niedziela, 24 maja 2020
Kage
Zaciągnęła żaluzje i zapaliła świece. Pogładziła z czułością łeb czuwającego dobermana.
Watashi o mamotte kudasai.
Strzeż mnie.
W ozdobionej motywem żurawi kadzielnicy płonęła mieszanka wonnych ziół i haszyszu.
Usiadła na miękkiej macie i sięgnęła po leżący przy niej krótki miecz wakizashi.
Uniosła go z czcią wyjmując z pochwy i wbiła w niego wzrok. Przez chwilę delektowała się chłodnym blaskiem stali, lekkością i smukłością ostrza, fakturą okładziny rękojeści.
A potem otworzyła się na inną rzeczywistość.
Poczuła dziwną aurę broni i skupiła na niej całą swoją uwagę, starając się ją zrozumieć. Nie wiedziała jak to robić, musiała się zdać na intuicję. Przylgnęła więc do energii ostrza, badając ją uważnie.
Mijały minuty.
Kwadranse.
Wąska smużka dymu kadzidła unosiła się w górę coraz wątlejsza.
Tokugawa leżał spokojnie z łbem między przednimi łapami. Oczy miał otwarte.
Hisa siedziała nieporuszona unosząc miecz.
Wyostrzone absurdalnie zmysły skupiły się wyłącznie na ostrzu - widziała blask stali mieszający się z kolorami, których nie potrafiła nazwać, czuła dziwny zapach, ostry, nieprzyjemny a jednocześnie nęcący, czuła też coś, co od dawna było jej obce, a teraz rozlewało się w niej – czuła smak, smak krwi i… coś pomiędzy smakiem i zapachem – kwiaty, trawy, umami. Słyszała szum jakby wiatru, pluskanie strumienia, niski gardłowy pomruk.
Czuła, jak powoli uchodzą z niej siły, a miecz migotał w jej oczach spowity aurą. Czuła się jakby zrywała kolejne zasłony, ale nie mogła dotrzeć do celu. Oddychała powoli, głęboko, wnikając w kolejne warstwy.
Futatabi! Jeszcze raz.
Mijają kolejne minuty.
Kolejne kwadranse.
Nic.
Futatabi!
Dym z kadzielnicy urywa się.
Kolejne cyfry zmieniają się na wyświetlaczu terminala.
Futatabi...
Życiowe siły kapią powoli, kropla po kropli.
Futata...
Kolejna próba nieomal pozbawiła ją przytomności.
Gdy starała się skupić mocniej, ostrze nagle wtopiło się w widok jej pokoju, świat zawirował wokół, a potem wszystko pociemniało. Hisa jęknęła, z ogromnym wysiłkiem odłożyła ostrze, a potem osunęła się miękko na bok.
Spod półprzymkniętych powiek wpatrywała się w miecz. Starała się rozpaczliwie uchwycić tę sekundową wizję.
Ziemia. Ołtarzyk shinto. Szaman. Ogromy kot. Sierść koloru głębokiego pomarańczu, niemal czerwieni, pocięta czarnymi pasami.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz