niedziela, 24 maja 2020

Wypędzić diabła


Czekała na niego w samochodzie zatapiając się w muzyce. Zdawała sobie sprawę z tego, że grupka łebków palących skręty w pobliskiej bramie zerka co chwila w stronę jej zielonej terenówki, ale właściwie to ją uspokajało. Gdyby tego nie robili, to byłoby dziwne. Przecież to Stalownia.
W końcu zobaczyła go, jak wychodzi. Trzasnęły drzwi.
– Jest opcja, by wielebny przyjechał tutaj, jeśli czułbyś się z tym lepiej…



–Nie. Za dużo tu…
Potencjalnych ofiar? Skinęła głową i ruszyli.
Ściszyła muzykę i zebrała się w sobie.

– No więc zanim dojedziemy chcę wyjaśnić coś z tobą.
– Taaak?
– Tate.
Ernest parsknął.
–  Hisa, cholera, wiedziałaś, że naszym celem był komputer.
– Tak. I decyzja o tym, by go jednak przycisnąć nie była… najszczęśliwsza… I tak, to była moja decyzja. Tak mnie irytowało to dreptanie w miejscu….
– Najszczęśliwsza? Gdyby się udało po prostu dostać do komputera…
– Ale nie udałoby się. W końcu to Kalmar go zhakował, bo ty nie dałeś rady.
– Gdybym miał więcej czasu…
– Nie wiadomo, czy miałbyś go tyle. Gdybyśmy ukradli komputer, Tate od razu zacząłby ewakuację.
– Gdybyśmy. Dużo tu gdybyśmy.
– Chciałeś zabrać Tate’a do biura…
– Ach, biura… Miałem na myśli cokolwiek.
– Ale powiedziałeś „do biura”. Na to nie mogłam pozwolić. Ech, To była moja wina, że tam weszliśmy. Ale ostatnie słowa, które ten dupek usłyszał brzmiały „Nie strzelaj”. Zignorowałeś to.
– Chciałem go ogłuszyć…
– Shotgunem z przystawienia?
– Hisa…
– Ja miałam paralizator, nie widziałeś? To nie była moja wina, że go zabiłeś. Tak jak nie było moją winą, że plądrowałeś mu dom bez rękawiczek. Ani to, co cię spotkało w czasie wyprawy u Olda. Zgodziłeś się nam pomóc. Wiedziałeś, że wiąże się z tym ryzyko.
– Tak, Hisa, ale nigdy nie mówiłem...
– Pierwsze co powiedziałeś z wyjściu z namiotu od kapłanki brzmiało jak „To TWOJA wina”. I pokazywałeś na mnie!
– Ech, no żartowałem.
– Nie rozumiem cię. Nie rozumem twojego poczucia humoru – poczynając od zdjęcia z Fobosa. Erneście, tyle razy dawałam ci dowody… życzliwości? Starałam się ciebie wspierać. Potrzebowałeś pomocy – mogłeś na mnie liczyć. Potrzebowałeś kasy – jeśli tylko ją miałam, nie było problemu. Stawałam w twojej obronie. Kibicowałam ci. Nawet gdy byłam wściekła o to, co się stało u Tate… pomogłam ci. Uratowałam ci życie, szukając cię na pustyni. A ty, co? Sugerujesz, że przelecisz moją dziewczynę? Potem – że moja dziewczyna mogła przyjeżdżać na stację katować seks niewolników? I oskarżasz mnie konsekwencje twoich czynów, zwalając na mnie winę…?
– Ech, no…

Zapada cisza przerywana brzęczeniem silnika. Wysokie szare bloki zmieniają się stopniowo w szklane wieże centrum.

– Gdy wejdziemy do świątyni, pokażę ci jak okazać miejscu szacunek… Musisz też wiedzieć, że czcigodny Shizuya nie powiedział, że da radę usunąć to z ciebie. Obiecał spróbować i nie gwarantuje niczego.
– Jestem tego świadomy.
– I Erneście… .
– Tak?
– Zostawisz całą broń w samochodzie.
Ernest zagryzł wargę i wbił wzrok w deskę rozdzielczą.
– Ja nie wezmę broni, jeśli ci to pomoże. Tylko paralizator.
– Nie, Hisa. Nie. W takim razie ja mam prośbę. Weź mojego shotguna.

Japonka spojrzała na Ernesta. Po chwili skinęła lekko głową. Gdzieś przez jej umysł przebiegło wspomnienie: czarnej plamy ścigającej jej między drzewami.
– To... wezmę karabin.


Chram shinto znajdował się w niemal centralnej części dzielnicy Wolności. Nie był zbyt okazały.
Weszli przez obszerną bramę tori odlaną z tworzywa imitującego drewno obwieszoną grubym sznurem z przytroczonymi falistymi papierami shimenawa .

Hisa podeszła do imitacji źródełka, sięgnęła po czerpak, i pokazała Ernestowi jak obmyć ręce i usta, uważając na to, by nie zbrukać kadzi.
– Do świątyni trzeba wejść czystym.

Potem poprowadziła go do pawilonu haiden, przytknęła do umieszczonego w słupie terminala komunikator i złożyła ofiarę.

Zdjęła buty i, gdy Ernest zrobił to samo, weszli głębiej.
Usiadła po japońsku przed oddzielonym grubym sznurem ołtarzem, klasnęła w dłonie i ukłoniła się.
W szacunku i pokorze, przyzywam cię, kami, o racz wysłuchać mych modlitw i próśb.
Potem sięgnęła po zwisający nieopodal sznurek i pociągnęła za niego. Ciszę przeszły głęboki odgłos dzwonu.
Ernest siedział obok skonsternowany.

Czekali chwilę w milczeniu, a potem z bocznego wyjścia wyłonił się jakiś starszy, wysoki mężczyzna w niebiesko-szarym. Skinął głową, dając im znać, by ruszyli za nim.

Ernest szedł przodem, z tyłu Hisa, poprawiwszy sobie na ramieniu karabin.
Kapłan prowadził ich chwilę meandrami honden aż weszli w dół, do dość obszernej piwnicy.

– Proszę, rozgośćcie się.
Hisa pochyliła się w ukłonie i uklękła na dywaniku tuż obok drzwi, karabin położyła na kolanach.
Ernest usiadł niedaleko kapłana. Ten przyglądał mu się chwilę z uwagą.
– Jak się czujesz?
– W porządku.
– Czy chciałbyś mi o czymś powiedzieć?
– Um – Hisa drgnęła – Erneście, mogę poczekać na zewnątrz jeśli chcesz porozma…
– Nie. Nie chcę. Możesz zostać.
– Zatem nie chcesz rozmawiać? No dobrze, jak wolisz… to do rzeczy.

Hisa poruszyła się niespokojnie, czując pod palcami chłód karabinu. O bogowie, raczcie wysłuchać pokornych próśb… Szepcząc słowa modlitwy wpatrywała się uważnie w siedzącego bez ruchu Ernesta i w kapłana, który modlił się cicho z zamkniętymi oczyma, przesuwając w palcach paciorki.
Ile to trwało? Kilka minut?

Czego się spodziewała? Różnych rzeczy, ale najmniej tego, że kapłan po chwili po prostu otworzył oczy i pochylił się w ukłonie.

– Już – powiedział.
Ernest obrócił się w stronę Hisy nieco skołowany.
Japonka uniosła brew i skupiła się, po czym skinęła głową. Aura Ernesta zmieniła się. Był czysty.
– Przejście między wymiarami – Tabata uśmiechnął się krzywo – przyciągnęło do ciebie zło. Udało mi się je odegnać. Ale musisz wiedzieć, że nie udało mi się pozbyć demona na zawsze.
– A czy nie mógłbyś…
Kaplan pokręcił głową.
– Nie. Teraz dusza twoja odzyskała spokój. Jednak między wami nawiązała się pewna niezatarta więź. I za każdym razem, kiedy dopuścisz się zła, on to wywęszy. To go przyciągnie. Będzie cię szukał i prędzej czy później odnajdzie. Czeka cię walka.
– Coś złego, czyli?
– Coś złego.
– A jeśli zrobię coś „złego” w samoobronie dajmy na to?
– To będzie złe.
– Cholera…

Hisa siedziała nieporuszona, rozważając słowa kapłana. Myślała o cieniu, z którym jej przyszło się spotkać. O radach Olda.

– Pomogę ci na ile mogę, weź ten oto amulet… Nie da ci pełnej ochrony, ale pomoże – z obszernych fałd kimona kapłan wyciągnął niewielki kamyk obwiązany sznurkami, amulet. Hisa dostrzegał, ze emanował on delikatną aurą.
– A teraz…
– A teraz – kapłan wyciągnął terminal – Zapłata.



Pożegnawszy Shizuyę wyszli na powierzchnię. Ernest nie wyglądał na zbytnio uszczęśliwionego.
– Wiem, jak to jest – powiedziała cicho Hisa. – Słuchaj, jest zwyczaj, że opuszczając świątynię możesz wylosować wróżbę…
– Nie dzięki. Po wizycie na pustyni mam dość wróżb.
– Albo zapisać prośbę do bogów.
Ernest machnął tylko ręką. Hisa podeszła do kramiku z tabliczkami i wyryła na jednej z nich kilka słów po japońsku. Powiesiła prośbę wśród setek innych.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz