czwartek, 1 listopada 2018

Pomóż jej...

*
Hisa siedzi nieporuszona, wpatrując się uważnie w ciemność.
Ma wrażenie, że ciemność odwzajemnia się jej tym samym.


Kilka godzin wcześniej na ganku prowizorycznej chatki skleconej z jakiś płyt i bogowie wiedzą czego, wspierana przez Leopolda, starała się opisać jak najdokładniej okoliczności odnalezienia dziewczynki. Starszy, siwowłosy, wciąż krzepki mężczyzna słuchał jej uważnie wygodnie rozparty w fotelu. Hisa zastanawiała się, co myśli Leopold, patrząc na wyświechtane i połatane ubranie Olda, który wyglądał, jakby przez lata nie zdążył się przebrać po balu przebierańców w klimatach Dzikiego Zachodu - ten pas, te frędzle przy rękawach…
Ona sama czuła do niego wielką sympatię i głęboki szacunek. I wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Jeśli on nie pomoże Swietłanie – to kto?

Opowiadała więc o potwornym strachu przenikającym każdy milimetr stacji, o wszechobecnej śmierci; o zaspawanych drzwiach, za którymi ludzie umierali śmiercią głodową, pożerając się nawzajem; o upiornym stole, gdzie poprzebierane niczym wielkie lalki zwłoki piły sobie herbatkę. I o niebieskookim stworze, który był przerażający, chociaż jednocześnie… nic złego nie robił. Mówiła o bazie z koców. Czym to wszystko mogło być? Czy umiejętności Swietłany ściągnęły zło, czy też ochroniły ją przed złem?
Leopold wspominał także o Rosjaninie, który zjawił się na Diamosie, by zaopiekować się dzieckiem. Kim mógł on być?
Tymczasem rozszczebiotana dziewczynka kręciła się po zawalonym gratami ogródku, co chwila wybuchając radosnym śmiechem.
No, złego ducha to nie ma w niej na pewno.
Jest pan pewien?
Inaczej nie bawiłaby się teraz z niedźwiedziem – na twarzy Olda pojawiał się cień uśmiechu.
Leo, unosząc brew, spojrzał na biegającą w kółko Swietę. Hisa również odwróciła głowę – zobaczyła, że  mała kręci się w kółko, śmiejąc się beztrosko. Koło niej ledwie zauważalnie drżało i kołysało się powietrze, jakby rzeczywiście jakiś ogromny zwierz dotrzymywał jej towarzystwa.
Japonka wszędzie tutaj wyczuwa nadnaturalną obecność. Ale – poza jednym wyjątkiem – to dobra energia.
Jest jeden sposób, by sprawdzić, co ona potrafi… – rzekł Old powoli i obejrzał się. Nieopodal domu zionęło ciemnością zejście do otchłani. To był właśnie ten wyjątek.
*
Jaskinia, z której wyszła sześcionoga bestia. Brama do wszystkich najgłębszych lęków. Niedawno Hisa przeszła w niej swoją drogę, a rany wtedy otwarte nie zasklepiły się jeszcze do końca. A teraz znów w niej siedziała, ubrana w pancerz, chociaż kask zostawiła na statku – nie chciała niepokoić dziewczynki. Swietłana spała w najlepsze z głową na jej kolanach, zwinięta w kłębek i otulona grubym kocem.
Kocem, o który Hisa stoczyła małą bitwę z Warburgiem.
No i po co to bierzesz?
Bo małej może być chłodno w nocy?
Czy on musi się o wszystko ze mną wykłócać? Zawsze wszystko kwestionować? Cwaniak, wchodzi do jaskini w pancerzu z termoregulacją, a ma problem z zabraniem kocyka?
Japonka wzdycha. Nieznacznie przekrzywiając głowę, zerka na opartego o nią Leo – on też śpi snem sprawiedliwego. Jak oni mogli tu zasnąć...? Znów zastyga w bezruchu wsłuchując się w mrok. Z zażenowaniem przyjmuje sunące prze nią myśli i uczucia - że teraz, w tej chwili ciszy, kiedy są razem tak blisko, kiedy słyszy ich równe oddechy, czuje ich ciepło – jest jej dobrze. Że ta chwila mogłaby trwać, że wszystkie przytłaczające ją sprawy wydają się odległe. Jej udawana rodzina.
Ale niebawem mrok wokoło gęstnieje a cisza zaczyna trzeszczeć i szumieć. I zjawiają się oni. Jest ich sporo, wyglądają do bólu zwyczajnie – rosyjska załoga w zielonych kombinezonach. Nie wydają się spięci czy przerażeni - raczej spokojni i pogodni. Trudno ich zliczyć: jedni siadają na pobliskich kamieniach, inni opierają się o ściany, spacerują, rozmawiają.
Hisa nie zna rosyjskiego, ale czuje, że nawet gdyby znała, to i tak pewnie nie mogłaby ich zrozumieć, bo głosy dochodzą stłumione niczym odległe, niewyraźne echo.
Czy oni mnie widzą? Czy mogę z nimi porozmawiać?
Gorączkowo stara się sobie przypomnieć jakikolwiek zwrot, jakiekolwiek słowo.
Em… vodka? – pyta, ale cienie nie zwracają na nią najmniejszej uwagi. – Cóż, to było głupie… – pani detektyw przesuwa położoną na plecach Swietłany dłoń, gładzi ją delikatnie po policzku.
Siwetła, obudź się, kochanie – szepcze łagodnie. Dziewczynka podnosi się powoli, otwiera oczy. – Zobacz, kto tu jest.
Mała uśmiecha się szeroko i wstaje, wyplątując się z koca. Dusze patrzą teraz na nią, a jeden z Rosjan przyzywa małą ruchem ręki.
Leo…?- Hisa delikatnie budzi partnera, starając się nie spuścić Swietły z oczu.

Widmowy mężczyzna o słowiańskiej urodzie wyciąga do dziewczynki rękę i mówi coś. Odwraca się i prowadzi ją wgłąb jaskini. Pozostałe postaci idą za nimi.
Hisa i Leo zrywają się na równe nogi, starają nadążyć za nimi, a choć mała i jej towarzysz wydają się iść powoli, Japonka stwierdza z przerażeniem, że co chwila traci córkę z oczu. Sprawy nie ułatwiają im sunące między nimi zjawy - muszą się między nimi przeciskać w wąskim i nierównym tunelu.

Schodzą niżej i niżej, aż docierają do niewielkiej groty, rozświetlonej dziwnym, fluorescencyjnym światłem i wypełnionej zimną, fosforyzującą wodą. Hisa zna to miejsce i czuje falę paniki.
Tu… walczyliśmy z tym stworem… - mówi cicho Leo.
Japonka z konsternacją stwierdza, że całe rosyjskie towarzystwo, włączając w to Swietę, rozbiera się, po czym wszyscy wchodzą do wody i zaczynają się obmywać. Hisa nie wydaje się zachwycona tym pomysłem, nerwowo zaciska ręce gotowa w każdej chwili wskoczyć do tej ogromnej podziemnej kałuży i wyciągnąć córkę. Włączają się w niej wszystkie atawistyczne instynkty – jej dziecko zaziębi się, pochoruje, ubrudzi, skaleczy, coś jej grozi, coś ją wciągnie, utopi się – ale Leo uspokaja ją: „Hisa, zobaczmy, co się stanie. Po to tu jesteśmy.”
Po chwili dziewczynka wychodzi z sadzawki. Uśmiecha się, choć drży lekko.
Już jestem czysta – mówi.
Hisa spogląda wgłąb skalnej komnaty – jest pusta. Wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.
Chodźmy stąd, kochanie – Japonka bierze dziewczynkę na ręce. – Możemy wracać?
Mała kiwa głową. Idą powoli ciemnym tunelem, po drodze pani detektyw sięga po koc i otula Swietłanę. Nieustannie jednak ma wrażenie, że coś ich śledzi. W mroku na ułamek sekundy dostrzega jakby świecące bladym blaskiem oczy.
Co teraz? – głos Leopolda rozbrzmiewa w ciemności. Zatrzymują się przy wyjściu z jaskini.
Może weźmiemy ją na prom? Albo na górze rozpalimy ognisko?
Hm, dobrze, wezmę ją na statek.
Słuchaj, ja… wrócę na chwilę do groty.
Leo wzrusza ramionami i odbiera małą z rąk Hisy. A ta odwraca się znów w kierunku ciemności. Ostrożnie skrada się korytarzem, wypatrując tego, co zobaczyła wcześniej. Czuje strach, ale gdy dociera do miejsca, gdzie mignęły jej oczy, powoli otwiera swój umysł by spojrzeć w otchłań. I wtedy dostrzega go – to ten dziwny człowiek, jakby ze starej Ziemi, patrzy na nią tym przerażającym wzrokiem, w którym czai się szaleńczy głód.
Hisa odwraca się na pięcie i biegnie przed siebie, oglądając się co chwila. Wypada z jaskini – gdy odwraca się, nie wyczuwa już jego obecności. Stoi przez chwilę patrząc w zionący mrokiem otwór i usiłując się uspokoić. A potem wchodzi na prom i zamyka drzwi. Leo układa małą do snu na rozłożonym fotelu. Hisa rozbiera się: zdejmuje pancerz i podłącza go do ładowania. Wciąga na siebie swój czarny kombinezon i zwija się w kłębek na fotelu pilota.
*
No i? Jak tam noc wam minęła? – Old kręci się przy kuchence, wbijając jajka na patelnię. Mała siedzi na wysokim, posklejanym taśmą krześle przy improwizowanym stole i wcina z apetytem przyszykowane jej przez Hisę śniadanie.
Całkiem… ciekawie – Leo zdaje obszerną relację z tego, co widzieli w jaskini. – Powiedziała, że jest czysta. Możesz nam wyjaśnić, co tam się właściwie wydarzyło?
Jak by to ująć? Wszystko wskazuje na to… ech, nie, jak tak powiem, nic nie zrozumiecie. Inaczej. Dziewczynka nie tyle przyciąga do siebie dusze, co je trzyma. Ech.. nie, tak też nie… Najprawdopodobniej... Zakładam, że te osoby umarły blisko niej. I ona je schwytała. Pewnie nieświadomie. No i już je ma.
Ale... one odeszły? Co oznaczała ta kąpiel?
A skąd ja mam wiedzieć i co mnie to obchodzi? Mnie interesowało, co do niej przyjdzie. No, wiecie, że nie monstra. Jaskinia wyzwoliła z niej dusze. To co widzieliście na stacji, ten potwór, to wszystko było wytworem przeklętej stacji lub stacji i dziewczynki...
Może jej moc przyciągnęła dusze, które ochroniły ją i może razem ze złą mocą stacji wytworzyły tego stwora, który… był zły a jednocześnie się nią opiekował, ochraniając ją przed stacją? - zgaduje Leo.
Old kiwną głową, zasiadając do posiłku.
Znasz kogoś, kto mógłby małej pomóc? – pyta cicho Hisa.
Nauczyć ją, jak kontrolować tę zdolność, by była bezpieczna dla siebie... i innych, a przy tym, była sama była dobrą osobą?
Za dużo chcecie. Macie małą, to się nią zajmujcie. Tylko nie gińcie przy niej.
Ale... czy my sobie damy radę?
Wielu rodziców ma swoje pierwsze dziecko i jakoś daje sobie radę. - Old uśmiecha się zgryźliwie.
– A jeśli... coś złego zginie przy niej?
To stanie się jej własnością.
Musimy ją nauczyć.. odróżniać dobro od zła – mamrocze Leo, a Hisie przelatuje przez myśl „Dobre sobie, kiedy ja sama chyba niezbyt odróżniam”. Japonka wzdycha ciężko.
Czy te dusze cierpią, gdy je chwyta?
Nie wiem. Ale jeżeli ci o to chodzi – nie są tam, gdzie być powinny. Cóż, nie umiem ci powiedzieć, dziecko.
Ci Rosjanie nie wyglądali na smutnych.
– A czy te dusze... z czasem mogą zmienić nastawienie? – Leo splata palce na piersi, odchylając się na krześle.
Wszystko się może zdarzyć. Wiązanie dusz to nigdy nie jest nic pewnego. Co więcej – takie dusze mogą przyciągnąć... coś. To łakomy kąsek.
Ech, dlatego potrzebujemy kogoś, kto ją nauczy bronić się przed tym…
Albo kto nauczy ją jak je uwolnić, odesłać.
Old marszczy brew i zerka w bok.
Nie! – przenosi oczy to na Leo, to na Hisę – Słuchajcie... Jest wiele możliwości. -– odwraca się nagle gwałtownie – Mówię ci, że nie!
Hisa zerka w stronę, w którą przed chwilą patrzył starzec – A... co sugeruje pana przyjaciel?
Nic mądrego, zresztą kto by słuchał duchów.
Panie Old, proszę…
Old mierzy Japonkę zimnym wzrokiem, który stopniowo tleje.
Ech, mój bart mówi, że powinniśmy się nią zając, ale ja tak nie uważam. Nie jestem już nic winny światu!
Panie Old… - zaczyna ostrożnie Leo - Już kiedyś pytałem i chcę ponowić to pytanie… Czy jest coś, cokolwiek, co możemy dla pana zrobić? Coś, czym moglibyśmy się odwdzięczyć, za nauczanie jej kontrolowania mocy i wzięcie jej pod opiekę?
Zapada chwila milczenia. Swietłana kończy posiłek, spogląda na dorosłych.
Idę do ogródka!
Hisa kiwa tylko głową. Zerka na pogrążonego w myślach mężczyznę.
Jeśli wrócimy do Acidali, trzeba będzie… jakoś kogoś znaleźć… Pani Wunderbauer może kogoś zna, chociaż… ech. A może pan Bruce? Może się go jakoś ściągnie? Bogowie… co robić... ?
Old prostuje ręce, odsuwając się od stołu.
Tak – przerywa ciszę, uśmiechając się niepokojąco. – Jest coś, za co przyjmę ją pod opiekę.
Tak?
Jest pewna włócznia… symbol jednego plemienia Apaczów. Chciałbym, żebyście ją odzyskali.
Kto ją zabrał?
Pewna banda desperados. Wyślę was tam, gdzie trzeba. Wy zrobicie resztę.
Chyba… nie mamy innego wyjścia…
Zgoda.
A jeśli... nie wrócimy? Jeśli zginiemy? Co z małą?
No przecież nie wyrzucę jej…
Hisa wpatruje się w okno, zza którego dochodzi śmiech Swietłany. Leo wbija wzrok w blat stołu, potem sięga do kieszeni.
– Kupiłem taką fiolkę, miała mnie podobno uwolnić od klątwy. Mógłbyś...
Pokaż ty to… Uh, przeklęty upioryt. – Old gwizdnął cicho – Niezła ruletka.
Dobrze, że tego nie użyłem?
Wiesz, różnie bywa. To nie jest zbyt... przewidywalne… Zresztą – od jakiej klątwy ty masz się niby uwolnić?
Mam wyjść? - pyta Hisa podnosząc się. – Może nie chcesz...
Leo wzruszył tylko ramionami.
Właściwie to… – Warburg spojrzał z zakłopotaniem na Olda – nie wiem. Ale ten, kto mi to sprzedał, mówił o klątwie, a ja mam pewne… przeczucia, że coś może być na rzeczy.
Hm. Powiem ci… no może coś tam w twoich oczach widać, ale trzeba byłoby się przyjrzeć temu bliżej.
Jeśli wrócimy, przyjrzysz się temu?
Nie ma sprawy.
Dobrze, a mógłbyś mi powiedzieć, do czego jest to?
Tym razem Leopold wyjmuje jakiś... kawałek pierza z przytroczonym łańcuszkiem? Amulet?
Myślałam, że w twojej religii nie nosi się talizmanów, no poza takimi  krzyżykami – uśmiecha się uprzejmie Hisa.
Nie, nie noszę amuletów. Nie jestem przesądny. Bycie przesądnym przynosi pecha. - Leopold odwzajemnia uśmiech.
Hm, no cóż, jakby ci to powiedzieć... – Old obraca w ręku amulet – To jest, tak... Hm, na dobrą sprawę za życia jego mocy nie poznasz… A po życiu? No, to już zależy. To jest… pióro feniksa. Wiem, jak to brzmi.
No dobrze – Leopold chowa swoje rzeczy – póki co przynosi mi szczęście.
A ja mogę o coś zapytać? Spotkałam... go w jaskini. Tego co ostatnio. Twój brat też go wtedy widział, podczas próby… I…
Jak się zbliży za mocno, to go zabij. No dobra, nie da się go zabić. Przepędź go.
Jak?
Na trudne pytania chcesz prostej odpowiedzi? To twój koszmar, musisz sama sobie z nim poradzić.
Znów zapada cisza.
To… gdzie ta włócznia?
- Hem, do tego to ja się muszę przygotować. Włócznia jest w pewnym miasteczku obok granicy z Meksykiem. Dam wam sprzęt i objaśnię wszystko. Chcecie iść tam we dwoje? Lepiej weźcie jeszcze jakichś desperado.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz