Oparła się czołem o chłodną szybę,
pustym wzrokiem wpatrując się w
rozmazaną plamę rozmigotanego miasta.
Przesuwające się jasne paciorki świateł
wozów i szmeterlingów, rozbłyskujące neony reklam, lampy apartamentów i biurowców, latarni ulicznych i
ozdobnych podświetleń – to wszystko zdawało się pulsować tajemniczym rytmem,
którego znaczenia nie mogła uchwycić – irytowało ją to mocno, niczym wyraz,
którego nie można sobie przypomnieć,
niczym twarz, której nie potrafi się przypisać do imienia. Stała tak na progu
satori, ale oświecenie nie przychodziło.
Za mało whisky — uśmiechnęła się gorzko, lecz przyzwoitość nie pozwalała jej iść po więcej.