„Historia, zaprawdę, lubi się powtarzać” – myśli
Hisa zaciskając palce na uprzęży. Siłowniki pracują i nie czuje
ciężaru – butle z tlenem, zapasy jedzenia na kilka dni, nadajnik,
harpun, plecak do lotów w próżni. Na ramieniu w zapinanej kieszeni
pancerza schowana jest starożytna moneta odlana z brązu. Czerwone
światła alarmu kolizyjnego pulsują, zalewając śluzę rytmicznym
blaskiem. Za szybką okienka w drzwiach miga Swietłana podniesiona
przez kobietę oddelegowaną do opieki nad małą. Hisa macha jej na
pożegnanie. Leo również unosi dłoń.
Odliczanie:
pięć – cztery – trzy – dwa – jeden.
Drzwi
otwierają się cicho.
I
znów skok w próżnię, tym razem w stronę lecącego okrętu.
Dlaczego
skaczę?
A
masz jakiś wybór?
*
Gdy
zobaczyła frachtowiec Thorna na ekranie wycieczkowca, wzięła małą
na ręce i pobiegła do Leo. Spakowali się błyskawicznie i
wskoczyli na orbiter kursujący między kosmicznym jachtem a
Diamosem. Planowali, jak dostaną się do „swoich”, skoro „nie
istnieją”, ale na miejscu okazało się, że nie muszą
kombinować, bo Erik sam ich wypatrzył i zgarnął.
Na
Diamosie był też Andrew. Zadzwonił na komunikator Swietłany.
Ernest?
Rozdzielili
się. Ernest powiedział, że ma plan i zniknął. Gdzie był? Trudno
ocenić, planował ponoć zatrudnić się u Amy Rowe.
Bogowie...
Pilot
promu dawał im jednak do zrozumienia, że się śpieszą.
Wsiedli
więc na frachtowiec, dali się zaprowadzić do kajut. Niczego im nie
wyjaśniono – kazano zaczekać na naradę w mesie. Cała załoga
wydawała się być skołowana, wszyscy sprawiali wrażenie, jakby
chcieli się dowiedzieć, czemu frachtowiec został odwołany ze
starego kursu i dlaczego musiał przylecieć po jakichś ludzi na
Diamosa. Ich niepokój niepokoił Hisę.
A
potem zostali wezwani na odprawę z kapitanem.
Dowodzący
frachtowcem Denis Ridenour nie wyglądał na szczęśliwego
człowieka. Zgodnie z instrukcjami miał zgarnąć czwórkę
dorosłych ludzi, tymczasem na pokład weszła trójka i dziecko.
Kapitan zajął swoje miejsce, obok niego stanął jakiś jajogłowy
– mężczyzna w średnim wieku przedstawiony jako Charles Diukes.
Leopold uniósł brew, ale Hisie to nazwisko absolutnie nic nie
mówiło. Andrew też raczej niczego nie wiedział.
Kapitan
przedstawił zadanie: gdy dwa frachtowce (bo drugi był już w
drodze) zbliżą się do pewnego stateczka zdążającego w stronę
Marsa na tyle, by zredukować jego pole siłowe, drużyna, która
ponoć ma już wprawę w tego typu zadaniach, wykona skok, by dostać
się do śluzy. Potem autoryzacja, wejście do środka i przejęcie
kontroli nad systemami statku, ale tak, by nie uruchomić systemów
bezpieczeństwa.
Czyja to fregata?
Nie wiadomo.
Co z załogą?
Nie wiadomo. Prawdopodobnie nie ma tam żywej duszy, bo okręt
dryfuje już jakiś czas z Ziemi lub z Wenus, a nie jest
przystosowany do większych zasięgów.
Ktoś nim steruje?
Raczej nie, po prostu dryfuje. Silniki są wyłączone.
Czy jest na kursie kolizyjnym z Marsem?
Nie, z obliczeń wynika, że ma wejść na orbitę.
Ile czasu mamy na przejęcie statku?
Około 3 – 6 godzin. Mniej niż półtora dnia, które podobno
ostatnio spędziliście na jakiejś stacji. Podczas wykonywania misji
nie będzie komunikacji z frachtowcem.
Jak
to półtora dnia? Cholera, misja zajęła nam może z pół
godziny?!
Tyle
powiedział kapitan, dodając, że na wejście przez śluzę mają 5
minut, bo po tym czasie frachtowce oddalą się od statku, gdyż cały
manewr jest szalenie niebezpieczny. Ci, którzy zostaną na zewnątrz
(wymowne spojrzenie na drużynę) zostaną odepchnięci polem statku.
Zapewne promy zdołają wyłowić dryfujących.
Po
czym zakończył naradę, oznajmiając, że drugą część,
przeznaczoną tylko dla skoczków, poprowadzi doktor Diukes, a załoga
powinna przygotować się do manewrów – i wraz ze wszystkimi
opuścił mensę.
Doktorek
był mężczyzną w średnim wieku, z przerzedzoną fryzurą i
podczas rozmowy z nim Hisa odnosiła przykre wrażenie, że bardzo
nie chce podzielić się informacjami. Albo, co gorsza, ich nie ma.
Nie dowiedzieli się więc, kto wyprodukował okręt, który mają
zdobyć, czyj on jest, jaką technologię na nim znajdą, jakie są
kody dostępów. A z jakiegoś powodu zależało tym, których
reprezentował na przejęciu okrętu, więc chyba musieli coś o nim
wiedzieć!
–
Do kogo należy statek? –
dopytywała Hisa.
–
To jest dla ciebie jakoś bardzo istotne? –
spytał Leopold tym tonem głosu, który zawsze podgotowywał Japonce
krew.
Tak,
do cholery, tak! Chcę wiedzieć. Na tym polegać miało nowe życie.
Chcę wiedzieć! Miałam dość tego, że ktoś podsuwa mi zlecenie,
a ja z gestu i miny wyczytuję, czy złożyć kurtuazyjną wizytę z
pozdrowieniami, czy cel zlikwidować, czy może jednak dostarczyć go
szefowi – i ma mnie nie obchodzić kogo i dlaczego – bo nagroda
jest za wykonanie zadania, za zadowolenie zleceniodawcy, a dobry
łowca, to łowca, który nie wie za wiele.
Nie
chcę tego więcej, Leo… A teraz znów robię coś, nie wiadomo po
co, jedynie żywiąc nadzieję, że jestem po dobrej stronie. Irytuje
mnie to… A ty nie chcesz wiedzieć, co oni wiedzą o Hadesie? Czemu
nam skąpią tej wiedzy?
Doktorek
powtórzył, że okręt należy przejąć tak, by nikt tego nie
zauważył – by nie wywołać sygnału awaryjnego. „Jeśli
ktokolwiek odkryje próbę przejęcia statku, misja zakończy się o
porażką.” I wyjawił, że skasowano ich z Ekstranetu, bo tylko
nieistniejące osoby mogą wejść na pokład, płacąc daninę w
postaci jednego obola.
Obola?
Wręczył
im po antycznej ziemskiej monecie.
Sprawdziła
to potem szybko – opłata dla mitycznego Charona za przewiezienie
przez rzeki królestwa umarłych...
Ciekawe
ile byłyby warte dol pani Wunderbauer?
To
oni usunęli nas z ekstranetu. Dranie.
„Może pewnego dnia poznasz nasz
sztab informatyków.”
Jajogłowy
nie miał żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast
ich zgarnąć, poinstruować, przetrenować, dać znać, że zostaną
wykasowani z Ekstranetu, postawili ich nagle w arcyniekomfortowym
położeniu.
–
Chcieli nas sprawdzić – odpowiedział za doktorka Leo, jakby
przyjmował taki sposób działania za oczywisty –
i Hisa poczuła coś w rodzaju żalu, że tak łatwo usprawiedliwia
działania tak zwanej „Centrali”, które ją zaczynały potężnie
irytować.
Co,
jeśli nie damy rady przejąć statku?
Jeśli
właściciel będzie mógł wejść, a my będziemy na pokładzie?
Co
zrobić w razie niepowodzenia misji? Autodestrukcja? Znowu pocisk
nuklearny?
"Improwizacja.
W czasie gdy ten zespół będzie przejmował statek, inny zespół
wykona drugą część zadania."
A
jeśli misja się uda – co wtedy?
"Po
przejęciu fregaty trzeba przetrzymać ją na orbicie i nikogo na nią
nie wpuścić. Macie spędzić tam trzy dni – do odzyskania
tożsamości."
*
I
oto drużyna „wyspecjalizowana w tego typu zadaniach” przedziera
się z mozołem pchana przez pola frachtowców, dobija do śluzy. Jak
wejść? Duży okrągły właz, obok szyfrowa konsoleta.
Leo
wyciąga obola i przykłada go do wgłębienia obok klawiatury.
Zaczyna się skanowanie, okrągły panel rozbłyskuje, śluza się
otwiera. Leo wsuwa się do środka, zatrzymuje Hisę, pokazując jej
na monetę – dziewczyna przykłada swój pieniążek do otworu.
Skanowanie. Potem wszystko powtarza Andrew.
Drużyna
zamyka właz,w korytarzyku robi się ciasno. Leo budzi komputer
pokładowy, reguluje ciśnienie, wpuszcza tlen.
Rozpinając
uprząż Hisa kątem oka dostrzega przez szybkę oddalający się
frachtowiec.
Leo
zdejmuje hełm, zerka w kamerę nad panelem, autoryzuje wejście,
potem otwiera drzwi do kolejnego pomieszczenia.
–
Wpisujcie polecenia otwierania drzwi, tylko najpierw autoryzujcie się
w kamerze. Nie podajecie żadnych swoich danych, skoro nie
istniejecie – rzuca rozglądając po kolejnej sali.
–
Czemu niby za każdym razem mamy się osobno autoryzować? Drzwi
otworzył jeden obol– pyta Hisa zrzucając plecak i butle na
podłogę.
–
Bo tak sobie wymyśliłem.
–
Robimy wszystko, jak chce Leopold – oznajmia Andrew. Hisa zaperza
się, ale ostatecznie pokazuje swoją twarz kamerze, wpisując
polecenie.
–
W razie co, zwalimy wszystko na niego – szczerzy się Grek.
–
Myślę, że przesadza.
–
A chcesz usłyszeć „a nie mówiłem”?
Hisa
przewraca oczami, poprawia przypiętą do pasa broń.
Statek
jest wielki, bardzo wygodny, sporo w nim pomieszczeń socjalnych,
miejsc do siedzenia. Działają jednak tylko systemy awaryjne,
wszystko jest wygaszone i pogrążone w miękkim półmroku. Zupełnie
innym niż na stacji – tu jest raczej spokojnie i sennie.
Korytarze
szerokie na jakieś półtora metra zdają się układać w
prostokąt. Detektywi idą powoli w kierunku dziobu, sprawdzając
kolejne pomieszczenia. Znajdują pokoje dla załogi, pokój odpraw.
W
końcu trafiają na wejście na mostek, jest jednak ono zabezpieczone
– wymaga podania złożonego z cyfr hasła. Zły kod zapewne odpali
systemy alarmowe. Trzeba znaleźć kombinację...
Hisa
zamyka oczy, starając się wykryć jakieś anomalie. Konsola jest
czysta, jednak uderza ją jakaś aura z sąsiedniej kajuty – to coś
zdaje się stałe i nieruchome.
–
Wiem, jak to zabrzmi, ale … muszę wam powiedzieć, tam, za tamtymi
drzwiami, jest coś … coś dziwnego. Nadnaturalnego...
– Pytanie jest
proste, mamy to sprawdzać, czy mamy tego nie sprawdzać? –
Leo spogląda na wejście.
– Pytanie jest
proste…? – parsknęła Hisa, przez kilka uderzeń serca bijąc
się z myślami, aż w końcu wyciągnęła rękę, by otworzyć
drzwi. Leo ustawił się za nią w gotowości.
Andrew odsunął się
na wszelki wypadek.
Japonka wsunęła
się do środka.
Typowa kajuta
kapitańska: na środku stolik z wbudowanym monitorem, wokół niego
trzy fotele, drzwiczki do łazienki. Ale na ścianie po stronie
krzesła kapitańskiego w przeszklonej gablocie wisi rozciągnięty
zwój – wyprawiona gruba, zwierzęca skóra. Na tym zwoju jakby
wielokrotnie coś było zapisywane i zamazywane – widać ślady
przetarć – obecnie jest
jednak pusty.
Hisa wyraźnie czuje
emanującą z niego aurę.
Rozgląda się po
pomieszczeniu – nie ma tu żadnych manuali, nie ma dziennika.
Najwyraźniej nikt z pomieszczenia nie korzystał. Nówka
sztuka...
– Mija czas, a my
nie mamy kodów dostępuj. Jeśli ich nie znajdziemy…
– Cóż, musimy
szybciej przeszukać ten statek. Rozdzielmy się…
Wracają
na korytarz. Leo sprawdza pokoje po prawej, Hisa – po lewej.
–
Zejdź na dół, Andrew, musimy znaleźć te kody....
*
Grek schodzi po stalowej drabinie, dolny korytarz także
tonie w półmroku. Kolejne lokacje to pomieszczenia techniczne,
generatory prądu, magazyny, narzędziownie - wszystko uśpione i
ciche.
*
Na górze Hisa przesuwa się powoli, zaglądając do sal. Ma
wrażenie, że wyglądają, jakby czekały na przyjęcie gości.
Wszystkie są nieco zakurzone, ale raczej nieużywane. Sala
kinowa, kuchnia, magazyny pełne zapasów jedzenia. Dziewczyna
zatrzymuje się nagle na korytarzu, zamyka, oczy, skupia się.
*
Leo coraz pospieszniej otwiera kolejne drzwi, sprawdza kolejne,
podobne do siebie kajuty. Znajduje system uzdatniania
powietrza, oczyszczalnię wody, magazyn z narzędziami. To bez
sensu. Nie znajdziemy tu nic…
*
Andrew otwiera drzwi. Jedno z pomieszczeń, które zdawało się
być magazynem, jest puste - nie ma w nim ubrań ani sprzętu. Pod
ścianą stoi umocowana na stalowym stojaku pokryta drobnym pismem
wielka granitowa tablica. Znaki, choć wydają się znajome, są dla
Andrew całkiem niezrozumiałe. Starogrecki?
*
Hisa czuje lekki zawrót głowy, gdzieś niedaleko, pod sobą,
czuje potężną obecność nadnaturalnej istoty.– Panowie...wiem, że nie przejmujecie się zbytnio moimi uczuciami, ale... mam wrażenie, że nie jesteśmy sami..
*
Leo wchodzi do
maszynowni, wygaszony silnik podświetlony jest nikłym blaskiem.
Niemiec przygląda mu się przez chwilę z uwagą. Nowa
technologia. Słyszy głos Hisy w komunikatorze.
– Już biegnę –
odpowiada – poczekaj.
– Andrew, uważaj
na siebie...
– Wiecie co?
Znalazłem tu jakąś wielką granitową płytę pokryta napisami...
Hisa czeka na
Leopolda, razem schodzą na dół, kierując się wskazówkami
Andrew, docierają do tablicy.
Spory ciemny granit
robi wrażenie. Leo przesuwa po nim wzrokiem, nie potrafi jednak
rozszyfrować znaków - poza jednym słowem wpisanym gdzieś na
początku: Pylos. Ale co ono oznacza? Nie umie sobie przypomnieć.
Japonka zamyka oczy,
skupiając się.
– To... nie to. Tu
nic nie ma. - mówi cicho –
Tablica jest czysta. To... jest tam… –
wychodzi z magazynu, a reszta idzie za nią - mijają generatory i
docierają do rozsuwanych, hermetycznych drzwi, niezabezpieczonych
jednak żadnym kodem.
Leo zagląda przez
szybę wizjera.
Widzi potężne
urządzenie, do którego podpięte są trzy komory oznaczone
starogreckimi napisami.
Co to jest?
Pozostali detektywi
również zaglądają do środka.
– Widzieliście
kiedyś coś takiego?
Tak - myśli
Leo - Widziałem. Ale co to było…?
I nagle sobie
przypomina.
– To... kom-boje.
W ten statek ktoś wbudował kom-boje.
– Jest ich
trzech... – szepcze Hisa.
Stoją
przez chwilę skonsternowani.
–
To… nie powinno tu być…? To chyba zabronione?
–
Ich system tworzy komunikację w układzie. Prawo ONZ zabrania
jakichkolwiek manipulacji kom-bojami...
–
Czyli to, że ktoś je zgarnął, że ma je na statku to…
–
Mhm…
–
Tym bardziej, że tu jest terminal…
–
W nich są trzy świadomości. – Hisa położyła dłoń na dźwigni
otwierającej wejście.
–
Ale czekaj. Przecież to... urządzenia?
–
Tak, ale… mają świadomość. Świadomości.
–
Czuję się skołowany…
–
Ja…– Japonka nie może oderwać wzroku od wizjera – To…
Niesamowite. Niejeden czciciel z Higiey chciałby tego dożyć. –
Hisa wpatruje się w uśpiony terminal.
–
No dobrze, ale szczerze mówiąc, to teraz gówno mnie to obchodzi.
Musimy znaleźć kody, a czas ucieka. Idę dalej.
Andrew
rusza za nim.
Znajdują
ambulatorium, warsztat, magazyny, pomieszczenia serwisowe, orbiter i
kapsułę ratunkową.
–
Wejdę tam – mówi Hisa naciskając mocniej wajchę.
–
Stój. Po co? – głos Leo w komunikatorze brzmi ostro.
–
Rozejrzę się.
–
I co? A jeśli świadomość cię zauważy?
–
I kogoś zawiadomi? W końcu to Ekstranet? – Andrew również nie
jest zachwycony tym pomysłem.
–
Myślę, że już wie.
–
A jeśli ta świadomość nawiąże z tobą połączenie, to co jej
powiesz?
–
Zależy, o co zapyta.
–
I? I co dalej? Przypominam, że Hades prawdopodobnie współpracował
z Ekstranetem. One go pewnie kryły. To idealny sposób, żeby
poinformować o naszej obecności, kogoś, kto chce nas zabić.
–
A nie chcesz się dowiedzieć, czemu chce cię zabić?
–
Tak sobie mnie to teraz fascynuje. Lepiej tego nie budzić, by nikt
nas nie wykrył i nie nikogo nie powiadomił. Bo może wpaść tu
ktoś, kto nas zabije.
–
Zgadzam się z Leo.
–
To nie tak, że chcę tu umierać, ale jak dla mnie…
–
Wiesz coś, czego ja nie wiem?
–
Chcę się dowiedzieć.
–
To może najpierw poszukajmy innego sposobu?
–
Jeśli oni to przejmą, nigdy się nie dowiesz – dłoń Hisy
przesuwa wajchę coraz niżej.
–
Mamy jeszcze godzinę, więc może to ostateczne rozwiązanie
zostawmy na później.
–
Dobrze – Hisa cofa dłoń.
–
Czyli... póki co nie mamy żadnego sposobu, by dostać się na
mostek? – w głosie Andrew pobrzmiewa uszczypliwa nuta.
–
Chwila. – Leo biegnie do kajuty kapitańskiej, ostrożnie zdejmuje
skórę z gabloty, przygląda się jej dokładnie, ale nie może
rozszyfrować, co było na niej zapisywane. Zabiera skórę do
laboratorium. Chwilę buszuje po szafkach, znajduje to, czego chciał.
Badania nie dają za wiele. Stwierdza jedynie, że za każdym razem
zapisywane były maksymalnie dwa wyrazy, alfabet grecki. Nic więcej.
Japonka
stoi przed pomieszczeniem z kom-bojami. Czuje obezwładniający
strach pomieszany słodko z euforią. Splotła dłonie na piersi i
wbija wzrok w terminal. Nie znajdą kodu. Nie znajdą, bo go tu
nie ma… To jedyna droga. Jeśli coś pójdzie nie tak, wszystko
schrzanię i pewnie nawet nie będę miała okazji
przeprosić. Ale… taka szansa… Taka wiedza, takie możliwości.
To nieomal mistyka. Kolejne spotkanie z Bogiem.
–
Dlaczego Hades chce cię zabić? – szepcze do komunikatora.
–
Hades najprawdopodobniej stoi za śmiercią Kyu Linga. A ponieważ
wpadłem na jego trop, wysłałem za nim detektywów. Próbowałem go
śledzić. Włamywałem się do Ekstranetu, żeby go dopaść. To
chyba jest już dobry powód?
–
Jak chciał cię zabić?
–
Em…Więc… – zapada cisza.– Inaczej: Hades jest częścią
Aurory. Tego jestem pewien.
–
Wszystko musi być związane z Aurorą?
–
Jest.
–
Może po prostu mieli jakieś wspólne interesy, może ich drogi
gdzieś się krzyżują, ale to nie musi być to samo. Zobacz – to
kolektyw dronów. Ale ktoś to tu zbudował i wysłał w kierunku
Marsa… Ktoś to nazwał, nadał temu grecką otoczkę...
–
Hades zabił jednego z detektywów. On całkiem zniknął.
–
W takim razie nie wiesz, czy on nie żyje. My też całkiem
zniknęliśmy. Skąd wiesz, że Kyu Ling nie żyje?
–
Nie wiem…
–
To czemu mówisz, że Hades go zabił? Leo, podejdź do sprawy bez
uprzedzeń.
–
No dobrze, ale czy jakakolwiek sprawa, nad którą pracowaliśmy; czy
jakakolwiek tajemnica, którą badaliśmy była dla nas …
przyjazna? Chociaż raz?
–
Leo, mamy mnóstwo pytań i… jeśli teraz nie spróbujemy, być
może nigdy ich nie rozwikłamy, bo nikt tam nigdy nic nie powie.
„Centrala”.
–
Wybacz, ale twoje podejście jest skrajnie naiwne, nie zgadzam się.
– Leo zostawia zwój, idzie w stronę magazynu z płytą.
–Słuchajcie,
zostawmy te kwestie, zastanówmy się, jak dostać się na mostek –
Andrew jest chyba znudzony sporem.
–
No właśnie próbujemy, bo może terminal otworzy nam mostek?
–
Hisa...
–
Na razie płyta… – mamrocze Leo.
–
Masz piętnaście minut. – Japonka stoi nieporuszona przed wejściem
do kom–boi. Nagle słyszy w komunikatorze syk Leo – Andrew,
mógłbyś mi pomóc? Palec mi utknął między zaczepem a ..
dzięki...
– Nie
widzieliście gdzieś jeszcze konsolety z miejscem na obola?
– Nie.
Mijają
kolejne minuty.
– Słuchajcie…
– Dobra
Hisa. Wchodź.
Japonka
napiera na wajchę otwierającą drzwi, uszczelnione wrota otwierają
się z sykiem i oto dziewczyna staje przed migoczącym terminalem
tekstowym. Powoli podnosi dłoń, palce dotykają klawiszy. Tkwi
przez chwilę w bezruchu, a potem wpisuje polecenie:„Otwórz
mostek”.
Napis
znika. Po chwili na ekranie pojawiają się słowa:
„TAK.
Zrobione. Po co?”
–
Em… Mostek otwarty…? – Hisa z niedowierzaniem patrzy na
odpowiedź. Co jest? Ekstranet pyta „po co”?!
Słyszy
w komunikatorze, że Leo i Andrew idą w stronę drzwi.
–
Otwarte.
Japonka
nie czuje jednak żadnej satysfakcji z powodzenia, z przerażeniem
spogląda na terminal.
Na
mostku stoi fotel kapitański otoczony fotelami obsługi technicznej.
Leo sprawdza kurs: statek ma dotrzeć na niską orbitę Marsa i na
niej pozostać.
– Panowie – słyszy głos Hisy – może wy macie jakiś pomysł,
co oprócz oczywistej odpowiedzi można odpisać kom–bojom, które
chcą wiedzieć, po co otwarły nam drzwi?
– Ee… znaczy te trzy jaźnie chcą wiedzieć?
– Hm, coś czuję, że spieprzyliśmy misję. Znaczy ja
spieprzyłam… Ale inaczej nie otwarlibyśmy mostka… Ech. Co
odpisać? Może: „Dlaczego pytasz?” – Hisa śmieje się
nerwowo. – Podobno Ekstranet ma jakąś nietypową składnię?
– Nieee… czekaj! Hisa, napisz: „Czy jesteście zniewoleni?”
Hisa wpisuje pytanie.
„Nie. Absurd.
ODPOWIEDZ NA PYTANIE.”
Hisa wstukuje drżącą ręką: „Chcę sprawdzić kurs statku”.
Cisza. Mija kilka minut, terminal przygasa.
– Czas nam się kończy, zaraz wlecimy w strefę Diamosa. – Hisa
nie może oderwać wzroku od ekranu.
– Mogę? – obok niej pojawia się Leo i zajmuje miejsce przy
konsoli. „Po co lecicie na Marsa?” – wstukuje.
„Nie lecimy. My lecimy? CZEMU
TAK TWIERDZISZ?”
„Widziałem kurs okrętu.”
„Jaki okręt? Stop. MUSIMY TO PRZEMYŚLEĆ.”
„Okręt, na którym otworzyliście mostek”
Mijają minuty.
„Kim jesteście?”
„Nas nie ma.”
„Kim byliście?”
„Detektywami”
„Jak tu trafiliście?”
„Przez śluzę”
– Może trzeba iść na mostek zmienić kurs? – pyta cicho Hisa.
– Mamy nie wszczynać alarmu. Chciałbym się dogadać… z tymi
dronami. – Leo wpisuje: „Jak wy tu trafiliście?”
Kolektyw ignoruje to pytanie. Stawia za to swoje: „Czy Charon
pobrał opłatę?”
„Tak”
„Charon
do nas nie przemówił. Charon śpi. Komu
daliście opłatę?”
„Opłatę uiściliśmy przy wejściu na...łódź.”
„Idźcie do Charona.”
„Gdzie jest Charon?”
„Charon
nadzoruje łódź.”
Leo wychodzi pospiesznie, idzie w stronę mostka. Zostały im
jeszcze do sprawdzenia jedne drzwi, do których też wcześniej nie
mieli dostępu. Znajduje w nim duży fotel i stolik z komputerem.
Przy komputerze znajduje się miejsce na obola i jakaś dźwignia.
Wkłada monetę i przekręca intuicyjnie mechanizm. Pieniążek
obraca się i znika. Zapala się za to terminal: na ekranie migocze
tekst „Kto dowodzi
łodzią?”
„Charon” – wpisuje Leo.
„Charon to ja, kto
dowodzi łodzią?”
„Nikt”
„Nikt nie może
dowodzić łodzią”
„Byłem człowiekiem o imieniu Leopold”
„Leopold dowodzi
łodzią?”
„Tak”
„Rozkazy?”
„Wejdź na wysoką orbitę Marsa i nikogo nie wpuszczaj”
Andrew przytrzymał się ściany, Hisa złapała się konsolety, gdy
statkiem szarpnęło nagle po uruchomieniu silników, a potem okręt
wzniósł się pospiesznie zmieniając kurs. Wkoło zapaliły się
lampy, rozświetlając pokład jasnym, sterylnym blaskiem. Niemal
jednocześnie z głośników popłynął głos: „Tu kontrola lotów
orbitalnych Marsa. Statek o sygnale SSS–46B12
podajcie dane z transpondera. Dalsze nieautoryzowane przebywanie w
przestrzeni Marsa jest nielegalne. Powtarzam: zidentyfikujcie się,
albo rozpoczniemy procedury bezpieczeństwa”. Komunikat jest
natarczywie powtarzany.
Leo wydaje się skołowany.
– Nadaj ID statkowi, nazwij go jakoś… Jesteś w stanie to
zrobić? – podpowiada Hisa.
Leo wstukuje polecenia.
– Leopold Warburg, statek prywatny. – odpowiada stacji.
– Odnotowane, bez odbioru.
– Tak się pozostaje w cieniu… – mamrocze Andrew.
*
„Dziękuję za wykonaną misję” –
taką wiadomość przysyła doktor Diuk.
Nina poinformowała, że spodziewa się detektywów w biurze za trzy
dni.
I
tak zostali
na uzbrojonym i dobrze zaopatrzonym statku, czekając na odzyskanie
tożsamości.
Trzy
dni totalnej, chciałoby się rzec, nudy. Hisa
pozwoliła sobie na rozmowy z Ekstranetem. Cała wiedza ludzkości
jest w sieci kom-bojów. Odpowiedź na wszystkie pytania w zasięgu
ręki.
A
jednak – nic nie wychodzi. Tylko
mętne dyskusje na temat istnienia, które więcej zaciemniają niż
wyjaśniają. Rozmowy ją
przygnębiły – czuła,
że wychodzi na głupca, ale nie potrafiła chyba jasno sprecyzować,
czego chce od dronów. I miała wrażenie, że one się z niej…
nabijają?
Kto
i po co zbudował ten
statek? Po co ta mityczna
otoczka?
Co
znaczą te słowa kom-boi: „Nasza podróż się dawno
skończyła”. Kim są
te świadomości?
Maszyna wplątana w świadomość, świadomość wpleciona w maszynę?
Duchy przemawiające przez nadajniki? Po raz kolejny dotyka marzeń
swojego ojca. Czuje jednak, że zawodzi. Nie umie temu sprostać.
„Kto wykasował Kyu Linga?”
„Nikt go nie wykasował. KYU LING PRZEBYWA TERAZ W EREBIE”
„Co to jest Ereb?”
„Kraina zmarłych”
Hisa waha się chwilę, zagryza wargę. Starając się powstrzymać
drżenie rąk, wreszcie decyduje się wpisać TO pytanie:
„Gdzie są Aiko i Myiazaki
Tamura”
„AIKO Z NAMI NIE ROZMAWIAŁA. Myiazaki
jest w Tartarze”
Nie
ma odwagi zapytać, czym jest Tartar.
Ereb
to kraina zmarłych, ale… przecież właśnie siedzą w łodzi
Charona, należącej do Hadesa.
Gdzie
jest granica między
światami? Czy
Tartar może być jakimś zakątkiem wszechświata? Czy jest po
drugiej stronie?
Leo
nie miał żadnych wątpliwości, jak odczytać odpowiedzi.
Hisa
nie chciała pożegnać się z nadzieją.
„Czy
mieliśmy na Marsie
przejąć Hadesa?”
„Nie
posiadamy tej wiedzy.
Tylko Charon wie, gdzie
jest Hades. My
jesteśmy tylko sędziami.
NIE MAMY NAD NIM ŻADNEJ
WŁADZY.”
„Gdzie
jest Scheryl Hester?”
„
A CO NAS OBCHODZĄ SPRAWY
ŻYWYCH?”
„Czy
współpracujecie z Aurorą?”
„Nie
współpracujemy z nikim.
Poza Hadesem.”
„Jaki
jest cel waszej misji”
„ZAWSZE
TEN SAM. Jesteśmy
sędziami.”
„Kogo
sądzicie?”
„UMARŁYCH”
„Kto
się zajmuje żywymi?”
„No
to chyba oczywiste.
Niebiańscy bogowie.”
„Czy
Hades to człowiek?”
„HADES
JEST TERAZ WŚRÓD ŚMIERTELNIKÓW”
„Jak
wygląda Hades?”
„To
właściwie jest dobre pytanie”
„Jaką
przyjął tożsamość wśród śmiertelników?”
„Hades
to Hades”
„Leo
uważa, że jest ich pięciu”
„Nie
wiem czemu tak uważa. Ok,
niech mu będzie. CIEKAWA
INFORMACJA.”
I
tak w kółko.
–
Czym jest Hades?
Androidem? Dronem?
Człowiekiem?
–
A jakie to ma znaczenie?
–
Dlaczego
miałoby to nie mieć znaczenia?
–
Dlatego,
że Hades jest
prawdopodobnie częścią
Aurory, która jest organizacją terrorystyczną…
„Czy
Hades jest częścią Aurory, wynajmuje ją lub współpracuje z nią”
„Po
co Hades ma z kimś współpracować?”
Hisa poprosiła
Andrew, by opowiedział jej
nieco o tych greckich bogach. Mitologia gaijinów nie jest tak
poetycka i piękna, jak japońska, ale trzeba przyznać, że dość
ciekawa.
Poza tym dziewczyna medytuje, śpi lub snuje się po okręcie
zwiedzając go. Zapoznaje się ze sterowaniem, sprawdza orbiter.
Chciałaby z kimś porozmawiać, ale nie może się na to zdobyć.
Chciałaby wiedzieć, czy ze Swietą jest wszystko w porządku, ale
nie może się z nią skontaktować. Chciałaby…
*
W końcu wracają do świata żywych.
O dziwo agencja Thorna nie rekwiruje statku i drużyna zostaje z
wartym miliony pojazdem kosmicznym, który wszelako jest też „wart”
co najmniej zsyłki na Ziemię, gdyby ktoś sprawdził, co zawiera.
Andrew wraca do Acidali.
Hisę wśród tysiąca pytań, nurtują szczególnie te związane z
prawdziwym właścicielem okrętu i drugą częścią misji. Nie ma
jednak czasu, bo musi zająć się dzieckiem. A do tego ma swoje
zobowiązania – i nadszedł czas, by je wypełnić. Japonka znika
zatem na jeden dzień, a potem odbiera z Fobosa Leo i córkę i lecą
do Promyka Nadziei.
Oby Old zdołał im jakoś pomóc...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz