To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Malutka okrągła betonowa donica, punkt, w którym dawniej stała latarnia – teraz zamiast słupa z dziury wyrasta zabawny iglasty krzak, niczym niewydarzone drzewko bonsai: kępki zielonych puszystych pomponów z miękkich igieł na powyginanych gałązkach. Dookoła kwitną żółte róże. Zieleń otacza ażurowe ogrodzenie z giętego metalu. Na samej donicy stoi kilka figurek, Ratri wyostrzonymi zmysłami widzi je dokładnie– skąpany w blasku księżyca radosny korowód tanich plastikowych zabawek: szopa pracza, pieska, sarenki - obok nich mała ławeczka i piernikowy domek z nakrapianym dachem. Nierzeczywisty wycinek rzeczywistości, absurdalny - jakby zabrany ze snu dziecka.
W zaparkowanym nieopodal samochodzie
siedzi policjant. Przed nim ostrzegł ją Brian, który teraz czeka w pobliskim
zaułku. By nie budzić podejrzeń wampirzyca ukryła się w cieniu i stała niewidzialna.
Teraz Ratri przygląda się aurze funkcjonariusza, pełnej znużenia, przetykanej gęsto
pasemkami irytacji. Po cholerę go tu wysłali? Tak, ktoś zgłosił napad, wrzask
kobiety, tak, jest plama krwi. Ale czyjej? Co tu zaszło? Czemu to nie ma
monitoringu…? Ta obserwacja nie ma sensu. Ratri przytakuje w duchu. Co tu ma
sens?
Podchodzi jeszcze kilka kroków do miejsca wskazanego jej przez Brujaha. Znajduje bez trudu czarne ślady na asfalcie, jakby
rozbryzgi krwi. Kuca przy nich i powoli wyciąga rękę.
Czuje… strach. Co zobaczy, gdy przywoła wspomnienia tego miejsca? Co ją
dotknie?
Doznawała już porażających myśli, współcierpiała z umierającym w płomieniach
Calebem, konała ze schwytanym przez łowców Nosferatem. Ból jest tak potworny,
tak rzeczywisty, że niemal ją zabija, a na pewno zostawia blizny na jej duszy. Ale musi wiedzieć. Musi wiedzieć – czy duch
powrotnik mówił prawdę? Musi wiedzieć, by pomóc Brianowi. Wyciąga więc dłoń,
jej palce dotykają brunatnych plan.
Czarny wilk, jestem czarnym wilkiem. Albo nie! Jestem
czarnoskórą kobietą. Tak niesamowicie piękną, moja skóra jest jak heban, moje
futro jak noc. Chcę uciec, potwornie się boję, chcę uciec, ale nie daję rady. Zauważyłam
niebezpieczeństwo zbyt późno. W moje ciało wbija się coś z ogromnym impetem,
sześć ostrzy palących srebrną agonią, eksplodują w środku mnie, głęboko pod skórą, rozrywają
moje ciało żywcem. Wrzeszczę przeraźliwie
z bólu. Wyję. Tarzam się, skręcam się w agonii, umieram skamląc, umieram nagle, gwałtownie, ale nadal za wolno, to tak potwornie boli. Umieram.
Byłam… piękną kobietą, byłam czarną wilczycą.
Przez umysł Ratri w ułamku sekundy przepływa potężne wyładowanie uczuć. Ból i
strata, strach och…i gniew, i… rozpacz. I miłość… Kochałam cię niebo, Słońce,
Księżycu. Matko. I ciebie, ciebie…
Ratri cofa rękę. Stara się nie krzyczeć, zasłania sobie usta.
Tkwi zwinięta w cierpieniu nad plamami krwi i dobrą chwilę zajmuje jej, by się
wyprostować, podnieść z kolan, a potem chwiejnym krokiem ruszyć w stronę zaułka,
w którym czeka na nią Brujah.
Gdy dociera na miejsce i pojawia się obok Briana, nie jest w stanie nic
powiedzieć. Opiera się o ścianę i zsuwa po niej powoli, wciąż zasłaniając usta rękoma,
jakby się bała, że w każdej chwili może wydrzeć się z niej współdzielone z
wilczycą wycie. Nie myśli nawet o tym, że jej nagłe pojawienie się zaskoczyło
Brujaha, który zdołał jakoś nie zareagować instynktownie i nie uderzyć jej. Ratri zwija się w kłębek u jego stóp i… płacze. Płacze
rozdzierająco.
– Co… co zobaczyłaś…? – pyta Brian sucho, nienaturalnie spokojnym głosem.
Odpowiada mu dopiero po chwili, gdy w końcu może zapanować
nad sobą.
– Bardziej… poczułam… Taki… taki straszny ból.
– Co… poczułaś…? – pyta Brian łamiącym się głosem.
Odpowiada mu cisza.
– Proszę… powiedz – cedzi Brian przez zaciśnięte zęby.
– Ostrza… ostrza ze srebra…
Ratri podnosi głowę i
wbija oczy w Briana. W jej wzroku jest wyrzut. „Wypierałeś się!”
– Nie ma…- cedzi Brujah – żadnego… przepisu Maskarady… który
bym naruszył.
Ratri kiwała głową i znów zwija się w kłębek. Nie patrzy na Briana,
kiedy relacjonuje mu swoją wizję.
– To było… dziwne. Jakby… sześć… srebrnych ostrzy? Naraz wbiło
się we mnie i…. rozszarpało mnie…
Nastaje długa, ciężka cisza.
– Twoja wizja… została urwana… bo ta osoba nie żyje? – w głosie
Brujaha jest tyle rozpaczy.
Ratri nie odpowiada na
to pytanie. Brian znów słyszy jej cichy
szloch.
– Rozumiem… – odpowiada cicho. – Chyba... Pójdę... Już... - Zaciska
mocno ręce i cedzi słowa w dziwny sposób
- To... Nienajlepszy... Pomysł... Bym przebywał... Wśród... Innych... Teraz... Nie
chcielibyśmy... Naruszenia... Maskarady.
Ratri wbija w niego wzrok. – Wybacz mi – myśli i podejmuje decyzję, brutalnie sięga do emocji Brujaha.
Całą siłą
swej woli wbija się w jego umysł. Wydaje
się, że dzika, sinoniebieska furia Briana nie jest już możliwa do powstrzymania, a jednak Malkaviance się
udaje i gwałtownie tłumi narastający w wampirze szał, dławi go i wycisza.
Nienawidzi się za to, ale wie, że musi to zrobić. Dla jego dobra.
Brujah zatrzymuje się i odwraca.
– Jak… jak długo to działa? – pyta zmęczonym, pustym głosem.
– Może… z godzinę. Odwieźć cię gdzieś?
– Nie… w godzinę… dojadę w ustronne miejsce.
Dziękuję. – dodaje po chwili.
Ratri obserwuje plecy towarzysza, który odchodzi przygarbiony
i złamany.
Spazmy bólu doznanego w wizji wciąż nawracają w jej umyśle, przelewają
się przez nią rozpacz i żal, ale w końcu podnosi się powoli i sunie w stronę
swojego samochodu.
Nie powiedziała mu, o czym myślała, umierając.
Ale chyba gorszy od tego bólu i smutku jest strach, który ją
raptem dopada.
Irracjonalny, potworny lęk o Verity. Co bym zrobiła, gdybym straciła tę, którą kocham…? Co by mi zostało?
Zemsta? Czekanie na świt?
Stara się nie myśleć o wilczycy.
To miejsce. Najmniejszy Park Miejski. Ona tak bardzo go lubiła.