*
Hisa
siedzi nieporuszona, wpatrując się uważnie w ciemność.
Ma
wrażenie, że ciemność odwzajemnia się jej tym samym.
Kilka
godzin wcześniej na ganku prowizorycznej chatki skleconej z jakiś
płyt i bogowie wiedzą czego, wspierana przez Leopolda, starała się
opisać jak najdokładniej okoliczności odnalezienia dziewczynki.
Starszy, siwowłosy, wciąż krzepki mężczyzna słuchał jej
uważnie wygodnie rozparty w fotelu. Hisa zastanawiała się, co
myśli Leopold, patrząc na wyświechtane i połatane ubranie Olda,
który wyglądał, jakby przez lata nie zdążył się przebrać po
balu przebierańców w klimatach Dzikiego Zachodu - ten pas, te
frędzle przy rękawach…
Ona sama czuła do niego wielką sympatię i głęboki szacunek. I wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Jeśli on nie pomoże Swietłanie – to kto?
Ona sama czuła do niego wielką sympatię i głęboki szacunek. I wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Jeśli on nie pomoże Swietłanie – to kto?
Opowiadała więc o potwornym strachu przenikającym każdy milimetr stacji, o wszechobecnej śmierci; o zaspawanych drzwiach, za którymi ludzie umierali śmiercią głodową, pożerając się nawzajem; o upiornym stole, gdzie poprzebierane niczym wielkie lalki zwłoki piły sobie herbatkę. I o niebieskookim stworze, który był przerażający, chociaż jednocześnie… nic złego nie robił. Mówiła o bazie z koców. Czym to wszystko mogło być? Czy umiejętności Swietłany ściągnęły zło, czy też ochroniły ją przed złem?
Leopold
wspominał także o Rosjaninie, który zjawił się na Diamosie, by
zaopiekować się dzieckiem. Kim mógł on być?
Tymczasem
rozszczebiotana dziewczynka kręciła się po zawalonym gratami ogródku,
co chwila wybuchając radosnym śmiechem.
– No,
złego ducha to nie ma w niej na pewno.
– Jest
pan pewien?
– Inaczej
nie bawiłaby się teraz z niedźwiedziem – na twarzy Olda pojawiał
się cień uśmiechu.
Leo,
unosząc brew, spojrzał na biegającą w kółko Swietę. Hisa
również odwróciła głowę – zobaczyła, że mała kręci się w kółko, śmiejąc się
beztrosko. Koło niej ledwie zauważalnie drżało i kołysało się
powietrze, jakby rzeczywiście jakiś ogromny zwierz dotrzymywał jej
towarzystwa.
Japonka
wszędzie tutaj wyczuwa nadnaturalną obecność. Ale – poza jednym
wyjątkiem – to dobra energia.
– Jest
jeden sposób, by sprawdzić, co ona potrafi… – rzekł Old
powoli i obejrzał się. Nieopodal domu zionęło ciemnością
zejście do otchłani. To był właśnie ten wyjątek.
*
Jaskinia,
z której wyszła sześcionoga bestia. Brama do wszystkich
najgłębszych lęków. Niedawno Hisa przeszła w niej swoją drogę,
a rany wtedy otwarte nie zasklepiły się jeszcze do końca. A teraz
znów w niej siedziała, ubrana w pancerz, chociaż kask zostawiła
na statku – nie chciała niepokoić dziewczynki. Swietłana spała
w najlepsze z głową na jej kolanach, zwinięta w kłębek i
otulona grubym kocem.
Kocem,
o który Hisa stoczyła małą bitwę z Warburgiem.
– No
i po co to bierzesz?
– Bo
małej może być chłodno w nocy?
Czy
on musi się o wszystko ze mną wykłócać? Zawsze wszystko
kwestionować? Cwaniak, wchodzi do jaskini w pancerzu z
termoregulacją, a ma problem z zabraniem kocyka?
Japonka
wzdycha. Nieznacznie przekrzywiając głowę, zerka na opartego o nią
Leo – on też śpi snem sprawiedliwego. Jak oni mogli tu
zasnąć...? Znów zastyga w bezruchu wsłuchując się w mrok. Z
zażenowaniem przyjmuje sunące prze nią myśli i uczucia - że teraz, w
tej chwili ciszy, kiedy są razem tak blisko, kiedy słyszy ich równe
oddechy, czuje ich ciepło – jest jej dobrze. Że ta chwila mogłaby trwać, że wszystkie przytłaczające ją sprawy wydają się
odległe. Jej udawana rodzina.
Ale niebawem mrok wokoło gęstnieje a cisza zaczyna
trzeszczeć i szumieć. I zjawiają się oni. Jest ich sporo,
wyglądają do bólu zwyczajnie – rosyjska załoga w zielonych
kombinezonach. Nie wydają się spięci czy przerażeni - raczej
spokojni i pogodni. Trudno ich zliczyć: jedni siadają na pobliskich
kamieniach, inni opierają się o ściany, spacerują, rozmawiają.
Hisa
nie zna rosyjskiego, ale czuje, że nawet gdyby znała, to i tak
pewnie nie mogłaby ich zrozumieć, bo głosy dochodzą stłumione
niczym odległe, niewyraźne echo.
Czy
oni mnie widzą? Czy mogę z nimi porozmawiać?
Gorączkowo
stara się sobie przypomnieć jakikolwiek zwrot, jakiekolwiek słowo.
– Em…
vodka? – pyta, ale cienie nie zwracają na nią najmniejszej
uwagi. – Cóż, to było głupie… – pani detektyw przesuwa
położoną na plecach Swietłany dłoń, gładzi ją delikatnie po
policzku.
– Siwetła,
obudź się, kochanie – szepcze łagodnie. Dziewczynka podnosi się
powoli, otwiera oczy. – Zobacz, kto tu jest.
Mała
uśmiecha się szeroko i wstaje, wyplątując się z koca. Dusze
patrzą teraz na nią, a jeden z Rosjan przyzywa małą ruchem ręki.
– Leo…?-
Hisa delikatnie budzi partnera, starając się nie spuścić
Swietły z oczu.
Widmowy
mężczyzna o słowiańskiej urodzie wyciąga do dziewczynki rękę i mówi coś. Odwraca się i prowadzi ją wgłąb
jaskini. Pozostałe postaci idą za nimi.
Hisa
i Leo zrywają się na równe nogi, starają nadążyć za nimi, a
choć mała i jej towarzysz wydają się iść powoli, Japonka
stwierdza z przerażeniem, że co chwila traci córkę z oczu. Sprawy
nie ułatwiają im sunące między nimi zjawy - muszą się między nimi przeciskać w wąskim i nierównym tunelu.
Schodzą
niżej i niżej, aż docierają do niewielkiej groty, rozświetlonej
dziwnym, fluorescencyjnym światłem i wypełnionej zimną,
fosforyzującą wodą. Hisa zna to miejsce i czuje falę paniki.
– Tu…
walczyliśmy z tym stworem… - mówi cicho Leo.
Japonka
z konsternacją stwierdza, że całe rosyjskie towarzystwo, włączając
w to Swietę, rozbiera się, po czym wszyscy wchodzą do wody i
zaczynają się obmywać. Hisa nie wydaje się zachwycona tym
pomysłem, nerwowo zaciska ręce gotowa w każdej chwili wskoczyć do
tej ogromnej podziemnej kałuży i wyciągnąć córkę. Włączają
się w niej wszystkie atawistyczne instynkty – jej dziecko zaziębi
się, pochoruje, ubrudzi, skaleczy, coś jej grozi, coś ją wciągnie, utopi się – ale Leo
uspokaja ją: „Hisa, zobaczmy, co się stanie. Po to tu jesteśmy.”
Po
chwili dziewczynka wychodzi z sadzawki. Uśmiecha się, choć drży
lekko.
– Już
jestem czysta – mówi.
Hisa
spogląda wgłąb skalnej komnaty – jest pusta. Wszyscy rozpłynęli
się w powietrzu.
– Chodźmy
stąd, kochanie – Japonka bierze dziewczynkę na ręce. – Możemy
wracać?
Mała
kiwa głową. Idą powoli ciemnym tunelem, po drodze pani detektyw
sięga po koc i otula Swietłanę. Nieustannie jednak ma wrażenie,
że coś ich śledzi. W mroku na ułamek sekundy dostrzega jakby
świecące bladym blaskiem oczy.
– Co
teraz? – głos Leopolda rozbrzmiewa w ciemności. Zatrzymują się
przy wyjściu z jaskini.
– Może
weźmiemy ją na prom? Albo na górze rozpalimy ognisko?
– Hm,
dobrze, wezmę ją na statek.
– Słuchaj,
ja… wrócę na chwilę do groty.
Leo
wzrusza ramionami i odbiera małą z rąk Hisy. A ta odwraca się
znów w kierunku ciemności. Ostrożnie skrada się korytarzem,
wypatrując tego, co zobaczyła wcześniej. Czuje strach, ale gdy
dociera do miejsca, gdzie mignęły jej oczy, powoli otwiera swój
umysł by spojrzeć w otchłań. I wtedy dostrzega go – to ten
dziwny człowiek, jakby ze starej Ziemi, patrzy na nią tym
przerażającym wzrokiem, w którym czai się szaleńczy głód.
Hisa
odwraca się na pięcie i biegnie przed siebie, oglądając się co
chwila. Wypada z jaskini – gdy odwraca się, nie wyczuwa już jego
obecności. Stoi przez chwilę patrząc w zionący mrokiem otwór i
usiłując się uspokoić. A potem wchodzi na prom i zamyka drzwi.
Leo układa małą do snu na rozłożonym fotelu. Hisa rozbiera się:
zdejmuje pancerz i podłącza go do ładowania. Wciąga na siebie
swój czarny kombinezon i zwija się w kłębek na fotelu pilota.
*
– No
i? Jak tam noc wam minęła? – Old kręci się przy kuchence,
wbijając jajka na patelnię. Mała siedzi na wysokim, posklejanym
taśmą krześle przy improwizowanym stole i wcina z apetytem
przyszykowane jej przez Hisę śniadanie.
– Całkiem…
ciekawie – Leo zdaje obszerną relację z tego, co widzieli w
jaskini. – Powiedziała, że jest czysta. Możesz nam wyjaśnić,
co tam się właściwie wydarzyło?
– Jak
by to ująć? Wszystko wskazuje na to… ech, nie, jak tak powiem,
nic nie zrozumiecie. Inaczej. Dziewczynka nie tyle przyciąga do
siebie dusze, co je trzyma. Ech.. nie, tak też nie…
Najprawdopodobniej... Zakładam, że te osoby umarły blisko niej. I
ona je schwytała. Pewnie nieświadomie. No i już je ma.
– Ale...
one odeszły? Co oznaczała ta kąpiel?
– A
skąd ja mam wiedzieć i co mnie to obchodzi? Mnie interesowało, co
do niej przyjdzie. No, wiecie, że nie monstra. Jaskinia wyzwoliła z
niej dusze. To co widzieliście na stacji, ten potwór, to wszystko
było wytworem przeklętej stacji lub stacji i dziewczynki...
– Może
jej moc przyciągnęła dusze, które ochroniły ją i może razem ze
złą mocą stacji wytworzyły tego stwora, który… był zły a
jednocześnie się nią opiekował, ochraniając ją przed stacją? - zgaduje Leo.
Old
kiwną głową, zasiadając do posiłku.
– Znasz
kogoś, kto mógłby małej pomóc? – pyta cicho Hisa.
– Nauczyć
ją, jak kontrolować tę zdolność, by była bezpieczna dla
siebie... i innych, a przy tym, była sama była dobrą osobą?
– Za
dużo chcecie. Macie małą, to się nią zajmujcie. Tylko nie gińcie
przy niej.
– Ale...
czy my sobie damy radę?
– Wielu
rodziców ma swoje pierwsze dziecko i jakoś daje sobie radę. - Old
uśmiecha się zgryźliwie.
– A jeśli... coś złego zginie przy niej?
– A jeśli... coś złego zginie przy niej?
– To
stanie się jej własnością.
– Musimy
ją nauczyć.. odróżniać dobro od zła – mamrocze Leo, a Hisie
przelatuje przez myśl „Dobre sobie, kiedy ja sama chyba niezbyt
odróżniam”. Japonka wzdycha ciężko.
– Czy
te dusze cierpią, gdy je chwyta?
– Nie
wiem. Ale jeżeli ci o to chodzi – nie są tam, gdzie być
powinny. Cóż, nie umiem ci powiedzieć, dziecko.
– Ci
Rosjanie nie wyglądali na smutnych.
– A czy te dusze... z czasem mogą zmienić nastawienie? – Leo splata palce na piersi, odchylając się na krześle.
– A czy te dusze... z czasem mogą zmienić nastawienie? – Leo splata palce na piersi, odchylając się na krześle.
– Wszystko
się może zdarzyć. Wiązanie dusz to nigdy nie jest nic pewnego. Co
więcej – takie dusze mogą przyciągnąć... coś. To łakomy
kąsek.
– Ech,
dlatego potrzebujemy kogoś, kto ją nauczy bronić się przed tym…
– Albo
kto nauczy ją jak je uwolnić, odesłać.
Old
marszczy brew i zerka w bok.
– Nie!
– przenosi oczy to na Leo, to na Hisę – Słuchajcie... Jest
wiele możliwości. -– odwraca się nagle gwałtownie – Mówię
ci, że nie!
Hisa
zerka w stronę, w którą przed chwilą patrzył starzec – A... co
sugeruje pana przyjaciel?
– Nic
mądrego, zresztą kto by słuchał duchów.
– Panie
Old, proszę…
Old
mierzy Japonkę zimnym wzrokiem, który stopniowo tleje.
– Ech,
mój bart mówi, że powinniśmy się nią zając, ale ja tak nie
uważam. Nie jestem już nic winny światu!
– Panie
Old… - zaczyna ostrożnie Leo - Już kiedyś pytałem i chcę
ponowić to pytanie… Czy jest coś, cokolwiek, co możemy dla pana
zrobić? Coś, czym moglibyśmy się odwdzięczyć, za nauczanie jej
kontrolowania mocy i wzięcie jej pod opiekę?
Zapada
chwila milczenia. Swietłana kończy posiłek, spogląda na
dorosłych.
– Idę
do ogródka!
Hisa
kiwa tylko głową. Zerka na pogrążonego w myślach mężczyznę.
Jeśli
wrócimy do Acidali, trzeba będzie… jakoś kogoś znaleźć…
Pani Wunderbauer może kogoś zna, chociaż… ech. A może pan
Bruce? Może się go jakoś ściągnie? Bogowie… co robić... ?
Old
prostuje ręce, odsuwając się od stołu.
– Tak
– przerywa ciszę, uśmiechając się niepokojąco. – Jest coś,
za co przyjmę ją pod opiekę.
– Tak?
– Jest
pewna włócznia… symbol jednego plemienia Apaczów. Chciałbym,
żebyście ją odzyskali.
– Kto
ją zabrał?
– Pewna
banda desperados. Wyślę was tam, gdzie trzeba. Wy zrobicie resztę.
– Chyba…
nie mamy innego wyjścia…
– Zgoda.
– A
jeśli... nie wrócimy? Jeśli zginiemy? Co z małą?
– No
przecież nie wyrzucę jej…
Hisa
wpatruje się w okno, zza którego dochodzi śmiech Swietłany. Leo
wbija wzrok w blat stołu, potem sięga do kieszeni.
– Kupiłem taką fiolkę, miała mnie podobno uwolnić od klątwy. Mógłbyś...
– Kupiłem taką fiolkę, miała mnie podobno uwolnić od klątwy. Mógłbyś...
– Pokaż
ty to… Uh, przeklęty upioryt. – Old gwizdnął cicho – Niezła
ruletka.
– Dobrze,
że tego nie użyłem?
– Wiesz,
różnie bywa. To nie jest zbyt... przewidywalne… Zresztą – od
jakiej klątwy ty masz się niby uwolnić?
– Mam
wyjść? - pyta Hisa podnosząc się. – Może nie chcesz...
Leo
wzruszył tylko ramionami.
– Właściwie
to… – Warburg spojrzał z zakłopotaniem na Olda – nie wiem.
Ale ten, kto mi to sprzedał, mówił o klątwie, a ja mam pewne…
przeczucia, że coś może być na rzeczy.
– Hm.
Powiem ci… no może coś tam w twoich oczach widać, ale trzeba
byłoby się przyjrzeć temu bliżej.
– Jeśli
wrócimy, przyjrzysz się temu?
– Nie
ma sprawy.
– Dobrze,
a mógłbyś mi powiedzieć, do czego jest to?
Tym
razem Leopold wyjmuje jakiś... kawałek pierza z przytroczonym
łańcuszkiem? Amulet?
– Myślałam,
że w twojej religii nie nosi się talizmanów, no poza takimi
krzyżykami – uśmiecha się uprzejmie Hisa.
– Nie, nie
noszę amuletów. Nie jestem przesądny. Bycie przesądnym przynosi pecha. -
Leopold odwzajemnia uśmiech.
– Hm,
no cóż, jakby ci to powiedzieć... – Old obraca w ręku amulet –
To jest, tak... Hm, na dobrą sprawę za życia jego mocy
nie poznasz… A po życiu? No, to już zależy. To jest… pióro
feniksa. Wiem, jak to brzmi.
– No
dobrze – Leopold chowa swoje rzeczy – póki co przynosi mi
szczęście.
– A
ja mogę o coś zapytać? Spotkałam... go w jaskini. Tego co ostatnio.
Twój brat też go wtedy widział, podczas próby… I…
– Jak
się zbliży za mocno, to go zabij. No dobra, nie da się go zabić.
Przepędź go.
– Jak?
– Na
trudne pytania chcesz prostej odpowiedzi? To twój koszmar, musisz
sama sobie z nim poradzić.
Znów
zapada cisza.
– To…
gdzie ta włócznia?
-
Hem, do tego to ja się muszę przygotować. Włócznia jest w pewnym
miasteczku obok granicy z Meksykiem. Dam wam sprzęt i objaśnię
wszystko. Chcecie iść tam we dwoje? Lepiej weźcie jeszcze jakichś
desperado.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz