piątek, 13 lutego 2026

To miejsce

 

To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Malutka okrągła betonowa donica, punkt, w którym dawniej stała latarnia – teraz zamiast słupa z dziury wyrasta zabawny iglasty krzak, niczym niewydarzone drzewko bonsai:  kępki zielonych puszystych pomponów z miękkich igieł na powyginanych gałązkach. Dookoła kwitną żółte róże. Zieleń otacza ażurowe ogrodzenie z giętego metalu. Na samej donicy stoi kilka figurek, Ratri wyostrzonymi zmysłami  widzi je dokładnie– skąpany  w blasku księżyca  radosny korowód  tanich plastikowych zabawek: szopa pracza, pieska, sarenki - obok nich mała ławeczka i piernikowy domek  z nakrapianym dachem. Nierzeczywisty wycinek rzeczywistości,  absurdalny - jakby zabrany ze snu dziecka.


W zaparkowanym nieopodal  samochodzie siedzi policjant. Przed nim ostrzegł ją Brian, który teraz czeka w pobliskim zaułku. By nie budzić podejrzeń wampirzyca ukryła się w cieniu i stała niewidzialna.

Teraz Ratri przygląda się aurze funkcjonariusza, pełnej znużenia, przetykanej gęsto pasemkami irytacji. Po cholerę go tu wysłali? Tak, ktoś zgłosił napad, wrzask kobiety, tak, jest plama krwi. Ale czyjej? Co tu zaszło? Czemu to nie ma monitoringu…? Ta obserwacja nie ma sensu. Ratri przytakuje w duchu. Co tu ma sens?

Podchodzi jeszcze kilka kroków do miejsca wskazanego jej przez Brujaha.  Znajduje bez trudu czarne ślady na asfalcie, jakby rozbryzgi krwi. Kuca przy nich i powoli wyciąga rękę.


Czuje… strach. Co zobaczy, gdy przywoła wspomnienia tego miejsca? Co ją dotknie?
Doznawała już porażających myśli, współcierpiała z umierającym w płomieniach Calebem, konała ze schwytanym przez łowców Nosferatem. Ból jest tak potworny, tak rzeczywisty, że niemal ją zabija, a na pewno zostawia blizny na jej duszy.  Ale musi wiedzieć. Musi wiedzieć – czy duch powrotnik mówił prawdę? Musi wiedzieć, by pomóc Brianowi. Wyciąga więc dłoń, jej palce dotykają brunatnych plan.

Czarny wilk, jestem czarnym wilkiem. Albo nie! Jestem czarnoskórą kobietą. Tak niesamowicie piękną, moja skóra jest jak heban, moje futro jak noc. Chcę uciec, potwornie się boję, chcę uciec, ale nie daję rady. Zauważyłam niebezpieczeństwo zbyt późno. W moje ciało wbija się coś z ogromnym impetem, sześć ostrzy palących srebrną agonią, eksplodują w środku mnie, głęboko pod skórą, rozrywają moje ciało żywcem.  Wrzeszczę przeraźliwie z bólu. Wyję. Tarzam się, skręcam się w agonii, umieram skamląc, umieram nagle, gwałtownie, ale nadal za wolno, to tak potwornie boli. Umieram.


Byłam… piękną kobietą, byłam czarną wilczycą.


Przez umysł Ratri w ułamku sekundy przepływa potężne wyładowanie uczuć. Ból i strata, strach och…i gniew, i… rozpacz. I miłość… Kochałam cię niebo, Słońce, Księżycu. Matko. I ciebie, ciebie…

Ratri cofa rękę. Stara się nie krzyczeć, zasłania sobie usta. Tkwi zwinięta w cierpieniu nad plamami krwi i dobrą chwilę zajmuje jej, by się wyprostować, podnieść z kolan, a potem chwiejnym krokiem ruszyć w stronę zaułka, w którym czeka na nią Brujah.

Gdy dociera na miejsce i pojawia się obok Briana, nie jest w stanie nic powiedzieć. Opiera się o ścianę i zsuwa po niej powoli, wciąż zasłaniając usta rękoma, jakby się bała, że w każdej chwili może wydrzeć się z niej współdzielone z wilczycą wycie. Nie myśli nawet o tym, że jej nagłe pojawienie się zaskoczyło Brujaha, który zdołał jakoś nie zareagować instynktownie i nie uderzyć jej. Ratri zwija się w kłębek u jego stóp i… płacze. Płacze rozdzierająco.

 – Co… co zobaczyłaś…? – pyta Brian sucho, nienaturalnie spokojnym głosem.

Odpowiada mu dopiero po chwili, gdy w końcu może zapanować nad sobą.

– Bardziej… poczułam… Taki… taki straszny ból.

– Co… poczułaś…? – pyta Brian łamiącym się głosem.

Odpowiada mu cisza.

– Proszę… powiedz – cedzi Brian przez zaciśnięte zęby.

– Ostrza… ostrza ze srebra…

Ratri podnosi  głowę i wbija oczy w Briana. W jej wzroku jest wyrzut. „Wypierałeś się!”  

– Nie ma…- cedzi Brujah – żadnego… przepisu Maskarady… który bym naruszył.

Ratri kiwała głową i  znów zwija się w kłębek. Nie patrzy na Briana, kiedy relacjonuje mu swoją wizję.

– To było… dziwne. Jakby… sześć… srebrnych ostrzy? Naraz wbiło się we mnie i…. rozszarpało mnie…

Nastaje długa, ciężka cisza.

– Twoja wizja… została urwana… bo ta osoba nie żyje? – w głosie Brujaha jest tyle rozpaczy.

Ratri nie odpowiada  na to pytanie. Brian znów słyszy  jej cichy szloch.

– Rozumiem… – odpowiada cicho. – Chyba... Pójdę... Już... - Zaciska mocno ręce  i cedzi słowa w dziwny sposób - To... Nienajlepszy... Pomysł... Bym przebywał... Wśród... Innych... Teraz... Nie chcielibyśmy... Naruszenia... Maskarady.

Ratri wbija w niego wzrok. – Wybacz mi – myśli i  podejmuje decyzję, brutalnie sięga do emocji Brujaha. 

Całą siłą swej woli wbija się  w jego umysł. Wydaje się, że dzika, sinoniebieska furia Briana nie jest już możliwa  do powstrzymania, a jednak Malkaviance się udaje i gwałtownie tłumi narastający w wampirze szał, dławi go i wycisza.
Nienawidzi się za to, ale wie, że musi to zrobić. Dla jego dobra.

Brujah zatrzymuje się i odwraca.

– Jak… jak długo to działa? – pyta  zmęczonym, pustym głosem.

– Może… z godzinę. Odwieźć cię gdzieś?

– Nie… w godzinę… dojadę w ustronne miejsce.
Dziękuję. – dodaje po chwili.

Ratri obserwuje plecy towarzysza, który odchodzi przygarbiony i złamany.

Spazmy bólu doznanego w wizji wciąż nawracają w jej umyśle, przelewają się przez nią rozpacz i żal, ale w końcu podnosi się powoli i sunie w stronę swojego samochodu.
Nie powiedziała mu, o czym myślała, umierając.

Ale chyba gorszy od tego bólu i smutku jest strach, który ją raptem dopada.
Irracjonalny, potworny lęk o Verity. Co bym zrobiła, gdybym straciła tę, którą kocham…? Co by mi zostało?

Zemsta? Czekanie na świt?


Stara się nie myśleć o wilczycy.

To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Ona tak bardzo go lubiła.

 

 

 

 

sobota, 19 lipca 2025

Noc

 

Noc była chłodna, ale pogodna. W oddali błyszczała tętniąca łuna miasta, ale tu panowała ciemność  i gdy Ratri zamknęła wreszcie drzwi ciężarówki odebranej Łowcom i spojrzała w górę, mogła podziwiać rozlaną pięknie na niebie Drogę Mleczną.
 
Ostrożnie odłożyła wykręcone z wozu świetlówki UVA – dołączyły do sterty naszykowanych do wywózki przedmiotów. Wcześniej rozkręciła szklane trumny, w których więziono ofiary, i wrzuciła je w krzaki. Były strasznie ciężkie, ale użyła vitae i jakoś się jej udało. Wpakowała do znalezionego w szafkach worka kołkownice, osobno odłożyła leżące w zabezpieczonej skrzyni granaty fosforowe. Wyciągnęła też przydatne narzędzia. Zostawiła lodówkę i kamery. Miała nadzieję, że  pozbyła się wszystkiego, co mogło budzić pytania u ludzi, i odłożyła wszystko, co sama mogła wykorzystać lub spieniężyć. Obeszła wóz i wdrapała się zręcznie na dach naczepy ciężarówki. Położyła się na nim na wznak, wbijając wzrok w niebo.

Minęło już ponad sto lat odkąd otworzyła oczy będąc po drugiej stronie życia,  ale za każdym razem, gdy patrzyła na gwiazdy, przeżywała ten sam zachwyt – wyostrzone zmysły wciągały ją w bezkres, niemal czuła, jak unosi się i roztapia w nim, jakby nurkowała w ciemność, w którą ktoś wmieszał niestarannie pasma świateł.

Pozwoliła sobie na chwilę nieważkości.

Ale dość szybko  dotyk wiatru, szum drzew, dalekie i stłumione odgłosy miasta oraz ciche nocne życie istot zamieszkujących pobliską łąkę i las sprowadziły ją z powrotem.  Podniosła się i usiadła na krawędzi dachu, wbijając wzrok w ciemność.

Ruiny dawnego warsztatu zdążyły  już w dużej mierze zarosnąć. Z tyłu ukryta była klapa i wejście, wąski tunel prowadzący do pogrążonej w totalnym mroku piwnicy z wejściem zabezpieczonym skomplikowanym zamkiem. Mieszkała tu kiedyś, ale odkąd spalono to miejsce, ani razu doń nie zajrzała. Nie miała wiele, ot miejsce do sprania, ubrania na zmianę, kilka pomniejszych bibelotów, jakie zostały po Jonatanie. Zostawiła to jednak, przesączone zapachem dymu i zagrożenia.

-Tak bardzo chciałaś z nimi jechać… - Głos Jonatana był cichy, ledwo odróżnialny od szumu wiatru. - Verity cię zaprosiła… Przecież ją lubisz. I ona chyba już ci wybaczyła to, co się stało. Ją też chciałabyś zobaczyć. Chciałaś zobaczyć ich radość, że udało wam się ocalić Emily. Chciałaś zobaczyć JEGO…

Ratri milczała chwilę.

-Musiałam to uprzątnąć – powiedziała wreszcie w pustkę.- Poza tym to JEGO domena.

-Wiesz, ze Brian żartował mówiąc, że nie możesz przekroczyć granicy bez pozwolenia.

-Żartował? Wbił sztylet prosto w moje serce. Zresztą przecież sam by nie wpadł na to. Musiał to usłyszeć. Od kogo mógł to usłyszeć. Ojcze…? - w głosie Ratri zabrzmiało rozgoryczenie. - Poza tymnie chcę też, by ktokolwiek pomyślał, że ratowałam ją  interesownie.

-Ale przecież robiłaś to interesownie – w głosie Jonatana dało się usłyszeć rozbawienie.

Cyganka ukryła twarz w dłoniach.

-Ale i tak to dla niego nic nie znaczy. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić… Jak mu udowodnić… Może chociaż doceni to, że nie zepsuję mu wieczoru swoją obecnością.

- Nie chcesz konfrontować marzeń z rzeczywistością.

- Nie chcę.

Jonatan nie odpowiadał dłuższą chwilę i Ratri siedziała w absolutnej ciszy  bezruchu.

Na horyzoncie powoli zaczynało robić się szaro. Do świtu zostało jeszcze nieco czasu, ale wampirzyca poczuła niepokój. Otuliła się swoją chustą. A jeśli nie przyjadą? Jeśli zjawią się za późno?  Zawsze może spróbować otworzyć klapę. A może…

-Co odkryłeś ojcze, wtedy, o świcie?

Zadawszy to pytanie Ratri czuje nagle, jak jej ciało unosi się. Nad nią obraca się szybko potężna Droga Mleczna, potężny wir galaktyk wchłania ją. Jej ciało rozpływa się, rozciąga, staje się coraz cieńsze i cieńsze, jak struna, jak nić. Słyszy głos, ale nie umie powiedzieć, czy  to Jonatan.

Na początku było słowo. A słowo jest falą. I światło jest falą. Wszystko jest falą.  Musisz zestroić się . Przełamać dysharmonię, w którą cię wtrącono. Wszystko jest falą.   Cały wszechświat faluje. Jesteś oceanem. Oceanem w oceanie w oceanie w oceanie w oceanie. Falujemy. Bezruch to kres, tylko bezruchu musisz się bać. Ale On. On zawsze dotknie napiętej powierzchni. Wywoła fale. Wystarczy się na nowo zestroić się ze światłością.

Ratri nie wie, ile to trwa, gdy odzyskuje świadomość niebo na wschodzie robi się coraz bledsze. Z daleka słychać jednak warkot silników, coraz głośniejszy i głośniejszy. Jadą.

Zeskakuje z dachu. Zaraz wpakuje odłożone rzeczy do bagażnika podstawionego samochodu, ustali podział doli  i wróci do miasta, zanim słońce uciszy dysonans jej obecności na tym świecie.

Tym razem nie sprawdzi, czy umie to zrobić.

czwartek, 17 lipca 2025

1921

 Potem wielokrotnie usiłowała przypomnieć sobie, czy miała wtedy jakieś przeczucia. O czym myślała, gdy, klucząc bezwiednie uliczkami Portland, przyglądając się w szybach okien, pochylając nad kwiatami, wsłuchując w odgłosy miasta, skręciła raptem w jedną z wąskich uliczek, w której partery i sutereny zajmowały różne mniejsze lub większe sklepiki i warsztaty, a potem wybrała jeszcze węższą i ciaśniejszą uliczkę, w której jej wzrok przykuł niewielki, lecz bardzo zdobny szyld.  Wyglądał on nader interesująco: dwa węże łączyły się w misternym splocie otaczając połyskujące złotem, choć mocno już odrapane znaki, będące być może literami jakiegoś nieznanego jej alfabetu.

Zatrzymała się przy nim i wbiła wzrok w witrynę sklepiku. Oglądała przez chwilę wystawione w niej książki, w większości stare i grube, niektóre otwarte na pokaz, pełne archaicznie wyglądających liter oraz dziwacznych rycin. Nad nimi na sznurach wisiały  rozmaite amulety i symbole. Obok ksiąg stały rzędem ozdobne słoiki pełne to suszonych ziół, to jakichś tajemniczych mikstur. Były też wyłożone na poduszkach różne monety, bransolety i  pierścienie, leżało tam także kilka  dziwacznych sztyletów i szabla.

Wiedziona ciekawością Ratri dotknęła okrągłej gałki i pchnęła drzwi. Zabrzęczał cicho wiszący nad nimi dzwoneczek. Cyganeczce aż zakręciło się w głowie od niezwykłego zapachu, który błyskawicznie wypełnij jej nodrza – aromat starych ksiąg wypełniających regały niewielkiego antykwariatu, dymu kadzidełka tlącego się w rogu i ziołowe zapachy ewidentnie unoszące się nad rzędami słoików. Na moment wszystko stało się niewyraźne, rozmyte - miała wrażenie, jakby przekroczyła granicę między jakimiś światami i znalazła się gdzieś zupełnie poza. Czasem zdarzały jej się podobne doznania, ale nigdy nie były tak intensywne jak tu.  

           
Otrząsnęła się i ruszyła wolno przed siebie, chciwie łowiąc wrażenia różnymi zmysłami. Jej palce ślizgały się delikatnie po chropowatych grzbietach ksiąg, dotykała wiszących tu i ówdzie wisiorków i obracała w ręku rozmaite figurki. Za przeszkloną gablotką, wśród widać co cenniejszych szpargałów,  Ratri wypatrzyła pudełko kart tarota. Ozdabiał je rysunek karty „Świat”. Ilustracja była bardzo podobna do tej, jaką sama miała w swojej talii danej jej niegdyś przez babkę. Wymalowano ją jednak o niebo staranniej i ozdobiono złotymi pociągnięciami. Była piękna. Ratri położyła dłoń na szkle i pogładziła z żalem powierzchnię. Potem spojrzała na szafkę, gdzie wisiały w rzędzie oprawione w rozmaite ramki obrazy, tajemnicze ryciny, pełne dziwnych zwierząt, znaków i wyobrażeń różnego kształtu i rozmiarów butli zakończonych spiralnymi, fantazyjnymi szyjkami. Łowiła chciwie wszystkie ilustracje, aż jej wzrok zatrzymał się na jednej z nich. Obrazek przedstawiał dziewczynę o czarnych włosach, z chustką na głowie. Najwidoczniej była to Cyganka. Tańczyła, bo jej spódnica zdawała się wirować, ciemne włosy okręcały się wokół jej twarzy, zasłaniając oczy. Jedną rękę podnosiła lekko, jakby chciała uderzyć w trzymany w drugiej ręce bębenek z grzechotkami. Była piękna i roześmiana. Pod jej stopami leżał sierp  księżyca o ludzkiej twarzy,  oczy miał zamknięte. Nad dziewczyną wisiało zaś niewielkie uśmiechnięte  Słońce o promieniach tworzących symetryczny wzór. Ratri wpatrywała się w rycinę jak urzeczona. Potem jej wzrok prześliznął się w bok.   Na ścianie jednego z regałów, obok pokaźnej kolekcji wszelkiego rodzaju lamp i starych zegarów, wisiał drewniany pajac: kolorowy kubraczek, usta rozciągnięte w figlarnym uśmiechu. „Radosny głupiec” – pomyślała i delikatnie pociągnęła za sznurek, a wtedy pajac otworzył raptem oczy i fiknął rękoma i nogami, a dzwoneczki, które miał na końcówkach czapki, zabrzęczały radośnie. Dziewczyna zaśmiała się.

     Co tu robisz!- Usłyszała nagle nad sobą ostry głos. Starszy mężczyzna o siwych, długich włosach  zmierzył ją zimnym wzorkiem. Wynurzył się zza paciorkowej przesłony oddzielającej sklep od zaplecza. Złapał za kij stojący obok drzwi.
       Przyszłaś tu kraść, co? Wynocha!
Ratri speszyła się nieco i wyciągnęła przed siebie ręce, pokazując, że nic nie wzięła.
 –  Znikaj mi stąd zaraz!
        Piękne karty – powiedziała, wskazując na schowaną za szybą talię.
         Ach   głos mężczyzny złagodniał nieco   Tak, naprawdę misterna robota. Ale nie stać cię na nie. No już, znikaj stąd.
         Powróżyć panu?
         He? Ja, drogie dziecko, dobrze wiem, co mnie jeszcze w życiu czeka. Na pewno nie ma tam bury od właściciela za nieprzypilnowanie dobytku przed Cyganami. Wynocha.


Ratri ściągnęła swoje krzaczaste brwi i na jej twarzy odmalowała się uraza. Wykonała nieznaczny gest dłonią i wysyczała  w języku romani - Bodaj by cię wypryszczyło! – potem uśmiechnęła się złośliwie do starca błyskając swoim złotym zębem, pamiątką po pewnej głupiej bójce.
Obróciwszy się na pięcie i z uniesioną wysoko głową wyszła z antykwariatu.

*

 Obóz, który jak co roku rozbili nad rzeką tętnił życiem. Unosiły się nad nim dymy ognisk, słyszała śmiech, gwar rozmów, śpiew, muzykę. Wielu mieszkańców miasteczka przybyło do nich, wiedzionych czy to ciekawością czy to interesami. Z niektórymi znali się od lat. Tu i ówdzie wróżono komuś, tu i ówdzie ktoś oglądał towary i kłócił się ocenę. Ratri zobaczyła swoje kuzynki biegające w brzegiem rzeki, widziała barkę swej rodziny – ojciec z kolegą naprawiali coś przy sterze, matka siedziała przy ognisku, pilnując kociołka i rozmawiając  z ciotkami. Pod drzewem chylącym się nad wodą Ratri ujrzała swoją babkę rozmawiającą z jakąś jasnowłosą kobietą, która ocierała co chwilę oczy i cicho coś tłumaczyła. Może chciała wróżby, może odczynienia uroku?

Zakotwiczona nieopodal barka króla, Hanziego, też tętniła życiem. Ratri ujrzała grupkę mężczyzn o nieprzyjemnym wyglądzie, gdy wchodzili na pokład witani jowialnie przez szwagra władcy, który wpuścił ich za kotarę do pomieszczenia na barce, rozejrzał się uważnie i czym prędzej zaciągnął płachty. Sprawy króla były sprawami króla.

                                                                       *

Gdy wieczorem po zmierzchu Ratri wraz z kuzynkami ruszyła na miasto, gdzie na rynku miała się odbyć zabawa, jakoś odruchowo pociągnęła je za sobą w ową wąską uliczkę, w której znajdował się ów tajemniczy sklepik. Rozchichotane dziewczyny nawet nie zauważyły, że ich krewna została  z tyłu. Ratri zatrzymała się przed drzwiami antykwariatu. Za szybą wystawiono tabliczkę z napisem „Zamknięte” – co zresztą potwierdziło się, gdy spróbowała przekręcić gałkę. W sklepie było ciemno, choć w środku paliło się nikłym światłem kilka lampek o kolorowych abażurach. Wątłe światło ulicznej latarni słabiutko oświetlało sklepową witrynę. Ratri już miała się odwrócić i pobiec za dziewczętami, gdy raptem dostrzegła wpatrzone w siebie oczy. Wewnątrz antykwariatu, za ladą wystawową, stała jakaś postać. Nie był to ów gburowaty sprzedawca, który wypędził ją rano ze sklepu. 
Mężczyzna ten  nie był stary, ale też nie mógł już uchodzić za młodzieńca, jego stalowoszare oczy okolone były subtelną pajęczyną zmarszczek. Miał krzaczaste brwi i średni, przystrzyżony starannie zarost. Jasne włosy w lekkim nieładzie spływały mu na ramiona. Uśmiechał się delikatnie i generalnie Ratri pomyślała wtedy, ulegając pierwszemu wrażeniu,  że jest to całkiem piękny pan. Niemniej sama jego obecność i wbity w nią wzrok sprawiły, że poczuła się mocno nieswojo. Przebiegł ją dreszcz.

Pocałunek Przeznaczenia” - jak sama nazywała to w myślach wiele lat później.

Oderwała wzrok od oczu nieznajomego i czym prędzej puściła się biegiem wzdłuż uliczki, mając nadzieję, że zaraz dogoni koleżanki. Czuła, że serce chce jej wyskoczyć z piersi. Myślała o tym, że widział, iż próbowała otworzyć drzwi, może uważał, że chciała się włamać?

*

Choć festyn był cudowny, pełny muzyki, alkoholu i dobrej zabawy, nie umiała 
się nim cieszyć. Nawet gdy Fire wciągnął ją do tańca i wysyłał jej niedwuznaczne sygnały. Przez całą noc myślała tylko o tych wpatrzonych w nią szarych oczach.

*

Następnego dnia cały obóz spał do późna i popołudnie wszystkim upłynęło bardzo leniwie.

Ratri wymknęła się z przyjaciółkami nad rzekę.

-       – A my widziałyśmy! Widziałyśmy wszystko! – głos kuzynki ociekał zarazem radością i złośliwością.
 Widziałyśmy, jak Fire tobą obraca!

Ratri przewróciła oczami, wyciągając nogi i mocząc stopy w rzece.

-        Chcesz, żeby cię porwał? Robisz się stara! 

Koleżanki zapiszczały, gdy Ratri energicznie bijąc stopami wodę ochlapała siebie i wszystkie wokoło.

  A kto to jest Fire? – zapytała udając zdumienie.
  Mówią o nim – Julia ściszyła głos – że ma usta słodkie jak dojrzałe maliny.
  Mówią o nim – głos Gili wyrażał zachwyt – że ma oczy czarne jak zimowa noc.
  I mówią o nim, że ma...

Cokolwiek powiedziała Zara, wywołało to salwę śmiechu i rumieńce zażenowania.

  Mówię ci – Julia klepnęła Ratri w ramię- słyszałam jak mówił chłopakom, że się z tobą rozmówi! I że porwie. Będziesz jego żoną!
   Rooodziiina jeeeego caaaałkiem poooorządnaaaa... – Zara wymówiła każde słowo z przeciąganiem,  usiłując naśladować mentorski ton nestorki rodu.
  I nie boi się, tego, co mówią o tobie.
 Tak? – Ratri wbiła wzrok w kuzynki.   A co mówią?

Śmiech nagle zamilkł. Zrobiło się niezręcznie.

  A takie tam... - rzekła Gili ze skruszoną minką.
  Dobrze wiesz, że karty cię kochają... Że jesteś widząca. Karty są zazdrosne!
  I inni się boją.

Ratri wzruszyła ramionami.

  To zapytaj Losu, czy to Fire cię porwie! – rozkazała Zara.

Ratri zaśmiała się i wyciągnęła nogi z wody.
Dziewczyny ruszyły pod rozłożyste drzewo rosnące nieopodal. Cyganka  wyjęła z głębokiej, wszytej w spódnicę kieszeni talię tarota, zapytała głośno, czy Fire ją porwie, po czym tasowała chwilę karty, obracając je kilka razy, aż w końcu rozłożyła stos na trzy części.


– No więc – zmarszczyła brew przyglądając się rewersom, które wszystkie były ułożone  w pozycji odwrotnej – Już nie musicie być o mnie zazdrosne. Nie porwie mnie.

Zara zrobiła rozczarowaną minę i zagwizdała z dezaprobatą, reszta zaś krzyknęła radośnie, ale zabawę przerwały nawoływania z obozu.

Kuzynki Ratri podniosły się zaraz i pobiegły przodem, ta zaś została, by pozbierać i poukładać karty.

Wziąwszy talię do reki przetasowała ją znów kilkukrotnie, zupełnie bezwiednie. W końcu wyciągnęła na chybił trafił jedną z kart i obróciła ją.

Była to trzynasta karta Arkanów Wielkich. Śmierć.

 

*

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. W końcu wstała z posłania i cichutko, by nie budzić śpiącej rodziny, wymknęła się  z baraku, przerzuciła deskę i wyszła na brzeg. Nie wiedziała w zasadzie co robi i dlaczego. Czuła w sercu dziwny przymus, jakby coś ją wzywało. Wiedziała, że musi tam iść. Wiedziała, że musi udać się do antykwariatu. Do człowieka o szarych oczach.

Drzwi o dziwo były otwarte. Wnętrze tonęło w półmroku, nikłe światełka kolorowych lamp tylko delikatnie rozświetlały ciemności. Siwooki mężczyzna stał oparty o ladę, z książką w ręku. Uśmiechnął się do niej. Oczekiwał jej.

-       Chcę, byś mi powróżyła – powiedział.

Zaprosił ją gestem na zaplecze, gdzie wśród skrzynek i rupieci stał mały stolik, przy nim zaś dwa krzesła.


Ratri dała się zaprowadzić na miejsce, mężczyzna szarmancko przysunął jej krzesło i usiadł naprzeciw . Co wtedy czuła?  O czym myślała?

Tak, była przerażona. Sam na sam w nocy z obcym mężczyzną, nikt nie wie, gdzie ona jest. Jeśli zechce ją skrzywdzić, nic go nie powstrzyma. Z drugiej strony miała jakieś głębokie przekonanie, że jest tu, gdzie musiała być i że wszystko ułoży się tak, jak musi się ułożyć.
– Musimy zapalić świecę, proszę pana – powiedziała.
 Obawiam się, że to wykluczone. Czy bez tego się nie da?
Ratri pokręciła głową.
 Spróbujmy.

Podała mężczyźnie karty, poleciła mu, by trzymał je dłużej myśląc o tym, czego chce się dowiedzieć, a potem by tasował je, póki nie poczuje, że to już. Potem odebrała od niego talię. Gdy jej dłoń dotknęła jego dłoni uderzyło ją nagle dziwne uczucie, słodkie i obezwładniające, dziwny prąd, który rozpoczął się w opuszkach palców, a potem przebiegł przez jej ciało. Choć z drugiej strony zaskoczył ją chłód, który od niego bił.

Spojrzała mu w oczy, a on uśmiechnął się do niej.


Ratri skupiła się na kartach, rozłożyła je na stole w układzie krzyża celtyckiego i wbiła wzrok w obrazy, oczyszczając umysł i otwierając się na znaczenia. 
Milczała chwilę, wodząc oczyma po obrazkach, a potem rozpoczęła czytanie, wskazując palcem poszczególne karty. Słyszała wypowiadane przez siebie słowa, ale właściwie to, co mówiła, zdawało się płynąć gdzieś poza nią.

Jeks. Sytuacja obecna. Głupiec. Zrobiłeś już wszystko i nie możesz stać w miejscu. Pora wyruszyć w  nieznane. Otwierają się zamknięte dotąd drzwi.  Stoisz na granicy między tym, co znane, a tym, co woła cię z przyszłości. Dobiega końca okres wahań i niepewności. Spójrz - wskazała palcem na inną kartę -  to już za tobą. Dziewiątka Mieczy zostaje w mroku. Ty ruszasz ku światłu i musisz mu zaufać. Głupiec nie wie, dokąd prowadzi go droga. Jest  nią onieśmielony. Ale jednocześnie dość ciekawy i dość śmiały, by wiedzieć, że czas iść. To wystarczy.

Mężczyzna słuchał w  skupieniu.

Duj. Wyzwania.  Księżyc. To oczywiste, że dręczy cię  niepewność, boisz się zmiany. Boisz się, że ulegasz złudzie. Ale musisz zaufać swojej intuicji. 

Trin. To co mówi twoja dusza.   Hierofant – archetyp nauczyciela, mentora. Wiesz, że jest wiedza, którą musisz przekazać, tradycja, która musi trwać. Twoje doświadczenia, twój ból, twoje poszukiwania — wszystko to możesz zmienić w dar dla innych.

Shtar. To, co odchodzi. Dziewiątka Mieczy – już wiesz, że twoje obawy, noce pełne niepokoju  zostawiasz za sobą.

Pandż. To, co na horyzoncie. Cesarzowa.  Twoim celem nie jest tylko wiedza – twój cel to bliskość, tworzenie, obecność. Widzisz? Cesarzowa czeka na ciebie — to symbol życia, czułości, ciała, miłości. Oddaj światu nie tylko swoje myśli, ale i serce. Rodzina, jaką możesz stworzyć.  Krew z krwi, dusza z duszy. W twoim życiu pojawi się... dziecko? A może wierny przyjaciel, z którym będziesz mógł się dzielić sobą?

Szow. Najbliższa przyszłość. Spójrz, to As Buław –  początek działania, energia. Wkrótce pojawi się jakiś znak – błysk, pomysł, olśnienie. Nagle otrzymasz odpowiedź na twoje pytanie. Coś, co przypomni ci, że masz prawo tworzyć, kochać, zaczynać.

Efta: Ty sam w tej sytuacji. Gwiazda. Ta karta oznacza dar uzdrawiania, przewodnictwo duchowe. Połączenie z boską inspiracją. Możesz stać się światem dla innych. Zobacz...

Oxto. Wpływ innych. Dziesiątka Kielichów – dom duszy napełnionej po brzegi. Dopełni się to czego pragniesz, otrzymasz bliskość, stworzysz rodzinę. I ktoś już tam czeka na ciebie.

Enja. Nadzieje i lęki. Szóstka Mieczy – Nie musisz się bać zmiany. Ona nie zabierze ci niczego. To co trudne mija. Masz nadzieję na lepsze.

Desz: Co otrzymasz. Świat. Domknięcie cyklu, spełnienie. Oto kończy się twoja wędrówka, docierasz do końca, znajdujesz nowy świat i nowe życie.  

Oczy Cyganki napotkały oczy mężczyzny – szeroko otwarte i zdumione. Trwali przez chwilę w ciszy, a potem Ratri odwróciła wzrok, zaczęła zgarniać karty ze stołu. Niemal czuła dziwną ekscytację nieznajomego. Dostał pomyślną wróżbę. Cokolwiek go dręczyło, mógł odetchnąć.

Mężczyzna wstał powoli i ruszył ku wyjściu na sklep.  Szarmancko przepuścił Ratri w przejściu.

Kiedy przechodzili między regałami, zatrzymał  się nagle i dał Cygance znać, by poczekała. Kluczykiem otworzył  przeszkloną witrynę. Podał  dziewczynie zdobne pudełko z kartami, to, które wywołało wcześniej jej zachwyt.

-   – Zapłata za wróżbę, Ratri. Mój pierwszy dar – powiedział cicho.

Dziewczynę ogarnęło zdumienie, nigdy nie wyjawiała obcemu swojego imienia. Niemniej  przyjęła podarunek i dygnęła lekko. Skąd wiedział, że o tym marzyła?

Chciała ruszyć w stronę drzwi, lecz gdy tylko się obróciła, poczuła ręce na swoich ramionach. Chciała krzyknąć, chciała się wyrwać, 
jednak sparaliżowało ją przerażenie, a potem raptem poczuła, jak jego usta muskają jej szyję, jak przenika ją ból i jak ogarnia ją uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznała.

Nie wiedziała co się dzieje, ale przepełniła ją absolutna  rozkosz, potężna i obezwładniająca. Słyszała szum w uszach, dudniące bicie swojego serca, falę przyjemności zalewającą ją z każdym uderzeniem, coraz wolniej i wolniej. Jej dłonie opadły bezwładnie. Poddała się, czując, że umiera z rozkoszy. Jęknęła cicho osuwając się w mrok.

Gdy otworzyła oczy, leżała na swoim posłaniu na barce. Musiało być koło południa. Poruszyła się ostrożnie, ale obezwładniała ją słabość. Podniosła się z trudem i dotknęła szyi.

  Co on mi zrobił? – pomyślała szukając placami rany, ale nie znalazła niczego.  – To był sen...?

Wstała z trudem i wyszła na zewnątrz. Światło oślepiło ją mocno. Zobaczyła przerażone oczy swoich rodziców siedzących przy ognisku. Babka bez słowa podała jej kubek z ziołowym naparem. W jej oczach widziała... smutek? Strach? Gniew? 

 – Nie mogliśmy cię dobudzić od dwóch dni... – powiedział ojciec.

  Byłaś taka zimna. Co ci jest, boli cię coś?

Ratri pokręciła głową i pociągnęła solidny łyk napoju. Zaraz zrobiło jej się cieplej.

 – Nie wiem... Chyba się pochorowałam. Miałam dziwny sen...– wyszeptała.


Gdy poczuła się nieco lepiej, poszła nad rzekę. Usiadła pod drzewem i bezwiednie sięgnęła do kieszeni spódnicy. Wyczuła pudełeczko i wyciągnęła je. Zamarła z przerażenia. Było to zupełnie nowa talia kart, z pięknymi rysunkami  ozdobionym złotymi pociągnięciami.

 *

 

Czytałam mu jego przyszłość. Czytałam mu swoją przyszłość. Czytałam swój własny wyrok.

 *

 

Dość szybko doszła do siebie, zniknęło uczcie zimna i zmęczenia. Znów za dnia z  kuzynkami krążyła ulicami miasta, wróżyła przechodniom, podkradała rzeczy i jedzenie. Dziewczyny jednak stwierdziły, że coś jest nie tak, bo posmutniała wyraźnie, stała się cicha i skupiona. Nawet wzmianki o Fire przestały wywoływać jej uśmiech.


Piątej nocy od feralnego spotkania znów poczuła nieodparte pragnienie powrotu do szarookiego mężczyzny.


Tym razem czekał na nią przed sklepem i zabrał na spacer po mieście, a potem na kolację w portowej restauracji. Niektórzy oglądali się za nimi – dystyngowany przystojny jegomość w gustownym garniturze i bosonoga, młoda, do tego niezbyt urodziwa Cyganka stanowili dość egzotyczny duet. Mężczyzna kupił jej jedzenie, jakiego nigdy jeszcze nie kosztowała, sam zaś zamówił dla siebie tylko lampkę wina i właściwie to nawet jej nie tknął.


Wypytywał ją taktownie o jej życie, interesowały go zwyczaje Cyganów i życie jej klanu. Intrygowało go, kto ją uczył czytania z kart, czy często udawało jej się trafnie przewidzieć przyszłość. Nie śmiał się wcale, gdy opowiadała mu o swoich wizjach, o głosach, które czasem do niej szepczą, o cieniach, które widuje. O wszystkim, co tak przerażało innych. Czuła, że może mu to wyznać, a on zrozumie.

  Wrażliwość, która przedziera się przez zasłony...   powiedział w pewnej chwili, ni to do siebie, ni do niej.

A z drugiej strony  wstydziła się bardzo, wykształcony i oczytany mężczyzna używający słów, których znaczenia czasem ledwo się domyślała robił na niej piorunujące wrażenie. O czy mogła mu opowiedzieć? O miastach które odwiedzali, o tradycjach, o pięknie lasów i sekretach rzeki, o wschodach słońca i ogniskach po zmroku? Bajki, które opowiadała jej babka?

On miał taką dziwną aurę, która przerażała ją i jednocześnie fascynowała. I patrzyła na nią tak, jak nikt nigdy dotąd. Nie znała go wcale, a wydawał się taki bliski.

 

Nie zapytała go wtedy, co właściwie stało się tej pierwszej nocy. Choć jej ciało pamiętało tę ogromną przyjemność, starannie wypierała się tego, że pragnie jej zaznać znowu.

 

Przed północą odprowadził ją na barkę. Obóz tętnił życiem i Ratri z przyjemnością obserwowała mężczyznę, jak zatrzymywał się i przyglądał z zaciekawieniem jej ziomkom, jak rozmawiał z ludźmi, nabył kilka staroci i książek od handlarzy.  Widziała też spojrzenia umierających z ciekawości kuzynek, ale nie zwracała na nie zupełnie uwagi. I tylko babka... babka spojrzała na niego z przestrachem. Ratri widziała jak mamrocze, żegnając się ukradkiem. 

*

Rankiem obudziły ją podniesione głosy. Babka kłóciła się o coś z innymi. Mówiła, że to miejsce ma złą aurę i że powinni odpływać. Król, Hanzi, nie chciał o tym słuchać, miał jeszcze sprawy do załatwienia.

Babka wróciła wściekła na barkę. Nieomal rzuciła się na syna.

 – Pilnuj lepiej swojej córki! Nie pozwól jej włóczyć się samej po nocach! 

Potem dopadła samą Ratri. Obejrzała uważnie jej szyję, jej dłonie. Zadała jej pytania, od których dziewczyna zapłonęła pąsem i tylko przysięgła na świętą Sarę i wszystkie pańskie rany, że do niczego nie doszło.

 – Nie waż się więcej zbliżać do niego!

*


Tej nocy Ratri sama z siebie wymknęła się o zmierzchu i zjawiła w antykwariacie. Czekał na nią. Miał dla niej prezent: sukienkę i buty. Poprosił ją, by usiadła na krześle i wsunął trzewiki na jej stopy. Co to za mężczyzna, który klęka przed kobietą?
Potem wstał i obszedł ją naokoło. Poczuła jak dotyka jej włosów.   Zdumiało ją zimno jego dotyku. Rozczesał je delikatnie, po czym upiął starannie. Przez cały czas siedziała nieporuszona posłusznie oddając się wszelkim zabiegom. Co to za mężczyzna, który plecie kobiecie włosy?
W sukienkę przebrała się poza zasięgiem jego wzroku, ale pozwoliła mu zapiąć guziki z tyłu. Jego palce były tak zimne...

Zabrał ją do miejskiego teatru, w którym grano Hamleta. Spektakl miał bardzo dobre recenzje. Oczywiście widok Ratri w loży wzbudził pewne szmery i zaciekawione lornetki celowały co chwila w ich stronę. Dziewczyna jednak w ogóle się tym nie przejmowała, tragedia duńskiego księcia, czymkolwiek była Dania, pochłonęła ją niemal absolutnie. Gdy po scenie krążyła obłąkana z bólu Ofelia, dżentelmen podał jej haftowaną chustkę, by otarła łzy.

-      – Szaleńcy to ci, którzy ujrzeli prawdę, a nie mogli jej znieść? – spytała go potem, gdy odprowadzał ją na barkę.
Uśmiechnął się tylko smutno i
 podał jej ramię, by mogła oprzeć się na nim. Nieprzyzwyczajone do butów stopy  bolały ją mocno i zaczynały krwawić. Mężczyzna zerkał na nią z jakimś niepokojem.


Potem zrozumiałam, co musiał czuć. Co się w nim budziło.

 –  A co... sądzisz o Hamlecie? Mówią, że jest to typ człowieka, który nie może podjąć decyzji. Tylko słowa, słowa, słowa.

 –  Nie, nie wydaje  mi się, proszę pana - powiedziała poważnie.  – To typ człowieka, który przeczuwa więcej niż inni, przygniata go ciężar. Może i jest tchórzem. Ale cóż to jest za szlachetne tchórzostwo. Jest taki samotny...

  Odrzuca wszystko i wszystkich...

 – Czy mógł inaczej, proszę pana?

 – A ty umiałabyś podjąć decyzję, która wywróciłaby twoje życie do góry nogami?


Nie odpowiedziała.

Podziękowała mu za miły wieczór i przeprosiła, że pewnie plotła głupstwa.

  Nigdy... mnie nie uczono...  Babka tylko pokazała litery i czasem brałam książki od naszego Randalla... Czasem ktoś przychodził do nas ze świata i opowiadał...

  To znakomicie się składa, że możemy zacząć od zera. O to mi właśnie chodziło. Ważne, że masz w sobie ciekawość... To cenię. Lubisz czytać?

 – O tak, bardzo.

 – Zatem zapraszam. Masz tyle do nadrobienia.

Ratri uśmiechnęła się do niego.

  Pan ma taką wielką zbieraninę ksiąg. Życia  by nie starczyło...

 – Oj nie, o to się nie lękaj. Mamy całą wieczność. Tak w ogóle mam na imię  Jonatan. Mów mi po imieniu.

 * 

Ta wieczność okazał się pięcioma dniami - król zadecydował, że niebawem opuszcza miasto, musiał bowiem załatwić pilne sprawy na południu.

Jego barkę wypełniano różnymi skrzyniami i paczkami, ale nikt nie pytał o nic.
Rodzice też zdołali naprawić łódź i szykowali się do odpłynięcia.

Kuzynki wydawały się mocno  obrażone na Ratri, która teraz nie poświęcała im  za wiele uwagi - wieczorami znikała bez słowa, za dnia odsypiała nocne eskapady albo, milcząca i spięta, pomagała matce lub czytała książkę ofiarowywaną jej przez Jonatana (on potem zawsze wypytywał, gdzie dotarła i czy jej się podobało). Czuła w sercu głęboki smutek z tego powodu, że  nie umiałaby  opowiedzieć swoim bliskim o tym, gdzie była i co robiła, ani co czuje. Samo zadawanie się z gadzio było niemile widziane, a po awanturze z babką sam ojciec powiedział jej, że nie może opuszczać barki nocą i że ma oddać buty i sukienkę.

-Nie potrzeba nam nic, a o tobie zaczynają tu gadać różne rzeczy. Nikt nie zechce takiej, co to... Rodzina Firego patrzy na nas wilkiem! Wstyd nam przynosisz!

Słowa ojca bolały bardzo. W końcu nie robiła niczego zdrożnego. Jonatan trzymał taktownie dystans i nigdy nie przekraczał pewnych granic. Poza tą pierwszą nocą, która wydała się Ratri zupełnie nierealna.

Mimo czynionych przez ojca i babkę starań dziewczyna wymykała się po zmroku, dokładając starań, by nikt tego nie zauważał - układała tobołki na posłaniu, by inni myśleli, że już śpi i wracała niezauważona, nim ktokolwiek się zbudził.  

Przez kolejne noce właściciel antykwariatu zabierał ją na spacery po ciekawych zakamarkach miasta. Raz poszli na naukowy odczyt o naturze światła, raz na koncert urządzony w pewnym salonie. Z tej okazji dostała kolejną suknię i parę pasującą do nich butów. Tym razem o wiele wygodniejszych.  Gospodyni salonu wcale nie była zadowolona, widząc śniadego gościa, ale gdy zamieniła kilka słów z Jonatanem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nagle zmieniła zdanie, a jej humor wyraźnie się poprawił. Co za cudowny pomysł, że przyprowadził Cygankę! Może jej powróży?
Zaraz też zaciągnęła Ratri do niewielkiego cichego pokoiku. 

 – Pozwoli pani, że ja i mój przyjaciel, pan Daniels, zobaczymy jak wygląda taki seans? Może ten stary racjonalista da się wreszcie pani przekonać do tego, że istnieje coś więcej niż materia?

Pani domu wyglądała przez sekundę, jakby chciała zaprotestować, jednak w oka mgnieniu zmieniła zdanie i pozwoliła mężczyznom dołączyć. 

Dawson 
Daniels, korpulentny dostojny jegomość z wyraźną tendencją do pewnej dozy ekstrawagancji, jeśli chodzi o dobór elementów garderoby, przyglądał się wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem. Przez cały czas czuła na sobie jego niepokojące spojrzenie: gdy wyciągała karty, gdy przyglądała się tasującej talię kobiecie, gdy rozkładała karty na stoliku.  Ratri przysięgłaby, że wymieniali z Jonatanem porozumiewawcze spojrzenia, sprawiali wrażenie, jakby rozmawiali bez słów. Kiedy jednak zaczęła czytać  z kart, zapomniała o tym, gdzie jest, kto ją obserwuje. Ostrzegła kobietę przed oszustem, upewniła ją, że miała rację co do tego człowieka, wskazał jej też, że obok niej jest ktoś, komu może zaufać i że to przyniesie jej spore zyski.

Po wszystkim pani domu była zachwycona i przejęta, Dawson wygłosił, acz z rezerwą, mowę, o tym, że są na świecie dziwy, o których się filozofom nie śniło, a Jonatan, dziękując za uroczy wieczór, wyprowadził dziewczynę, inaczej przez resztę nocy musiałaby stawiać tarota tłumowi chętnych pań i panów. 

*

Tak upływały nieubłagalnie dni, a raczej noce, i  końcu Ratri musiała powiedzieć Jonatanowi to, czego mówić nie chciała: że odpływają i że to ostatni moment, kiedy mogą być razem.

 Jonatan nie powiedział nic, wziął ją za rękę i poszli do antykwariatu.

Tam, wpuściwszy dziewczynę do środka, mężczyzna  zamknął drzwi i wprowadzając ją na zaplecze zgasił wszystkie lampy.

Ratri czuła jak kołacze jej serce. Z jednej strony nie chciała wyjeżdżać. Nie chciała go zostawiać. Pragnęła go. Z drugiej strony znów wrócił strach. Dlaczego zamknął drzwi? Co zamierza zrobić? Jak nierozsądnie postąpiła...Jak mogła ulec naiwnym marzeniom? Należeli do innych światów i to wszystko nie miało sensu. 

– Nie bój się... Widzę twój strach i smutek. Widzę co do mnie czujesz. To takie słodkie...- Stanął przed nią i dotknął jej policzka. Tym razem jego dłoń była taka ciepła... Ratri wtuliła się w nią.

 – Przecież to nie ma sensu...   wyszeptała. 

 – Dlaczego?

 – To była taka zabawa, prawda? 
Jonatan pokręcił głową.
 – To całkiem poważna sprawa. U was jest zwyczaj porywania upatrzonej osoby ? - zapytał.

Ratri spojrzała na niego zdumiona.

 – Tak, ale...

 – Ale?

  Trzeba zapytać starszych...

 – Co? – Jonatan zaśmiał się – mam prosić o zgodę na porwanie cię?

Ratri otworzyła szeroko oczy.

 – To... niemożliwe?

 – Dlaczego?

 – Rodzice w życiu się nie zgodzą. Jesteś... jesteś...

Jonatan uniósł brew.

 – Gadzio...

 – Gadzio...? - mężczyzna nagle wybuchnął śmiechem.  – Och, to myślę, najmniejsza niedogodność.

 – Babka...

  To bardzo mądra kobieta. 

Skonsternowana Ratri spuściła głowę.

 – Nie chcę się z tobą rozstawać, Jonatanie. Tyle mogłabym się przy tobie nauczyć. Pokazałeś mi skrawki świata, który pragnę poznać. To było tak niezwykłe, jak w baśniach. Gdzie biedna dziewczyna spotyka... Ale to koniec baśni, prawda? No i... dlaczego ja? Zara i Julia są sto razy ładniejsze....

 – Ratri...Moja droga, czy... nasze spotkanie było przypadkowe?

To pytanie zbiło dziewczynę z tropu. Milczała chwilę.

-       – Przypadkowe? – powtórzył Jonatan wbijając wzrok w oczy Ratri i gładząc palcami jej policzek.

 – Nie ma przypadków.   powiedziała w końcu   Jest...

Jonatan pokiwał głową. 

-Los. Książę dał mi prawo dekady temu. Ale nie mogłem się na to zdecydować. Kiedy Jones powiedział mi o twojej wizycie, poczułem,  że to nie może być przypadek. Jesteś idealna. Jesteś moja. 


Ratri pokiwała głową, czując płynące po policzkach łzy. 
Nie rozumiała tego, co Jonatan  mówił. Jakie prawo? Jaki książę?  Wtuliła się w niego, chłonęła jego dotyk - dłoni która, gładziła ją po policzku i drugiej, która błądziła po jej plecach, wędrowała w górę, aż zatrzymała się na szyi. Jonatan musnął ją delikatnie.   Ratri zamknęła oczy i bezwiednie odchyliła głowę, by zrobić mu miejsce. Czekała i w końcu poczuła jego usta muskające jej szyję. A potem przeszył ją ból, który rozpłynął się w rozkoszy agonii.

 * 

Mamo, Papo.  Nie szukajcie mnie. Uciekłam z ukochanym. Z nim będę szczęśliwa. Przykro mi, że zawstydziłam Was, splamiłam imię naszej rodziny. Nie mogę już żyć bez niego. Zapomnijcie o mnie. Nie ma sensu mnie szukać. Zapytajcie babki. Te aven baxtale, Devlesa! Niech szczęście przyjdzie do was, idźcie z Bogiem! Ratri


*
Tabor Hanziego nie zawitał już nigdy w naszym mieście. Co roku w porze, gdy zazwyczaj przypływali do Portland, nocami przychodziłam nad rzekę, wypatrując ich. Nadaremno. Jedni mówili, że Hanzi oszukał lokalnych bandytów, wziął jakieś łupy, które miał przemycić i rozpłynął się w powietrzu, a z nim jego świta. Inni mówili, że Hanzi poważył się na zbyt wiele, nie był dość sprytny  -  on, jak i jego ludzie ponieśli za to straszliwą karę, a Ci, którzy ocaleli, rozpierzchli się po innych taborach.

A może babka zdołała przekonać króla, że w mieście czai się Zło i że trzeba omijać ten port szerokim łukiem.

Lata później do Portland przybyli inni Romowie, innego szczepu. Nie przyjechali taborem, nie przypłynęli barkami. Pojawili się na ulicach, zaczęli zajmować mieszkania i domki w coraz nędzniejszej części Milwaukie. I to do ich króla przyszłam pewnej nocy, w godzinie rozpaczy, z propozycją. 

poniedziałek, 31 marca 2025

Wieża

Tej nocy umarłam, jak dotąd, dwa razy.

Pierwszy raz - wtedy, gdy konający Caleb połączył się z naszymi umysłami. Czy pragnął ulgi w bólu? Chciał nas ostrzec? Poskarżyć się? Czy w ogóle wiedział, co robi? Bo być może był to w ogóle pierwszy raz, gdy zanurzył się w odmęcie sieci - by połączyć się z nami w swej agonii? 

Była taka straszna i piękna zarazem.

Co za potworność. Ocknąć się na posadzce posiadłości Księcia i zobaczyć nad sobą te twarze z całą gamą min, od przerażenia, po - jeszcze gorsze - obojętność i szyderstwo. I Vladymira z gaśnicą w ręku, jakby on jeden dostrzegł ten płomień, który wyżerał mi oczy żywcem.

To tylko Malkavianka. Im się zdarza przeżyć nagle okrutną śmierć. Pojeby.

Wspomnienie bólu rozpłynęło się po ciele, przeszło w wewnętrzny dygot, który dotąd nie ustał.

To tak bolało. 

Jak... On musiał cierpieć tam wtedy, w magazynach. gdy płomienie obejmowały jego ciało...


Drugi raz umierałam dziś w ciszy, gdy nie odpowiedziałeś mi, ojcze. Zgroza i zamęt - gdy biegłam korytarzami umysłu, wykrzykując w rozpaczy twoje  imię, Jonatanie, gdy wokół z hukiem zatrzaskiwały się we mnie kolejne drzwi. Czułam, że muszę biec, tam gdzie mnie przyzywałeś tyle razy, do światła Słońca, biec tam, gdzie Ty zniknąłeś, tak wiele lat temu.

Nie umiałam znieść tej ciszy.


To tak bolało.

A jednak żyję wciąż, stoję tu teraz na granicy światów. Granicy tak cienkiej, że przenika ją myśl, że rozcina ją głos.

Czuję Was w sobie, moi Bracia i moje Siostry, pchacie  się do moich oczu, chcąc zobaczyć to wszystko. Taki piękny koniec świata. Taka śliczna katastrofa.


Wieża. 

Czy jesteś dumny ze mnie, ojcze nasz? Czy cieszy cię to, co widzisz?

Pytam ja, Ratri Haron, córka Jonatana Molla, syna Noela, syna Mathilde, córki Grety, córki Gabrieli, córki Elima, syna Jozuego, syna Sary, córki Malkava.