmującego. Z drugiej strony gdyby im się coś
przytrafiło, pewnie nie byłaby to sprawa dla mediów.
Na stronie Japońskiego Centrum
Kultury widnieje nieaktualny już wpis:
„Z przyczyn niezależnych od
organizatora nastąpiła zmiana tematu prelekcji, w tym tygodniu
zapraszamy do wysłuchania wykładu o łucznictwie zen.”
Hisa wbija wzrok w czerń naciskającą
na górę pokrywy kokpitu. Po chwili wahania wysyła wiadomość.
„Hej, mam nadzieję, że wszystko w
porządku. Co do tamtych wydarzeń obok Fortu – jeżeli nie czujesz
się dziwnie, to na pewno nic Ci nie jest. Nie masz pasażera. Tamten
rytuał prześwietlał dusze studentów. Trzeba się tym szybko
zająć, ale potrzebna nam będzie pomoc. Pogadamy w pracy. Z
pozdrowieniami.”
Prześwietlał dusze studentów, o
bogini, jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś wysłał mi taką
wiadomość, uznałabym go za... Na szczęście Ernest przyjmuje to
naturalnie.
Andrew... no cóż. Zacznie.
Ernest...
Hisa spogląda chwilę na mknący pod nią
świat, potem z torby przy boku wyjmuje stare etui, a z niego orle pióro.
Wcześniej nie miała pojęcia o tym,
że mogły istnieć takie ptaki. Wcześniej nie miała pojęcia o tak
wielu rzeczach.
Kiedy kilka dni temu wsiadała do
promu, czuła się fatalnie: zmęczona, chora, słaba i przerażona.
W pracy starała się trzymać fason i nie myśleć o tym, co się
jej przytrafiło podczas wolnych dni, ale sytuacja z Jacobem ją
przybiła. Dobrze, że pogadała z Ernestem, to ją ostudziło i
zdecydowała się jednak udać się w podróż, a nie szukać
pocieszenia w chmurze opium.
Bardzo chciała poprosić kogoś, by jej towarzyszył, ale nie miała pojęcia, jakby to miała powiedzieć.
I w głębi serca wiedziała, że jest to jedna z tych podróży, w które trzeba wyruszyć samemu. O świcie przypięła więc Tokugawę w ładowni wynajętego promu, wrzuciła do bagażnika torbę z kilkoma drobiazgami i pistoletem.
Co wydarzyło się potem?
Gdzie kończyła się jawa, a zaczynał
sen, narkotyczna wizja, pastelowe marzenie i najgorszy koszmar?
Więc zeszła do tej jaskini, w której
zabili bestię. I znalazła się znów w tym barze w Stalowni, ale
naprzeciw niej siedział nie Jacob, a on. I wiedziała, co zaraz się
stanie, i że nie będzie mogła nic zrobić, nie zdoła go ostrzec ani ochronić, a on umrze na jej rękach.
Kompletne przerażenie, żal, ból,
rozpacz, bezradność – czuła jak rozszarpują ją na kawałki.
Sprawią, że dasz im te uczucia, a
one nakarmią nimi Mścicieli.
Wstaje więc i wychodzi z baru, ale tam
w migotliwym świetle systemów alarmowych w ciasnym korytarzu
korwety stoi mężczyzna ze świetlistym mieczem. Jest wcieleniem
furii. Bateria w karabinie wyczerpała się przed chwilą. Prawie ramię zwisa jej bezwładnie, po placach płynie krew. Jego gniew i rozpacz zgniatają jej umysł.
Zabiłaś mojego przyjaciela!!!
Zabiłaś mojego przyjaciela!!!
Więc co? Życie za życie? Niech tak
będzie. Sprawiedliwa cena. Tym razem nie próbuje walczyć, nie zasłania się, przyjmuje cios. Korytarz zalewa czerwień...
A Hisa otwiera oczy. Na końcu
usłanej różowymi płatkami alei, w cieniu kwitnącej sakury, stoi
jej matka ubrana w błękitne kimono z kwiatowym wzorem. Uśmiecha się smutno.
Nieważne jak szybko będziesz
biec, nigdy do niej nie dotrzesz, aleja zdaje się nie mieć końca.
I tak scena za sceną, rozpada się i
składa na nowo, aż czuje, że ogarnia ją spokój.
Gdy otwiera oczy przy
ognisku na polanie, widzi, że w pobliżu stoi ta wygłodniała istota, dziwny cień,
który śledzi ją od kilku dni. Wie, że będzie szedł za nią jak
wilk za ranną zwierzyną i że w końcu czeka ją walka, do której
jeszcze nie jest przygotowana. Ale już się nie boi. To naturalny
krąg, który nie ma końca... Czy będziesz łowcą czy ofiarą? Na pewno ktoś zwycięży. Tak być musi.
Pora wracać.
Czuje rękę na ramieniu.
Czuje rękę na ramieniu.
Hisa przeciąga się, chowa pióro i
wraca do przeglądania tabletu. Przesuwa powoli listę kontaktów.
Zatrzymuje się przy jednym. Sto razy miała zamiar zadzwonić, ale
za każdym razem dosłownie spalała się ze wstydu na myśl o
decyzji, którą podjęli wtedy w magazynach. Usiłowała to wyjaśnić
racjonalnie: android był niestabilny, zabijał jednym ciosem, nie
było z nim kontaktu. Inni nie chcieli tam zejść. Ale gryzło ją,
że nawet nie spróbowała dotrzymać słowa. Nie spróbowała mu
pomóc.
Trzeba jednak zamknąć pewne sprawy.
Jest cień nadziei, że trop prowadziłby na Higiei. A stamtąd do
ojca.
Poza tym Hisa nie ma ochoty na samotny
wieczór. Po tym co przeszła ostatnio, potrzebuje odprężenia. Przegląda pospiesznie strony klubów
jazzowych, a potem wysyła wiadomość.
„Hej, tu Hisa. Chciałabym
porozmawiać. Spotkajmy się, proszę. Masz ochotę wybrać się
wieczorem na koncert do Smooth Jazzu?”
*
Gdy dociera do Acidali, oddaje prom i
zabiera Tokugawę do biura. Wraca sama do domu, wybierając dalszą
trasę i omijając wiadukt w Centrum. Bierze prysznic i zakłada
swoją ulubioną skórzaną bieliznę, splata włosy w misterny warkocz, wciąga
króciutką bluzkę, mitenki ze smokiem i czarne legginsy. Nakłada
ostry makijaż. Narzuca bluzę i zabiera plecak, w którym obok
pistoletu i kajdanek z futerkiem w starym etui leży orle pióro.
Po drodze wstępuje do ulubionej
kwiaciarni i kupuje storczyka. Odwiedza panią Wunderbaum.
*
Kozmę spotyka przed klubem. Witają
się dość sztywno.
Siadają obok siebie w bocznej loży i rozmowa
początkowo się nie klei, na szczęście niezręczną ciszę
wypełnia delikatna muzyka.
Hisa obraca w reku szklankę, chce porozmawiać o tamtych wydarzeniach, ale nie wie jak zacząć. Kozma odchyla głowę, zatapia się w dźwiękach. Wygląda zjawiskowo. Pani detektyw zagaja zatem o „nielegalsach”,
choć przez to czuje się, jakby była w pracy i prowadziła przesłuchanie, a wcale tego nie chce. Czuje też, że Kozma
wyraźnie na coś czeka. Napięcie między nimi nieomal iskrzy.
- Czy on był jedyny tego rodzaju?
- Nie.
- Czy jest ich tu wielu?
- Nie tak wielu. I nie tak mało.
- Czy oni są związani z tym, co
działo i się na Higiei?
- Nie. Absolutnie nie.
- Czego tu szukają?
- Badają ludzi.
- Dlaczego?
- Szukają odpowiedzi.
- Jakie jest pytanie?
Kozma milczy chwilę, szukając słów.
- Muzyka. Możesz ją odtworzyć, jeśli
znasz zasady komponowania. Możesz zagrać to raz i drugi, możesz
modyfikować. Zrobić coś podobnego. Ale skąd wzięły się zasady
komponowania? Jak ktoś wpadł na ten pomysł, jak tworzyć i łączyć dźwięki? Potrafią wszystko,
ale... nie potrafią być kreatywni.
-Tworzenie to... boski gest. Domena ducha. Oni nie
przekroczą tej zasłony.
- Nie?
Hisa zamawia kolejne drinki. Milczenie
zalewają coraz szybsze, mocniejsze dźwięki.
Muszę to w końcu powiedzieć.
- Słuchaj... Ja... Jest mi przykro, ale po prostu...
Tam, wtedy... nie mogliśmy postąpić inaczej. Inni nie chcieli słyszeć
nawet, żeby spróbować by...
- Kłamiesz!
Kozma zaciska usta, marszczy brwi i podnosi się powoli, więc Hisa chwyta dziewczynę za ręce i zagląda jej w oczy. Bierze głęboki wdech.
- Ech... przepraszam. Tak, skłamałam. Tak, to moja wina. Nawet nie próbowałam. Ja... za bardzo się bałam. Jest mi wstyd. I jest mi przykro. Bardzo. Czy możesz spróbować mi przebaczyć?
- Ech... przepraszam. Tak, skłamałam. Tak, to moja wina. Nawet nie próbowałam. Ja... za bardzo się bałam. Jest mi wstyd. I jest mi przykro. Bardzo. Czy możesz spróbować mi przebaczyć?
Kozma zamyka jej usta pocałunkiem,
gryzie ją w wargę.
Po koncercie jadą do domu w dzielnicy Wolności. Kochają się namiętnie, zachłannie, długo, ale nie a w tym miłości - jest czyste pożądanie.
Późnym rankiem Hisa patrzy na śpiącą Kozę i gładzi delikatnie jej włosy. Zanim się wymknie, zostawia na stoliku liścik z jednym słowem: Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz