piątek, 13 lutego 2026

To miejsce

 

To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Malutka okrągła betonowa donica, punkt, w którym dawniej stała latarnia – teraz zamiast słupa z dziury wyrasta zabawny iglasty krzak, niczym niewydarzone drzewko bonsai:  kępki zielonych puszystych pomponów z miękkich igieł na powyginanych gałązkach. Dookoła kwitną żółte róże. Zieleń otacza ażurowe ogrodzenie z giętego metalu. Na samej donicy stoi kilka figurek, Ratri wyostrzonymi zmysłami  widzi je dokładnie– skąpany  w blasku księżyca  radosny korowód  tanich plastikowych zabawek: szopa pracza, pieska, sarenki - obok nich mała ławeczka i piernikowy domek  z nakrapianym dachem. Nierzeczywisty wycinek rzeczywistości,  absurdalny - jakby zabrany ze snu dziecka.


W zaparkowanym nieopodal  samochodzie siedzi policjant. Przed nim ostrzegł ją Brian, który teraz czeka w pobliskim zaułku. By nie budzić podejrzeń wampirzyca ukryła się w cieniu i stała niewidzialna.

Teraz Ratri przygląda się aurze funkcjonariusza, pełnej znużenia, przetykanej gęsto pasemkami irytacji. Po cholerę go tu wysłali? Tak, ktoś zgłosił napad, wrzask kobiety, tak, jest plama krwi. Ale czyjej? Co tu zaszło? Czemu to nie ma monitoringu…? Ta obserwacja nie ma sensu. Ratri przytakuje w duchu. Co tu ma sens?

Podchodzi jeszcze kilka kroków do miejsca wskazanego jej przez Brujaha.  Znajduje bez trudu czarne ślady na asfalcie, jakby rozbryzgi krwi. Kuca przy nich i powoli wyciąga rękę.


Czuje… strach. Co zobaczy, gdy przywoła wspomnienia tego miejsca? Co ją dotknie?
Doznawała już porażających myśli, współcierpiała z umierającym w płomieniach Calebem, konała ze schwytanym przez łowców Nosferatem. Ból jest tak potworny, tak rzeczywisty, że niemal ją zabija, a na pewno zostawia blizny na jej duszy.  Ale musi wiedzieć. Musi wiedzieć – czy duch powrotnik mówił prawdę? Musi wiedzieć, by pomóc Brianowi. Wyciąga więc dłoń, jej palce dotykają brunatnych plan.

Czarny wilk, jestem czarnym wilkiem. Albo nie! Jestem czarnoskórą kobietą. Tak niesamowicie piękną, moja skóra jest jak heban, moje futro jak noc. Chcę uciec, potwornie się boję, chcę uciec, ale nie daję rady. Zauważyłam niebezpieczeństwo zbyt późno. W moje ciało wbija się coś z ogromnym impetem, sześć ostrzy palących srebrną agonią, eksplodują w środku mnie, głęboko pod skórą, rozrywają moje ciało żywcem.  Wrzeszczę przeraźliwie z bólu. Wyję. Tarzam się, skręcam się w agonii, umieram skamląc, umieram nagle, gwałtownie, ale nadal za wolno, to tak potwornie boli. Umieram.


Byłam… piękną kobietą, byłam czarną wilczycą.


Przez umysł Ratri w ułamku sekundy przepływa potężne wyładowanie uczuć. Ból i strata, strach och…i gniew, i… rozpacz. I miłość… Kochałam cię niebo, Słońce, Księżycu. Matko. I ciebie, ciebie…

Ratri cofa rękę. Stara się nie krzyczeć, zasłania sobie usta. Tkwi zwinięta w cierpieniu nad plamami krwi i dobrą chwilę zajmuje jej, by się wyprostować, podnieść z kolan, a potem chwiejnym krokiem ruszyć w stronę zaułka, w którym czeka na nią Brujah.

Gdy dociera na miejsce i pojawia się obok Briana, nie jest w stanie nic powiedzieć. Opiera się o ścianę i zsuwa po niej powoli, wciąż zasłaniając usta rękoma, jakby się bała, że w każdej chwili może wydrzeć się z niej współdzielone z wilczycą wycie. Nie myśli nawet o tym, że jej nagłe pojawienie się zaskoczyło Brujaha, który zdołał jakoś nie zareagować instynktownie i nie uderzyć jej. Ratri zwija się w kłębek u jego stóp i… płacze. Płacze rozdzierająco.

 – Co… co zobaczyłaś…? – pyta Brian sucho, nienaturalnie spokojnym głosem.

Odpowiada mu dopiero po chwili, gdy w końcu może zapanować nad sobą.

– Bardziej… poczułam… Taki… taki straszny ból.

– Co… poczułaś…? – pyta Brian łamiącym się głosem.

Odpowiada mu cisza.

– Proszę… powiedz – cedzi Brian przez zaciśnięte zęby.

– Ostrza… ostrza ze srebra…

Ratri podnosi  głowę i wbija oczy w Briana. W jej wzroku jest wyrzut. „Wypierałeś się!”  

– Nie ma…- cedzi Brujah – żadnego… przepisu Maskarady… który bym naruszył.

Ratri kiwała głową i  znów zwija się w kłębek. Nie patrzy na Briana, kiedy relacjonuje mu swoją wizję.

– To było… dziwne. Jakby… sześć… srebrnych ostrzy? Naraz wbiło się we mnie i…. rozszarpało mnie…

Nastaje długa, ciężka cisza.

– Twoja wizja… została urwana… bo ta osoba nie żyje? – w głosie Brujaha jest tyle rozpaczy.

Ratri nie odpowiada  na to pytanie. Brian znów słyszy  jej cichy szloch.

– Rozumiem… – odpowiada cicho. – Chyba... Pójdę... Już... - Zaciska mocno ręce  i cedzi słowa w dziwny sposób - To... Nienajlepszy... Pomysł... Bym przebywał... Wśród... Innych... Teraz... Nie chcielibyśmy... Naruszenia... Maskarady.

Ratri wbija w niego wzrok. – Wybacz mi – myśli i  podejmuje decyzję, brutalnie sięga do emocji Brujaha. 

Całą siłą swej woli wbija się  w jego umysł. Wydaje się, że dzika, sinoniebieska furia Briana nie jest już możliwa  do powstrzymania, a jednak Malkaviance się udaje i gwałtownie tłumi narastający w wampirze szał, dławi go i wycisza.
Nienawidzi się za to, ale wie, że musi to zrobić. Dla jego dobra.

Brujah zatrzymuje się i odwraca.

– Jak… jak długo to działa? – pyta  zmęczonym, pustym głosem.

– Może… z godzinę. Odwieźć cię gdzieś?

– Nie… w godzinę… dojadę w ustronne miejsce.
Dziękuję. – dodaje po chwili.

Ratri obserwuje plecy towarzysza, który odchodzi przygarbiony i złamany.

Spazmy bólu doznanego w wizji wciąż nawracają w jej umyśle, przelewają się przez nią rozpacz i żal, ale w końcu podnosi się powoli i sunie w stronę swojego samochodu.
Nie powiedziała mu, o czym myślała, umierając.

Ale chyba gorszy od tego bólu i smutku jest strach, który ją raptem dopada.
Irracjonalny, potworny lęk o Verity. Co bym zrobiła, gdybym straciła tę, którą kocham…? Co by mi zostało?

Zemsta? Czekanie na świt?


Stara się nie myśleć o wilczycy.

To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Ona tak bardzo go lubiła.