Potem wielokrotnie
usiłowała przypomnieć sobie, czy miała wtedy jakieś przeczucia. O czym myślała,
gdy, klucząc bezwiednie uliczkami Portland, przyglądając się w szybach okien,
pochylając nad kwiatami, wsłuchując w odgłosy miasta, skręciła raptem w jedną z
wąskich uliczek, w której partery i sutereny zajmowały różne mniejsze lub
większe sklepiki i warsztaty, a potem wybrała jeszcze węższą i ciaśniejszą uliczkę, w
której jej wzrok przykuł niewielki, lecz bardzo zdobny szyld. Wyglądał on nader interesująco:
dwa węże łączyły się w misternym splocie otaczając połyskujące złotem, choć mocno
już odrapane znaki, będące być może literami jakiegoś nieznanego jej alfabetu.
Zatrzymała się przy
nim i wbiła wzrok w witrynę sklepiku. Oglądała przez chwilę wystawione w niej
książki, w większości stare i grube, niektóre otwarte na pokaz, pełne
archaicznie wyglądających liter oraz dziwacznych rycin. Nad nimi na sznurach
wisiały rozmaite amulety i symbole. Obok
ksiąg stały rzędem ozdobne słoiki pełne to suszonych ziół, to jakichś
tajemniczych mikstur. Były też wyłożone na poduszkach różne monety, bransolety
i pierścienie, leżało tam także kilka dziwacznych sztyletów i szabla.
Wiedziona
ciekawością Ratri dotknęła okrągłej gałki i pchnęła drzwi. Zabrzęczał cicho
wiszący nad nimi dzwoneczek. Cyganeczce aż zakręciło się w głowie od niezwykłego
zapachu, który błyskawicznie wypełnij jej nodrza – aromat starych ksiąg wypełniających
regały niewielkiego antykwariatu, dymu kadzidełka tlącego się w rogu i ziołowe
zapachy ewidentnie unoszące się nad rzędami słoików. Na moment wszystko stało się niewyraźne, rozmyte - miała wrażenie, jakby przekroczyła granicę między jakimiś
światami i znalazła się gdzieś zupełnie poza. Czasem zdarzały jej się podobne doznania, ale nigdy nie były tak
intensywne jak tu.
Otrząsnęła
się i ruszyła wolno przed siebie, chciwie łowiąc wrażenia różnymi zmysłami. Jej palce
ślizgały się delikatnie po chropowatych grzbietach ksiąg, dotykała wiszących tu
i ówdzie wisiorków i obracała w ręku rozmaite figurki. Za przeszkloną gablotką,
wśród widać co cenniejszych szpargałów, Ratri wypatrzyła pudełko kart tarota.
Ozdabiał je rysunek karty „Świat”. Ilustracja była bardzo podobna do tej,
jaką sama miała w swojej talii danej jej niegdyś przez babkę. Wymalowano ją jednak o niebo
staranniej i ozdobiono złotymi pociągnięciami. Była piękna. Ratri położyła dłoń
na szkle i pogładziła z żalem powierzchnię. Potem spojrzała na szafkę, gdzie wisiały w
rzędzie oprawione w rozmaite ramki obrazy, tajemnicze ryciny, pełne dziwnych
zwierząt, znaków i wyobrażeń różnego kształtu i rozmiarów butli zakończonych
spiralnymi, fantazyjnymi szyjkami. Łowiła chciwie wszystkie ilustracje, aż jej
wzrok zatrzymał się na jednej z nich. Obrazek przedstawiał dziewczynę o
czarnych włosach, z chustką na głowie. Najwidoczniej była to Cyganka. Tańczyła, bo jej spódnica zdawała
się wirować, ciemne włosy okręcały się wokół jej twarzy, zasłaniając oczy. Jedną rękę podnosiła lekko,
jakby chciała uderzyć w trzymany w drugiej ręce bębenek z grzechotkami. Była
piękna i roześmiana. Pod jej stopami leżał sierp księżyca o ludzkiej twarzy, oczy miał zamknięte. Nad dziewczyną wisiało
zaś niewielkie uśmiechnięte Słońce o promieniach
tworzących symetryczny wzór. Ratri wpatrywała się w rycinę jak urzeczona. Potem
jej wzrok prześliznął się w bok. Na
ścianie jednego z regałów, obok pokaźnej kolekcji wszelkiego rodzaju lamp i
starych zegarów, wisiał drewniany pajac: kolorowy kubraczek, usta rozciągnięte w
figlarnym uśmiechu. „Radosny głupiec” – pomyślała i delikatnie pociągnęła
za sznurek, a wtedy pajac otworzył raptem oczy i fiknął rękoma i nogami, a
dzwoneczki, które miał na końcówkach czapki, zabrzęczały radośnie. Dziewczyna
zaśmiała się.
– Co tu robisz!- Usłyszała nagle nad sobą ostry
głos. Starszy mężczyzna o siwych, długich włosach zmierzył ją
zimnym wzorkiem. Wynurzył się zza paciorkowej przesłony oddzielającej sklep od
zaplecza. Złapał za kij stojący obok drzwi.
– Przyszłaś tu kraść, co? Wynocha!
Ratri speszyła się nieco i wyciągnęła przed
siebie ręce, pokazując, że nic nie wzięła.
– Znikaj mi stąd zaraz!
– Piękne karty – powiedziała, wskazując
na schowaną za szybą talię.
– Ach – głos mężczyzny złagodniał
nieco – Tak, naprawdę misterna robota. Ale nie stać cię na nie. No już, znikaj
stąd.
– Powróżyć panu?
– He? Ja, drogie dziecko, dobrze
wiem, co mnie jeszcze w życiu czeka. Na pewno nie ma tam bury od właściciela za
nieprzypilnowanie dobytku przed Cyganami. Wynocha.
Ratri ściągnęła swoje krzaczaste brwi i na jej twarzy odmalowała się uraza.
Wykonała nieznaczny gest dłonią i wysyczała w języku romani - Bodaj by cię
wypryszczyło! – potem uśmiechnęła się złośliwie do starca błyskając swoim złotym
zębem, pamiątką po pewnej głupiej bójce.
Obróciwszy się na pięcie i z uniesioną wysoko głową wyszła z antykwariatu.
*
Obóz,
który jak co roku rozbili nad rzeką tętnił życiem. Unosiły się nad nim dymy
ognisk, słyszała śmiech, gwar rozmów, śpiew, muzykę. Wielu mieszkańców miasteczka przybyło
do nich, wiedzionych czy to ciekawością czy to interesami. Z niektórymi znali
się od lat. Tu i ówdzie wróżono komuś, tu i ówdzie ktoś oglądał towary i kłócił
się ocenę. Ratri zobaczyła swoje kuzynki biegające w brzegiem rzeki, widziała
barkę swej rodziny – ojciec z kolegą naprawiali coś przy sterze, matka
siedziała przy ognisku, pilnując kociołka i rozmawiając z ciotkami. Pod drzewem chylącym się nad wodą
Ratri ujrzała swoją babkę rozmawiającą z jakąś jasnowłosą kobietą, która
ocierała co chwilę oczy i cicho coś tłumaczyła. Może chciała wróżby, może odczynienia
uroku?
Zakotwiczona nieopodal barka króla, Hanziego, też tętniła życiem. Ratri ujrzała grupkę
mężczyzn o nieprzyjemnym wyglądzie, gdy wchodzili na pokład witani jowialnie
przez szwagra władcy, który wpuścił ich za kotarę do pomieszczenia na barce,
rozejrzał się uważnie i czym prędzej zaciągnął płachty. Sprawy króla były
sprawami króla.
*
Gdy wieczorem po zmierzchu Ratri wraz z kuzynkami ruszyła na miasto, gdzie na
rynku miała się odbyć zabawa, jakoś odruchowo pociągnęła je za sobą w ową wąską
uliczkę, w której znajdował się ów tajemniczy sklepik. Rozchichotane dziewczyny
nawet nie zauważyły, że ich krewna została
z tyłu. Ratri zatrzymała się przed drzwiami antykwariatu. Za szybą wystawiono tabliczkę z napisem „Zamknięte” – co zresztą potwierdziło się, gdy spróbowała
przekręcić gałkę. W sklepie było ciemno, choć w środku paliło się nikłym
światłem kilka lampek o kolorowych abażurach. Wątłe światło ulicznej latarni słabiutko
oświetlało sklepową witrynę. Ratri już miała się odwrócić i pobiec za dziewczętami,
gdy raptem dostrzegła wpatrzone w siebie oczy. Wewnątrz antykwariatu, za ladą
wystawową, stała jakaś postać. Nie był to ów gburowaty sprzedawca, który wypędził
ją rano ze sklepu. Mężczyzna ten nie był stary, ale też nie mógł już uchodzić za młodzieńca, jego stalowoszare oczy
okolone były subtelną pajęczyną zmarszczek. Miał krzaczaste brwi i średni, przystrzyżony
starannie zarost. Jasne włosy w lekkim nieładzie spływały mu na ramiona.
Uśmiechał się delikatnie i generalnie Ratri pomyślała wtedy, ulegając
pierwszemu wrażeniu, że jest to całkiem piękny
pan. Niemniej sama jego obecność i
wbity w nią wzrok sprawiły, że poczuła się mocno nieswojo. Przebiegł ją
dreszcz.
„Pocałunek Przeznaczenia” - jak sama nazywała to w myślach wiele lat później.
Oderwała wzrok od oczu nieznajomego i czym prędzej
puściła się biegiem wzdłuż uliczki, mając nadzieję, że zaraz dogoni koleżanki.
Czuła, że serce chce jej wyskoczyć z piersi. Myślała o tym, że widział, iż próbowała otworzyć drzwi, może uważał, że chciała się włamać?
*
Choć festyn był cudowny, pełny muzyki, alkoholu i dobrej zabawy, nie umiała się nim cieszyć. Nawet gdy Fire wciągnął ją
do tańca i wysyłał jej niedwuznaczne sygnały. Przez całą noc myślała tylko o tych
wpatrzonych w nią szarych oczach.
*
Następnego dnia cały obóz spał do późna i
popołudnie wszystkim upłynęło bardzo leniwie.
Ratri wymknęła się z przyjaciółkami nad rzekę.
- – A my widziałyśmy! Widziałyśmy
wszystko! – głos kuzynki ociekał zarazem radością i złośliwością.
– Widziałyśmy, jak Fire tobą
obraca!
Ratri przewróciła oczami, wyciągając nogi i mocząc stopy w rzece.
- – Chcesz, żeby cię porwał? Robisz się stara!
Koleżanki zapiszczały, gdy Ratri energicznie
bijąc stopami wodę ochlapała siebie i wszystkie wokoło.
– A kto to jest Fire? – zapytała udając
zdumienie.
– Mówią o nim – Julia ściszyła głos – że ma usta
słodkie jak dojrzałe maliny.
– Mówią o nim – głos Gili wyrażał zachwyt –
że ma oczy czarne jak zimowa noc.
– I mówią o nim, że ma...
Cokolwiek powiedziała Zara, wywołało to salwę
śmiechu i rumieńce zażenowania.
– Mówię ci – Julia klepnęła Ratri w ramię-
słyszałam jak mówił chłopakom, że się z tobą rozmówi! I że porwie. Będziesz jego
żoną!
– Rooodziiina
jeeeego caaaałkiem poooorządnaaaa... – Zara wymówiła każde słowo z przeciąganiem, usiłując naśladować mentorski ton nestorki rodu.
– I nie boi się, tego, co mówią o tobie.
– Tak? –
Ratri wbiła wzrok w kuzynki. – A co mówią?
Śmiech nagle zamilkł. Zrobiło się niezręcznie.
– A takie tam... - rzekła Gili ze skruszoną minką.
– Dobrze wiesz, że karty cię kochają... Że jesteś widząca. Karty są zazdrosne!
– I inni się boją.
Ratri wzruszyła ramionami.
– To zapytaj Losu, czy to Fire cię porwie! –
rozkazała Zara.
Ratri zaśmiała się i wyciągnęła nogi z wody.
Dziewczyny ruszyły pod rozłożyste drzewo rosnące nieopodal. Cyganka wyjęła z głębokiej, wszytej w spódnicę kieszeni
talię tarota, zapytała głośno, czy Fire ją porwie, po czym tasowała chwilę karty,
obracając je kilka razy, aż w końcu rozłożyła stos na trzy
części.
– No więc – zmarszczyła brew przyglądając się rewersom, które wszystkie były
ułożone w pozycji odwrotnej – Już nie
musicie być o mnie zazdrosne. Nie porwie mnie.
Zara zrobiła rozczarowaną minę i zagwizdała z
dezaprobatą, reszta zaś krzyknęła radośnie, ale zabawę przerwały nawoływania z
obozu.
Kuzynki Ratri podniosły się zaraz i pobiegły
przodem, ta zaś została, by pozbierać i poukładać karty.
Wziąwszy talię do reki przetasowała ją znów
kilkukrotnie, zupełnie bezwiednie. W końcu wyciągnęła na chybił trafił jedną z
kart i obróciła ją.
Była to trzynasta karta Arkanów Wielkich.
Śmierć.
*
Tej nocy długo nie mogła zasnąć. W końcu wstała
z posłania i cichutko, by nie budzić śpiącej rodziny, wymknęła się z baraku, przerzuciła deskę i wyszła na brzeg.
Nie wiedziała w zasadzie co robi i dlaczego. Czuła w sercu dziwny przymus,
jakby coś ją wzywało. Wiedziała, że musi tam iść. Wiedziała, że musi udać się
do antykwariatu. Do człowieka o szarych oczach.
Drzwi o dziwo były otwarte. Wnętrze tonęło w
półmroku, nikłe światełka kolorowych lamp tylko delikatnie rozświetlały
ciemności. Siwooki mężczyzna stał oparty o ladę, z książką w ręku. Uśmiechnął
się do niej. Oczekiwał jej.
- – Chcę, byś mi powróżyła –
powiedział.
Zaprosił ją gestem na zaplecze, gdzie wśród skrzynek i rupieci stał
mały stolik, przy nim zaś dwa krzesła.
Ratri dała się zaprowadzić na miejsce, mężczyzna szarmancko przysunął jej krzesło
i usiadł naprzeciw . Co wtedy czuła?
O czym myślała?
Tak, była przerażona. Sam na sam w nocy z obcym
mężczyzną, nikt nie wie, gdzie ona jest. Jeśli zechce ją skrzywdzić, nic go nie
powstrzyma. Z drugiej strony miała jakieś głębokie przekonanie, że jest tu,
gdzie musiała być i że wszystko ułoży się tak, jak musi się ułożyć.
– Musimy zapalić świecę, proszę pana – powiedziała.
– Obawiam się, że to wykluczone. Czy bez tego się nie da?
Ratri pokręciła głową.
– Spróbujmy.
Podała mężczyźnie karty, poleciła mu, by trzymał je dłużej myśląc o tym, czego
chce się dowiedzieć, a potem by tasował je, póki nie poczuje, że to już. Potem
odebrała od niego talię. Gdy jej dłoń dotknęła jego dłoni uderzyło ją nagle
dziwne uczucie, słodkie i obezwładniające, dziwny prąd, który rozpoczął się w
opuszkach palców, a potem przebiegł przez jej ciało. Choć z drugiej strony
zaskoczył ją chłód, który od niego bił.
Spojrzała mu w oczy, a on uśmiechnął się do
niej.
Ratri skupiła się na kartach, rozłożyła je na stole w układzie krzyża
celtyckiego i wbiła wzrok w obrazy, oczyszczając umysł i otwierając się na
znaczenia. Milczała chwilę, wodząc oczyma po obrazkach, a potem rozpoczęła czytanie, wskazując palcem poszczególne karty. Słyszała wypowiadane przez siebie słowa, ale właściwie to, co mówiła, zdawało
się płynąć gdzieś poza nią.
Jeks. Sytuacja obecna. Głupiec. Zrobiłeś
już wszystko i nie możesz stać w miejscu. Pora wyruszyć w nieznane. Otwierają się zamknięte dotąd
drzwi. Stoisz na granicy między tym, co znane, a tym, co woła cię z przyszłości. Dobiega
końca okres wahań i niepewności. Spójrz - wskazała palcem na inną kartę - to już za tobą. Dziewiątka Mieczy
zostaje w mroku. Ty ruszasz ku światłu i musisz mu zaufać. Głupiec nie wie,
dokąd prowadzi go droga. Jest nią
onieśmielony. Ale jednocześnie dość ciekawy i dość śmiały, by wiedzieć, że czas
iść. To wystarczy.
Mężczyzna słuchał w skupieniu.
Duj. Wyzwania. Księżyc. To oczywiste, że dręczy cię niepewność, boisz się zmiany. Boisz się, że
ulegasz złudzie. Ale musisz zaufać swojej intuicji.
Trin. To co mówi twoja
dusza. Hierofant – archetyp
nauczyciela, mentora. Wiesz, że jest wiedza, którą musisz przekazać, tradycja,
która musi trwać. Twoje doświadczenia, twój ból, twoje poszukiwania — wszystko
to możesz zmienić w dar dla innych.
Shtar. To, co odchodzi. Dziewiątka Mieczy
– już wiesz, że twoje obawy, noce pełne niepokoju zostawiasz za sobą.
Pandż. To, co na horyzoncie. Cesarzowa. Twoim celem nie jest tylko wiedza – twój
cel to bliskość, tworzenie, obecność. Widzisz? Cesarzowa czeka na ciebie — to
symbol życia, czułości, ciała, miłości. Oddaj światu nie tylko swoje myśli, ale
i serce. Rodzina, jaką możesz stworzyć. Krew z krwi, dusza z duszy. W twoim życiu pojawi się... dziecko? A może wierny przyjaciel,
z którym będziesz mógł się dzielić sobą?
Szow. Najbliższa przyszłość. Spójrz, to As
Buław – początek działania, energia. Wkrótce pojawi się jakiś
znak – błysk, pomysł, olśnienie. Nagle otrzymasz odpowiedź na twoje pytanie. Coś,
co przypomni ci, że masz prawo tworzyć, kochać, zaczynać.
Efta: Ty sam w tej sytuacji. Gwiazda. Ta karta oznacza dar
uzdrawiania, przewodnictwo duchowe. Połączenie z boską inspiracją. Możesz stać
się światem dla innych. Zobacz...
Oxto. Wpływ innych. Dziesiątka Kielichów –
dom duszy napełnionej po brzegi. Dopełni się to czego pragniesz, otrzymasz
bliskość, stworzysz rodzinę. I
ktoś już tam czeka na ciebie.
Enja. Nadzieje i lęki. Szóstka Mieczy – Nie musisz się bać zmiany. Ona nie zabierze ci
niczego. To co trudne mija. Masz nadzieję na
lepsze.
Desz: Co otrzymasz. Świat. Domknięcie
cyklu, spełnienie. Oto kończy się twoja wędrówka, docierasz do końca,
znajdujesz nowy świat i nowe życie.
Oczy Cyganki napotkały oczy mężczyzny –
szeroko otwarte i zdumione. Trwali przez chwilę w ciszy, a potem Ratri odwróciła wzrok, zaczęła zgarniać karty ze stołu. Niemal czuła dziwną ekscytację
nieznajomego. Dostał pomyślną wróżbę. Cokolwiek go dręczyło, mógł odetchnąć.
Mężczyzna wstał powoli i ruszył ku wyjściu na sklep. Szarmancko przepuścił Ratri w przejściu.
Kiedy przechodzili między regałami, zatrzymał
się nagle i dał Cygance znać, by
poczekała. Kluczykiem otworzył przeszkloną witrynę. Podał dziewczynie zdobne pudełko z kartami, to, które wywołało wcześniej
jej zachwyt.
- – – Zapłata za wróżbę, Ratri. Mój pierwszy dar – powiedział
cicho.
Dziewczynę ogarnęło zdumienie, nigdy nie
wyjawiała obcemu swojego imienia. Niemniej przyjęła podarunek i dygnęła lekko. Skąd
wiedział, że o tym marzyła?
Chciała ruszyć w stronę drzwi, lecz gdy tylko się obróciła, poczuła ręce na swoich ramionach. Chciała krzyknąć, chciała się wyrwać, jednak sparaliżowało ją przerażenie, a potem raptem poczuła, jak jego usta muskają jej szyję, jak
przenika ją ból i jak ogarnia ją uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznała.
Nie wiedziała co się dzieje, ale przepełniła
ją absolutna rozkosz, potężna i
obezwładniająca. Słyszała szum w uszach, dudniące bicie swojego serca, falę
przyjemności zalewającą ją z każdym uderzeniem, coraz wolniej i wolniej. Jej dłonie opadły bezwładnie. Poddała się, czując, że umiera z rozkoszy. Jęknęła cicho osuwając
się w mrok.
*
Gdy otworzyła oczy, leżała na swoim posłaniu na barce. Musiało być koło
południa. Poruszyła się ostrożnie, ale obezwładniała ją słabość. Podniosła się
z trudem i dotknęła szyi.
– Co on mi zrobił? – pomyślała szukając placami
rany, ale nie znalazła niczego. – To był sen...?
Wstała z trudem i wyszła na zewnątrz. Światło oślepiło ją mocno. Zobaczyła przerażone
oczy swoich rodziców siedzących przy ognisku. Babka bez słowa podała jej kubek
z ziołowym naparem. W jej oczach widziała... smutek? Strach? Gniew?
– Nie mogliśmy cię dobudzić od dwóch dni... –
powiedział ojciec.
– Byłaś taka zimna. Co ci jest, boli cię coś?
Ratri pokręciła głową i pociągnęła solidny łyk
napoju. Zaraz zrobiło jej się cieplej.
– Nie wiem... Chyba się pochorowałam. Miałam
dziwny sen...– wyszeptała.
Gdy poczuła się nieco lepiej, poszła nad
rzekę. Usiadła pod drzewem i bezwiednie sięgnęła do kieszeni spódnicy. Wyczuła pudełeczko
i wyciągnęła je. Zamarła z przerażenia. Było to zupełnie nowa talia kart, z pięknymi
rysunkami ozdobionym złotymi pociągnięciami.
*
Czytałam mu jego przyszłość. Czytałam mu
swoją przyszłość. Czytałam swój własny wyrok.
*
Dość szybko doszła do siebie, zniknęło uczcie
zimna i zmęczenia. Znów za dnia z kuzynkami krążyła ulicami miasta, wróżyła
przechodniom, podkradała rzeczy i jedzenie. Dziewczyny jednak stwierdziły, że
coś jest nie tak, bo posmutniała wyraźnie, stała się cicha i skupiona. Nawet
wzmianki o Fire przestały wywoływać jej uśmiech.
Piątej nocy od feralnego spotkania znów poczuła nieodparte pragnienie powrotu do szarookiego mężczyzny.
Tym razem czekał na nią przed sklepem i zabrał na spacer po mieście, a potem na
kolację w portowej restauracji. Niektórzy oglądali się za nimi – dystyngowany przystojny jegomość
w gustownym garniturze i bosonoga, młoda, do tego niezbyt urodziwa Cyganka stanowili dość egzotyczny duet. Mężczyzna
kupił jej jedzenie, jakiego nigdy jeszcze nie kosztowała, sam zaś zamówił dla
siebie tylko lampkę wina i właściwie to nawet jej nie tknął.
Wypytywał ją taktownie o jej życie, interesowały go zwyczaje Cyganów i życie jej klanu. Intrygowało go, kto ją uczył czytania z kart, czy często
udawało jej się trafnie przewidzieć przyszłość. Nie śmiał się wcale, gdy
opowiadała mu o swoich wizjach, o głosach, które czasem do niej szepczą, o
cieniach, które widuje. O wszystkim, co tak przerażało innych. Czuła, że może
mu to wyznać, a on zrozumie.
– Wrażliwość, która przedziera się przez zasłony... – powiedział w pewnej chwili, ni to do siebie, ni do niej.
A z drugiej strony wstydziła się bardzo, wykształcony i oczytany
mężczyzna używający słów, których znaczenia czasem ledwo się domyślała robił na
niej piorunujące wrażenie. O czy mogła mu opowiedzieć? O miastach które odwiedzali,
o tradycjach, o pięknie lasów i sekretach rzeki, o wschodach słońca i ogniskach
po zmroku? Bajki, które opowiadała jej babka?
On miał taką dziwną aurę, która przerażała ją
i jednocześnie fascynowała. I patrzyła na nią tak, jak nikt nigdy dotąd. Nie znała go wcale, a wydawał się taki bliski.
Nie zapytała go wtedy, co właściwie stało się
tej pierwszej nocy. Choć jej ciało pamiętało tę ogromną przyjemność, starannie
wypierała się tego, że pragnie jej zaznać znowu.
Przed północą odprowadził ją na barkę. Obóz
tętnił życiem i Ratri z przyjemnością obserwowała mężczyznę, jak zatrzymywał
się i przyglądał z zaciekawieniem jej ziomkom, jak rozmawiał z ludźmi, nabył
kilka staroci i książek od handlarzy. Widziała też spojrzenia umierających z
ciekawości kuzynek, ale nie zwracała na nie zupełnie uwagi. I tylko babka... babka spojrzała na niego z przestrachem. Ratri widziała jak mamrocze, żegnając się ukradkiem.
*
Rankiem obudziły ją podniesione głosy. Babka kłóciła się o coś z innymi. Mówiła, że to miejsce ma złą aurę i że powinni odpływać. Król, Hanzi, nie chciał o tym słuchać, miał jeszcze sprawy do załatwienia.
Babka wróciła wściekła na barkę. Nieomal rzuciła się na syna.
– Pilnuj lepiej swojej córki! Nie pozwól jej włóczyć się samej po nocach!
Potem dopadła samą Ratri. Obejrzała uważnie jej szyję, jej dłonie. Zadała jej pytania, od których dziewczyna zapłonęła pąsem i tylko przysięgła na świętą Sarę i wszystkie pańskie rany, że do niczego nie doszło.
– Nie waż się więcej zbliżać do niego!
*
Tej nocy Ratri sama z siebie wymknęła się o zmierzchu i zjawiła w antykwariacie. Czekał na nią. Miał dla niej
prezent: sukienkę i buty. Poprosił ją, by usiadła na krześle i wsunął trzewiki
na jej stopy. Co to za mężczyzna, który klęka przed kobietą?
Potem wstał i obszedł ją naokoło. Poczuła jak dotyka jej włosów. Zdumiało ją zimno jego dotyku. Rozczesał je delikatnie, po czym upiął starannie. Przez cały czas siedziała
nieporuszona posłusznie oddając się wszelkim zabiegom. Co to za mężczyzna,
który plecie kobiecie włosy?
W sukienkę przebrała się poza zasięgiem jego
wzroku, ale pozwoliła mu zapiąć guziki z tyłu. Jego palce były tak zimne...
Zabrał ją do miejskiego teatru, w którym grano Hamleta. Spektakl miał bardzo
dobre recenzje. Oczywiście widok Ratri w loży wzbudził pewne szmery i
zaciekawione lornetki celowały co chwila w ich stronę. Dziewczyna jednak w
ogóle się tym nie przejmowała, tragedia duńskiego księcia, czymkolwiek była
Dania, pochłonęła ją niemal absolutnie. Gdy po scenie krążyła obłąkana z bólu
Ofelia, dżentelmen podał jej haftowaną chustkę, by otarła łzy.
- – Szaleńcy to ci, którzy ujrzeli
prawdę, a nie mogli jej znieść? – spytała go potem, gdy odprowadzał ją na
barkę.
Uśmiechnął się tylko smutno i podał
jej ramię, by mogła oprzeć się na nim. Nieprzyzwyczajone do butów stopy bolały ją mocno i zaczynały krwawić. Mężczyzna
zerkał na nią z jakimś niepokojem.
Potem zrozumiałam, co musiał czuć. Co się w nim budziło.
– A co... sądzisz o Hamlecie? Mówią, że jest to
typ człowieka, który nie może podjąć decyzji. Tylko słowa, słowa, słowa.
– Nie, nie wydaje mi się, proszę pana - powiedziała poważnie. – To typ
człowieka, który przeczuwa więcej niż inni, przygniata go ciężar. Może i jest
tchórzem. Ale cóż to jest za szlachetne tchórzostwo. Jest taki samotny...
– Odrzuca wszystko i wszystkich...
– Czy mógł inaczej, proszę pana?
– A ty umiałabyś podjąć decyzję, która wywróciłaby
twoje życie do góry nogami?
Nie odpowiedziała.
Podziękowała mu za miły wieczór i przeprosiła,
że pewnie plotła głupstwa.
– Nigdy... mnie nie uczono... Babka tylko pokazała litery i czasem brałam książki od naszego Randalla... Czasem ktoś przychodził do nas ze świata i opowiadał...
– To znakomicie się składa, że możemy zacząć od zera. O to mi właśnie chodziło. Ważne, że masz w sobie ciekawość... To cenię. Lubisz czytać?
– O tak, bardzo.
– Zatem zapraszam. Masz tyle do nadrobienia.
Ratri uśmiechnęła się do niego.
– Pan ma taką wielką zbieraninę ksiąg. Życia
by nie starczyło...
– Oj nie, o to się nie lękaj. Mamy całą
wieczność. Tak w ogóle mam na imię Jonatan. Mów mi po imieniu.
*
Ta wieczność okazał się pięcioma dniami - król
zadecydował, że niebawem opuszcza miasto, musiał bowiem załatwić pilne sprawy
na południu.
Jego barkę wypełniano różnymi skrzyniami i paczkami, ale nikt nie pytał o nic.
Rodzice też zdołali naprawić łódź i szykowali się do odpłynięcia.
Kuzynki wydawały się mocno obrażone na Ratri, która teraz nie poświęcała im za wiele uwagi - wieczorami znikała bez słowa, za dnia odsypiała nocne eskapady albo, milcząca i spięta, pomagała matce lub czytała książkę ofiarowywaną jej przez Jonatana (on potem zawsze wypytywał, gdzie dotarła i czy jej się podobało). Czuła w sercu głęboki
smutek z tego powodu, że nie umiałaby opowiedzieć swoim bliskim o tym, gdzie była i co robiła, ani co czuje.
Samo zadawanie się z gadzio było niemile widziane, a po awanturze z babką sam ojciec powiedział jej, że nie może opuszczać barki nocą i że ma oddać buty i
sukienkę.
-Nie potrzeba nam nic, a o tobie zaczynają tu gadać
różne rzeczy. Nikt nie zechce takiej, co to... Rodzina Firego patrzy na nas
wilkiem! Wstyd nam przynosisz!
Słowa ojca bolały bardzo. W końcu nie robiła niczego
zdrożnego. Jonatan trzymał taktownie dystans i nigdy nie przekraczał pewnych granic. Poza tą pierwszą nocą, która wydała się Ratri zupełnie nierealna.
*
Mimo czynionych przez ojca i babkę starań dziewczyna wymykała się po zmroku, dokładając starań, by nikt tego nie zauważał - układała tobołki na posłaniu, by inni myśleli, że już śpi i wracała niezauważona, nim ktokolwiek się zbudził. Przez kolejne noce właściciel antykwariatu zabierał ją na spacery po ciekawych zakamarkach
miasta. Raz poszli na naukowy odczyt o naturze światła, raz na koncert urządzony
w pewnym salonie. Z tej okazji dostała kolejną suknię i parę pasującą do nich butów. Tym razem o wiele wygodniejszych. Gospodyni salonu wcale nie była zadowolona, widząc śniadego gościa, ale gdy
zamieniła kilka słów z Jonatanem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle zmieniła zdanie, a jej humor wyraźnie się poprawił. Co za cudowny pomysł, że przyprowadził Cygankę! Może jej powróży?
Zaraz też zaciągnęła Ratri do niewielkiego cichego pokoiku.
– Pozwoli pani, że ja i mój przyjaciel, pan Daniels, zobaczymy jak wygląda taki seans? Może ten stary racjonalista da się wreszcie pani przekonać do tego, że istnieje coś więcej niż materia?
Pani domu wyglądała przez sekundę, jakby chciała zaprotestować, jednak w oka mgnieniu zmieniła zdanie i pozwoliła mężczyznom dołączyć.
Dawson Daniels, korpulentny dostojny jegomość z wyraźną tendencją do pewnej dozy ekstrawagancji, jeśli chodzi o dobór elementów garderoby, przyglądał się wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem. Przez cały czas czuła na sobie jego niepokojące spojrzenie: gdy wyciągała karty, gdy przyglądała się tasującej talię kobiecie, gdy rozkładała karty na stoliku. Ratri przysięgłaby, że wymieniali z Jonatanem porozumiewawcze spojrzenia, sprawiali wrażenie, jakby rozmawiali bez słów. Kiedy jednak zaczęła czytać z kart, zapomniała o tym, gdzie jest, kto ją obserwuje. Ostrzegła kobietę przed oszustem, upewniła ją, że miała rację co do tego człowieka, wskazał jej też, że obok niej jest ktoś, komu może zaufać i że to przyniesie jej spore zyski.
Po wszystkim pani domu była zachwycona i przejęta, Dawson wygłosił, acz z rezerwą, mowę, o tym, że są na świecie dziwy, o których się filozofom nie śniło, a Jonatan, dziękując za uroczy wieczór, wyprowadził dziewczynę, inaczej przez resztę nocy musiałaby stawiać tarota tłumowi chętnych pań i panów.
*
Tak upływały nieubłagalnie dni, a raczej noce, i końcu Ratri musiała powiedzieć Jonatanowi to, czego mówić nie chciała: że
odpływają i że to ostatni moment, kiedy mogą być razem.
Jonatan nie powiedział nic, wziął ją za rękę i
poszli do antykwariatu.
Tam, wpuściwszy dziewczynę do środka, mężczyzna zamknął drzwi i wprowadzając ją na zaplecze zgasił wszystkie lampy.
Ratri czuła jak kołacze jej serce. Z jednej
strony nie chciała wyjeżdżać. Nie chciała go zostawiać. Pragnęła go. Z drugiej strony znów wrócił strach. Dlaczego zamknął
drzwi? Co zamierza zrobić? Jak nierozsądnie postąpiła...Jak mogła ulec naiwnym marzeniom? Należeli do innych światów i to wszystko nie miało sensu.
– Nie bój się... Widzę twój strach i smutek. Widzę co do mnie czujesz. To takie słodkie...- Stanął przed nią i
dotknął jej policzka. Tym razem jego dłoń była taka ciepła... Ratri wtuliła się w nią.
– Przecież to nie ma sensu... – wyszeptała.
– Dlaczego?
– To była taka zabawa, prawda?
Jonatan pokręcił głową.
– To całkiem poważna sprawa. U was jest zwyczaj porywania upatrzonej osoby ? - zapytał.
Ratri spojrzała na niego zdumiona.
– Tak, ale...
– Ale?
– Trzeba zapytać starszych...
– Co? – Jonatan zaśmiał się – mam prosić o
zgodę na porwanie cię?
Ratri otworzyła szeroko oczy.
– To... niemożliwe?
– Dlaczego?
– Rodzice w życiu się nie zgodzą. Jesteś...
jesteś...
Jonatan uniósł brew.
– Gadzio...
– Gadzio...? - mężczyzna nagle wybuchnął śmiechem. – Och, to myślę, najmniejsza niedogodność.
– Babka...
– To bardzo mądra kobieta.
Skonsternowana Ratri spuściła głowę.
– Nie chcę się z tobą rozstawać, Jonatanie. Tyle mogłabym się przy tobie nauczyć. Pokazałeś mi skrawki świata, który pragnę poznać. To było tak niezwykłe,
jak w baśniach. Gdzie biedna dziewczyna spotyka... Ale to koniec baśni, prawda? No i... dlaczego ja? Zara i Julia są sto razy ładniejsze....
– Ratri...Moja droga, czy... nasze spotkanie było
przypadkowe?
To pytanie zbiło dziewczynę z tropu. Milczała
chwilę.
- – Przypadkowe? – powtórzył Jonatan wbijając
wzrok w oczy Ratri i gładząc palcami jej policzek.
– Nie ma przypadków. – powiedziała w końcu – Jest...
Jonatan pokiwał głową.
-Los. Książę dał mi prawo dekady
temu. Ale nie mogłem się na to zdecydować. Kiedy Jones powiedział mi o twojej
wizycie, poczułem, że to nie może być przypadek. Jesteś idealna. Jesteś moja.
Ratri pokiwała głową, czując płynące po policzkach łzy. Nie rozumiała tego, co Jonatan mówił. Jakie prawo? Jaki książę? Wtuliła się w niego, chłonęła jego dotyk - dłoni która, gładziła ją po policzku i drugiej, która błądziła po jej plecach, wędrowała w górę, aż zatrzymała się na szyi. Jonatan musnął ją delikatnie. Ratri zamknęła oczy i bezwiednie odchyliła głowę, by zrobić mu miejsce. Czekała i w końcu poczuła jego usta muskające jej szyję. A potem przeszył ją ból, który rozpłynął się w rozkoszy agonii.
*
Mamo, Papo. Nie szukajcie mnie. Uciekłam z ukochanym. Z nim
będę szczęśliwa. Przykro mi, że zawstydziłam Was, splamiłam imię naszej
rodziny. Nie mogę już żyć bez niego. Zapomnijcie o mnie. Nie ma sensu mnie szukać. Zapytajcie babki. Te aven baxtale,
Devlesa! Niech szczęście przyjdzie do was, idźcie z Bogiem! Ratri
*
Tabor Hanziego nie zawitał już nigdy w naszym mieście. Co roku w porze, gdy zazwyczaj przypływali do Portland, nocami przychodziłam nad rzekę, wypatrując ich. Nadaremno. Jedni mówili, że Hanzi oszukał lokalnych bandytów, wziął jakieś łupy, które miał przemycić i rozpłynął się w powietrzu, a z nim jego świta. Inni mówili, że Hanzi poważył się na zbyt wiele, nie był dość sprytny - on, jak i jego ludzie ponieśli za to straszliwą karę, a Ci, którzy ocaleli, rozpierzchli się po innych taborach.A może babka zdołała przekonać króla, że w mieście czai się Zło i że trzeba omijać ten port szerokim łukiem.
Lata później do Portland przybyli inni Romowie, innego szczepu. Nie przyjechali taborem, nie przypłynęli barkami. Pojawili się na ulicach, zaczęli zajmować mieszkania i domki w coraz nędzniejszej części Milwaukie. I to do ich króla przyszłam pewnej nocy, w godzinie rozpaczy, z propozycją.