SHIN PAISHI
Pokornie zbliżam się, o kami, w mej modlitwie.
Modlę się do kami z Wielkiej Świątyni; stając
z czcią w sercu, przedstawiam ofiary i modlitwy. Przychodzę z
pokorą i z wielkim szacunkiem.
Błagam wszystkie kami, aby zaakceptowały te
ofiary, które są przyniesione z wdzięczności za błogosławieństwa
i szlachetne nauki, jakimi zostałam obdarowana.
Do boskiego wzniosłego kami pokornie zanoszę
moje modlitwy.
Ucz mnie żyć z czystym i szczerym sercem.
Daj mi wytrwałość i aby moje serce było
szczere i prawdziwe.
Daj mi pozostawać na ścieżce prawdy.
Daj, abym była silna i sumienna w moich czynach.
Daj mojej rodzinie dobre zdrowie; daj im siłę
umysłu i ciała.
Daj, abym dobrze korzystała z wszelkich darów i
służyła całej ludzkości.
Z podziwem i czcią pokornie wypowiadam te słowa.
Gdy
dociera na miejsce, zauważa Leopolda wysiadającego ze swojego wozu.
Ale policja też właśnie podjeżdża, trzy radiowozy z piskiem
zatrzymują się przed wskazanym budynkiem, uzbrojeni funkcjonariusze
wlewają się na schody, obstawiają wejście. Warburg gdzieś
dzwoni.
Nie
zdążyłam…
Hisa czuje wibrację komunikatora. „Dotrę
później, bo rozbiłem samochód”. Cholera, nieźle się
zaczyna ten dzień. Mam nadzieję, że Andrew jest
cały…
Szybko
sprawdza swój wygląd w lusterku, wyciąga licencję i wysiada z
wozu, wyszukując jakiegoś starszego stopniem funkcjonariusza. To,
co ją uderza, to ogromna nerwowość policjantów.
Co
jest?
Podchodzi
do gliniarza obstawiającego wejście.
-
Tamuro Hisa, jestem de…
-
Odejdź stąd!
-
Co się stało…?
-
Cofnij się, powiedziałem!!!
Policjant
aż kipi wściekłością i do Hisy dociera, że jest on na skraju
załamania, a jego ręka wędruje w stronę kabury, dlatego podnosi
dłonie w uspokajającym geście i wycofuje się w stronę Leopolda.
Skąd ta panika?
-
Musimy zajrzeć do środka. Trzecie piętro… Jak się dzielimy?
-
Ja spróbuję od sąsiadów z zachodniej strony, a ty ze wschodniej…
Z
daleka słychać sygnały kolejnych radiowozów. Hisa biegnąc do
stojącego obok budynku kątem oka dostrzega karetkę. Podjeżdża
też wóz techników.
Szybciej,
szybciej!
Japonka biegiem pokonuje kolejne
stopnie, przy każdym oknie sprawdzając, czy od jej strony dzieje
się u sąsiadów coś ciekawego. W końcu zrównuje się z trzecim
piętrem sąsiedniego budynku, zerka przez szybę w oknie korytarza.
-
Leo… mam to…
Czuje
dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Niczym w teatrze cieni...
Warburg
przybiega chwilę później, staje obok i nagrywa wszystko, choć
właściwie nie widzą niczego konkretnego – sąsiednie okno jest
zasłonięte, jednak w migających światłach fleszów techników
ukazuje się co chwila przerażający cień: ktoś wisi, niemal pod
sufitem, czyjeś wydłużone absurdalnie ramiona związano i
rozciągnięto. Rzeźnia...Wyobraźnia
Hisy dośpiewuje resztę.
Detektywi
stoją w milczeniu, choć światła fleszy gasną i nie widać już
niczego.
Dobrą
chwilę później Hisa odprowadza ciężkim wzrokiem nosze, na
których umęczone ciało wreszcie może odpocząć.
Próba
rozmowy z policjantami po raz kolejny kończy się fiaskiem - mur
wrogości jest nie do przebicia.
-
W sumie dobrze, że się spóźniliśmy… Gdyby nas tam znaleźli…
Hisa
usiadła za kierownicą, zatrzasnęła drzwi i chwilę siedziała w
bezruchu. To nie tak, że zszokował ją ten widok. Huttrow nie
należał do krwawych sadystów lubujących się w zadawaniu bólu,
ale zdarzyło jej się oglądać kilka widowiskowych egzekucji, na
których musiała stać za mocodawcą z kamienną miną i bacznie
obserwować, co robią z tymi, którzy w jakiś sposób zawiodą.
Nierzadko z tymi, których osobiście dostarczyła.
Jednak
w tym, co tu się stało - w tym dziwnym niepojętym dysonansie
między przestrzenią zwykłego szarego blokowiska sypialni Acidali a
rozświetlanym błyskami, rozciągniętym niemiłosiernie ciałem –
odczytywała jakiś znak i czuła… strach oraz coś, czego nie
udało jej się nazwać.
Hisa
zauważyła, że Leo znów gdzieś dzwonił, po czym ruszył w stronę
Centrum. Jego wóz, zniknął już za skrzyżowaniem, gdy Japonka
odpaliła swój.
*
W
mensie siedział Andrew, miał rozciętą brew i siniaka na policzku,
poza tym chyba jednak nic mu nie dolegało.
–
Wszystko dobrze? - spytała z
troską, starając się jednocześnie zachować uprzejmy dystans.
–
Kiepski ranek. Fizyka. Takie tam. A
co u was?
–
Chyba podobnie. Kiepski ranek. No,
może nie cały...
*
–
Sprawa, którą
dla was mam jest całkiem
świeża – mówi Nina –
i jednocześnie nieświeża,
bo z tego co wiem, policja
tkwi w niej co najmniej od
jakichś 20 lat. Otóż… 41
dnia, 24 dni temu uprowadzono
i zabito 9 dzieci. Zginęły
w jednym miejscu i jednym czasie.
Sprawę
wyciszono – za tym stał
zarówno ratusz
jak
i policja. Media wyłapały
sprawę,
ale z powodu skąpych informacji temat nie był interesujący i
szybko umarł.
Może to i dobrze? Nie wybuchła
panika.
W ratuszu nabrali wody w usta. Nie chcą żadnych trudnych tematów,
gdy rusza kampania wyborcza.
Pan
Thorn poprosił o zajęcie się tą sprawą niezależnie od działań
policji… Dlaczego nieświeża? Z tego, co udało mi się ustalić,
do podobnej sytuacji doszło 20 lat temu. Wtedy określono to mianem
serii.. ale nie wiem więcej… Nie znalazłam wcześniejszych
wzmianek. Sprawą zajmowali się wtedy Daniel Willis, który odszedł
potem z policji, a po paru miesiącach popełnił samobójstwo. Do
tego Kenichi Yokozuki - ten też odszedł i nie wiadomo, gdzie teraz
przebywa. Fred Strubs - ten ostatni kontroluje skazanych
przebywających na warunkowym. Reszta należy do was. Na policję…
uważajcie. Grunt się im pali pod nogami. Uważajcie i unikajcie
konfrontacji, bo areszt może utrudnić prowadzenie sprawy, zanim
nasi prawnicy pomogą wam wyjść. Wybaczcie, telefon...
-
Może, spotkamy się w mensie? Mam nagranie z tej sprawy z rana.
-
Ja… Muszę się wpierw… napić… kawy… - Hisa znika w pokoju
socjalnym. Co się ze mną dzieje? Zaciska i prostuje palce.
Włącza ekspres i przez chwilę patrzy, jak brunatny płyn wylewa
się z dyszy. Potem bierze swój kubek i uśmiecha się uprzejmie do
Andrew, który również potrzebuje dawki kofeiny, po czym idzie do
sali. Mijając drzwi do gabinetu Ernesta, czuje jakieś bolesne
ukłucie.
Gdzie
się podziewasz, dupku…?
Leo
przyniósł laptopa, wyświetla film - zatrzymuje go co chwila,
robiąc zrzuty i powiększenia. Niewiele to jednak wnosi do tego, co
już wiedzą: osobę powieszono niemal pod sufitem na wkręconych do
niego hakach, ciało było mocno naprężone.
Hisa
patrzy z rezygnacją na zdjęcia, upija łyk kawy i nagle do niej
dociera, że absolutnie nie powinna tego robić. Odstawia kawę na
bok, krzywiąc się. Andrew podejrzliwie zerka na zawartość swojego
kubka.
-
Mam dla was ważną wiadomość w sprawie porannego zlecenia – w
mensie zjawia się Nina - Klara Stivens, ofiara zbrodni, była
detektywem prowadzącym sprawę zabójstwa tych dzieci.
Tak
to się zaczęło.
*
Nie
chcieliśmy wchodzić policji w drogę, przeszkadzać w śledztwie.
Musieliśmy działać legalnie. Podstawową sprawą było obejrzenie
miejsca zbrodni lub chociaż fotograficznej dokumentacji zrobionej
przez policję. Zadzwoniłam więc do Anthonego. Nie miałam
większych nadziei, że zdoła nam pomóc, on jednak zgodził się i
umówił z nami na jedenastą pod drzwiami mieszkania w Zachodniej.
Obiecał wyciągnąć jakoś materiały zgromadzone przez koronera.
– Powinniśmy
sprawdzić, o co chodzi z tymi zbrodniami sprzed lat – zarządził
Leo i od razu wziął się do pracy, pierwsze rozpoznanie
przeprowadzając w sieci. Yokuzuki zniknął – odleciał z portu
Bristol, opuścił Marsa, niczego więcej o nim nie udało się
znaleźć, ale Leo zdecydował się wysłać mu wiadomość.
My
z Andrew zajęliśmy się przekopywaniem dawnych dzienników z
nadzieją, że natrafimy na jakieś ciekawe informacje o sprawie
przed lat. Niczego interesującego jednak nie znaleźliśmy. Owszem,
potwierdziły
się zaginięcia dzieci. Policja nie rozwiązała sprawy. Po niej
doszło do wielu dymisji – ale same trzecie, czwarte strony,
krótkie wzmianki, brak obszerniejszego artykułu. Policja zawiodła
w sprawie porwań dzieci. O znalezieniu ich ciał nikt nie wspominał.
Media milczały.
-
Wiesz, interesowałeś się jakimiś kultami… do czego mogłoby
służyć zabójstwo dziewięciu dzieci?
-
No cóż… to mógł być jakiś rytuał, ale nie wiem, jak
wyglądała zbrodnia…
*
O
jedenastej byliśmy na miejscu. Hopkins podniósł taśmę
zabezpieczającą i machnął ręką, zapraszając nas do środka.
Był blady i zgaszony, a przecież to stary wyga, który niejedno
widział.
–
Dobra, rozejrzyjcie się. Tu jest
teczka koronera… Obawiam się, że nic więcej nie będę mógł
dla was zrobić. Pół godziny wam wystarczy?
Krew,
wszędzie krew.
Leo
wciągnął rękawiczki, włączył nagrywanie i razem z Andrew
szukali śladów.
Zapytałam
Anthonego, czy znał może któregoś z tych policjantów
prowadzących śledztwo w sprawie zabójstwa dzieci dwadzieścia lat
temu.
–
Pracowałem już wtedy, ale nie,
żadnego z nich nie znałem…
–
Kto przejął sprawę…?
–
Po Klarze? Nie wiem, zobaczymy…
–
Znałeś ją?
–
Klarę? Tak… to była… dobra
policjantka…
–
Ktoś jej groził ostatnio?
Denerwowała się czymś? Była nieswoja?
–
Wiesz Hisa, każdy byłby nieswój
po tym, jakby odkrył miejsce masowego zabójstwa dzieci…
–
Gdzie je znaleziono?
–
W piwnicy mieszkalnego budynku w Zachodniej.
–
Ustalono tożsamość tych dzieci?
–
Tak. Dzieciaki z różnych dzielnic…
Ale… Ech... Między nami mówiąc… doszło już do kolejnych
porwań…
–
Teraz?
–
Tak, od kilku dni spływały
zgłoszenia. Dziewięć zgłoszeń… – Hopikns zerknął na
terminal i podał nam nazwiska.
–
Coś łączyło te dzieci? Wiek,
płeć, rasa?
–
To były różne dzieciaki, wiesz,
od ulicznika ze Stalowni po dziecko wykradzione z elitarnej szkoły
Kinga. Zero powiązań etnicznych. Jedyne co ich jakoś wiązało to pewien
przedział wiekowy – od dziewięciu do dwunastu lat. Wcześniej też
tak było. Co jeszcze…? Od zaginięcia do morderstwa mijało
zazwyczaj od pięciu do ośmiu dni… Dzieciaki porywano w biały
dzień, zazwyczaj gdy samotnie się gdzieś udawały, wracały ze
szkoły, szły do sklepu lub koleżanki… Monitoring? Nie, nic nie
znaleziono.
-
Anthony, gdybyś usłyszał, że policja wpadła na jakiś trop…
Odwdzięczymy się.
Klara
Stevens była dobrą policjantką i z pewnością nie zasłużyła
sobie na taki los, na taką śmierć.
Zdjęcia:
haki wkręcone w sufit; grube liny; okrwawione ręce, zdarta skóra;
ciało, którego płeć trudno zidentyfikować na pierwszy rzut oka z
powodu obrażeń; rany kłute; rany cięte; rany szarpane; siniaki,
pręgi - ślady bicia; wylewające się z nacięć wnętrzności;
nogi… Bogowie… Co z nimi? Raport stwierdza brak kości. Wyfiletowano ją?
Dlaczego?! Zlew pełen
zakrwawionych narzędzi: piły, młotek, noże, nawet… tarka? Ktoś
chyba lubi to, co robi… Ślady – jeden rodzaj, ktoś chodził
po posoce. „Najprawdopodobniej postawny mężczyzna”.
„Czas
zgonu: godzina 7.00”
Jak…
jak to…?! Byliśmy tam kilka, dosłownie kilka minut po siódmej…
Umierała, gdy jechaliśmy… Nie myśl o tym, nie myśl o tym.
Przestań…
Umierała
godzinami w czasie wyrafinowanych tortur.
Mieszkanie
nie należało do Klary, ktoś je wynajął kilka dni temu od
właściciela. Miał zapłacić – nie zrobił przelewu w umówionym
czasie. Rosły mężczyzna, 190 wzrostu, 140 wagi, wiek około 35-42
lat, rasa biała, łysy, brak jakichkolwiek cech charakterystycznych.
Sąsiedzi
niczego nie słyszeli.
Policję
zawiadomiła sąsiadka z naprzeciwka - drzwi były niedomknięte, więc
zajrzała. Zobaczyła krew w przedpokoju i natychmiast zgłosiła
sprawę.
Policja
dojechała jakieś 25 minut później.
Dwadzieścia
pięć minut?! Co do cholery?! Poza tym... ten drań chciał, by ją znaleziono. To co zrobił, to jak to zrobił... wydaje mi się wyzwaniem rzuconym policji.
Zapytałam, czy Klara zostawiła
jakieś notatki. Anthony nie wiedział, niczego nie udostępniono.
Stwierdził, że być może dostanie je kolejny detektyw, który
przejmie sprawę.
To było wszystko, musieliśmy się
zwijać. Zanim wyszliśmy, zatrzymałam się na chwilę i zamknęłam
oczy, by zobaczyć to, co niewidzialne. Wychwyciłam tylko nikły
ślad w miejscu, w którym wisiało ciało.
Pełna szacunku płynącego z głębi
mego serca, błagam was, kami, bogowie Nieba i Ziemi, usłyszycie mój
głos! Usłyszcie płacz tej duszy. Odsuńcie od niej zło,
cierpienie i grzechy. Oczyśćcie ją i uzdrówcie!
Oczyśćcie to wszystko.
Oczyśćcie…
***
Rozglądała się wkoło. Choć było
ciemno, nie potrzebowała latarki, by wyraźnie wszystko wiedzieć.
Co przeżywali technicy, którzy tu sprzątali – o czym myśleli,
robiąc zdjęcia, podnosząc z betonu kolejne ciałka, odlepiając
włosy pokryte zaschłą krwią, zamykając kolejne worki,
dezynfekując brunatne plamy, zdrapując ślady krwi ze ścian? Co
czuł funkcjonariusz, który zjawiał się na progu kolejnego
mieszkania, pytał o nazwisko, i przekazywał rodzinie tę wieść:
znaleźliśmy państwa dziecko?
Bo co było w tych, którzy tutaj
dokonywali tej bestialskiej zbrodni spokojnie umiała odgadnąć. Zew
krwi, szaleństwo, nienawiść, słodycz zabijania. Kiedy stała na
środku tej obskurnej piwnicy nieomal czuła w ustach ten smak.
Wypełniało ją coś podobnego. Zacisnęła i rozprostowała palce.
Podeszła do ściany, przyglądając
się wyrysowanym na niej znakom – wyrysowanym czerwonym sprayem bez
wyraźnego ładu i znaczenia. Koślawe symbole, krzywe znaki - w
sumie naliczyła siedem gryzmołów.
Myślami odpłynęła na wykład w
Centrum Japońskim o piśmie.
Przez moment widziała swoją matkę:
klęczała pochylając się z gracją i z namaszczeniem prowadziła
pędzel po białym zwoju.
Skup
się Hisa.
– Nie trzymano ich tu raczej. Tych
dzieci. – Andrew rozgląda się po pomieszczeniu.
– Leo, rozpoznajesz te znaki? –
Hisa wskazuje Warburgowi ślady na ścianie.
– Podstawowe symbole czcicieli
demonów… Albo ktoś się bawi w okultyzm, albo… jest
okultystą...
– Nie wyobrażam sobie, jak…
jak to robili… Te dzieci… biegały wkoło w panice, a ktoś je
szlachtował po kolei? Czy przywieźli je tu uśpione?
– Albo przywieźli je tu uśpione,
albo ktoś jeździł dziewięć razy...– mamrocze Andrew.
– Po co te symbole? – Hisa
dotyka palcem ściany.
– By… przyzwać demona?
– A przyzwano? A dwadzieścia lat
temu?
Hisa zamyka oczy. Nie czuje tu
niczego specjalnego.
– Słuchajcie! – Andrew traci
cierpliwość – Albo ktoś musiał tu podjechać furgonetką, albo
jeździł dziewięć razy. Ktoś musiał coś widzieć?
– To Zachodnia… Tu kamery są
tylko na niektórych skrzyżowaniach, w dodatku łatwo je ominąć.
– Wiecie co, ja pojadę… do
biblioteki. Poszukam czegoś – Leo robi zdjęcia ścianie.
– A może skontaktować się z
kimś z tej twojej sekty, Leo?
Andrew unosi brew.
– Co?!
– Wiesz, tej twojej sekty. Macie
te zakony… Tych no… chrześcijan. Ci z Fobosa ewidentnie znali
się na demonach. I zabijaniu demonów… Zadzwoń do przeora.
– Jesteś pewna? A jeśli zastępca
przeora by się tu zjawił?
– Myślisz, że przyśle tu
oddział? Myślisz, że to byłoby złe? Poza tym... mówiłam o
przeorze, tym rozsądnym człowieku.
– Przynajmniej miasto zostałoby
porządnie oczyszczone. Poza tym w pierwszej chwili naprawdę
pomyślałem o tych, którzy tępili zło i w związku z tym musiałaś
się bardzo szybko... – Uśmiech Leo lśni w ciemności.
– Będziesz mi to wypominał? –
mruknęła.
– Ty wyskoczyłaś z sektą.
– A to nie jest twoja sekta?
– No, oni niszczą... zło. To czemu
uciekałaś?
– Bo kazałeś mi spierdalać. A ja, o dziwo, posłuchałam.
– Dzięki temu żyjesz.
– Znów przypisujesz sobie
wszystkie zasługi.
– Nie, teraz ty mi ją
przypisałaś.
Andrew wzdycha ciężko.
*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz