niedziela, 22 grudnia 2024

 

Oto jest on, przypatrz się mu. Król mieczy, na tronie z kamienia, sięgający chmur, mądry i uważny. Kamienne oblicze, zimna stal wzniesiona w ręku. Słyszysz? To trzepot złotych motyli kłębiących się na jego skroni, jego korona żyje i migocze blaskiem setek złotych skrzydeł. Kamienne jest jednak jego oblicze i oczy jego są jak stal. Oto on.

Moja miłość i moja śmierć.

Jak się to stało, nie wiem, nie chcę tego słyszeć, ale słyszę, ciągle słyszę - jak huczy we mnie ten niewypłakany nigdy potok łez - po tym, jak odszedłeś Ojcze o brzasku, zostawiając mnie samą. Nigdy się z tym nie pogodziłam.

Porzuciłeś mnie, pewnie nawet o tym nie wiedząc. Ale ja, Ojcze, nie umiem porzucić ciebie.

Potrzebuję cię!

W więzieniu samotności przez kolejne dekady.

Widzisz, wycie dziecka ucichło na chwilę, gdy zobaczyłam Go wśród płomieni, z mieczem w ręku, tak pięknego i zachwycającego, porażającego mocą, obezwładniającego siłą.

Nie kochałam nigdy, za wcześnie odebrałeś mi życie, dając wieczność.

Dlatego teraz nie wiem, co zrobić.

Jego miłością jest walka, pancerzem samotność.

Nienawidzi mnie.

Ale sam ten ból jest słodki i upaja jak śmierć, daje rozkosz.

On jest dla mnie Ojcze, jak słońce dla ciebie. Uzależnia, wzywa, zabija.

Tak bardzo mi ciebie brakuje. Tak dobrze, że ze mną jesteś.

Ojcze mój,  Jonatanie.