Wznoszą się szybko, widok zachodzącego słońca zawsze zapiera Hisie dech w piersiach.
Leo siedzi obok, sprawdza coś na komunikatorze.
– Wiesz, Leo… Nie znam nikogo innego... Nie umiałabym pomóc Swietle…
– Mhm.
– Oldowi ufam... ale uh… Wiesz, to słabe miejsce dla małej dziewczynki...Szopa pełna duchów, zwariowany staruszek i jaskinia terroru. Coś we mnie uważa, że mam szansę zostać matką roku. - uśmiecha się zakłopotana. - Ale to nie jest… zwykła mała dziewczynka... w pewnym sensie jest starsza ode mnie. Choćby nie wiem co, przez swój dar nie będzie mogła żyć normalnie… Leo… Postępujemy właściwie, prawda?
- Hisa. Działam według dwóch schematów: najpierw wybieram mniejsze zło, a potem dopiero zastanawiam się nad większym dobrem oraz najpierw zaczynam od rzeczy możliwych do zrobienia, rzeczy niemożliwe odkładam na później.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– Dobry algorytm. Pożyczę go…
*
Do Acidali przybyli późną nocą. Hisa oddała w porcie statek,
a potem razem z Leo pojechali taksówką do Centrum, do biurowca
Thorna. Tam też się rozstali.
Hisa otworzyła drzwi do swojego gabinetu, omiotła wzrokiem odkurzone podłogi, starte biurko. Wymieniła biożelowy wkład w doniczce kwiatka, który pięknie rozwinął liście i wypuścił kilka nieśmiałych pąków. Spojrzała na rozłożony pod ścianą materac.
Powoli podniosła komunikator. Wstukała wiadomość. Długo wahała się, zanim wcisnęła „Wyślij”. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnęła z szafy sportową torbę, wpakowała tam bieliznę, kombinezon na zmianę, pistolet i kilka drobiazgów. Zgasiła światło i cicho zamknęła drzwi. Skinęła uzbrojonemu mocno ochroniarzowi, kierując się do wejścia na parking.
*
Zaparkowała w sprawdzonym miejscu kilka przecznic od domu Enico.
Sprawdziła, czy zagłuszacz sygnału działa. Wysiała z samochodu,
otulając się swoim czarnym płaszczem i szła powoli, czekając na
odezwanie się komunikatora. Dwa nieforemne księżyce wisiały nad
horyzontem, ciepły wiatr kołysał ostrymi trawami i przesuwał
sennie piasek po wystygłym asfalcie. Wkoło panowała cisza.
Nie powinnam była jej zawracać więcej głowy… Nie powinno mnie tu być. Może jest teraz.. gdzieś indziej. Z kimś innym… Pójdę lepiej do „Goryla”. Przeczekam tam do rana...
Spojrzała w okno pogrążonego w mroku mieszkania. Miała właśnie się odwrócić, gdy zawibrował jej komunikator. Z drżącym sercem odczytała wiadomość, westchnęła i weszła po schodkach. Zapukała raz - za drugim razem ręka trafiła w próżnię. Wsunęła się w ciemność, zatrzasnęły się drzwi.
*
Przedpokój tonął w gęstym półmroku, rozświetlony jedynie
nikłym blaskiem palącej się w sypialni nocnej lampki. Hisa stanęła
w połowie korytarzyka i nie umiała wejść dalej. Objęła się
ramionami i wbiła wzrok w czubki butów. Chciała tylko jednego: by
osłoniło ją czyjeś ciepło i by mogła w końcu wypowiedzieć te
słowa:– Mój ojciec nie żyje.
Leo nie próbował poruszyć tego tematu i zachowywał dystans, więc Hisa trzymała się hardo, choć była o krok od wypłakania mu się w rękaw. Andrew – cóż, nadal wydawał się być zbyt obcy. Ernest… jak zwykle go nie było, zresztą Hisa po tej akcji na Fobosie nie chciała więcej się przed nim odsłaniać, cokolwiek o nim sobie myślała. Nie został jej nikt prócz Kozmy, więc, choć przyrzekała sobie, że da jej spokój i nie będzie jej narażać, przyszła do niej. Czuła, że się rozpada i potrzebowała jej ciepłych rąk, by pozbierały ją na nowo. A Enico umiała odgadnąć, czego potrzebuje. Dlatego długo trzymała Hisę w objęciach, nim w końcu wyszeptała, by wzięła prysznic. Potem wytarła ją, otuliła szlafrokiem, położyła na łóżku i czesała delikatnie jej włosy, nim Hisa zebrała się w sobie i zaczęła mówić.
– W sumie… nie spodziewałam się niczego innego. Od lat godziłam się z tą myślą. A jednak to bolało, straszliwie bolało. Ale... przyniosło również ulgę… Tylko w tym wszystkim najgorsze jest to… że nie mogę przestać myśleć o mamie. Wygląda na to, że ona wciąż żyje. Co ją spotkało, gdzie jest? Jak sobie radzi bez ojca? Kto im to zrobił…? Kto nam to zrobił…? Ja.. nie umiem jej odnaleźć…
– Nie mogę ci pomóc.
– Już mi pomogłaś…
– Hisa, musisz… znaleźć sobie kogoś.
– Wiesz, odkąd się ostatni raz widziałyśmy, minęły może dwa tygodnie? W tym czasie skakałam przez próżnię kosmosu - dwa razy - na rozpędzoną, porzuconą stację i na dryfujący statek… Stanęłam oko w oko z niepojętym strachem przeklętego miejsca i jego potwora; uniknęłam atomówki; zostałam matką; konkubiną; spotkałam się z co najmniej jednym demonem; wiedźmą; żywymi trupami – wykwitem czarnej medycyny; mafią; królem żebraków; templariuszami; przestałam istnieć, dryfowałam na łodzi przewoźnika śmierci i gawędziłam z Ekstranetem… Jak ja mam ...? Po co…?
– W klubach...
– Nie chcę tak. Nie potrzebuję… tego. Chcę czegoś innego…
– Wiem. Ale ja ci tego nie dam.
Zapada cisza.
– To już ustaliłyśmy... To... nic… - szepcze odpływając Hisa. – Przepraszam…
Zanim zaśnie, zbierze resztki sił i spojrzy na kładącą się obok przyjaciółkę, otwierając trzecie oko. I znów nie zobaczy niczego.
*
Poranne słońce już na dobre wzięło w posiadanie cały pokój. Hisa wciągnęła na siebie obcisłą czarną bluzkę, przylegające lateksowe spodnie, przypięła kaburę i wciągnęła na dłonie krótkie, bezpalczaste rękawiczki. Uczesała włosy w misterną japońską fryzurę- luźne pasma włosów spięła po bokach i uchwyciła w wysokiego koka. Nałożyła delikatny makijaż.
Kozma wylegiwała się w zmiętej pościeli i nie zamierzała wcale wstawać, bo przed chwilą Hisa odwdzięczyła się jej za pomoc i zrekompensowała to nocne najście.
Dochodziła siódma, gdy komunikator Hisy zaczął wibrować. Nina?
Pani detektyw odebrała pospiesznie i słuchała, uważnie notując w pamięci polecenie i adres.
- Już lecę.
Sięgnęła po swój płaszcz i torbę, upewniając się, że pistolet jest na swoim miejscu.
– Muszę lecieć. Praca… Dziękuję ci. I przepraszam. – pocałowała dziewczynę w czoło i wymknęła się tylnym wyjściem bez „do widzenia”.
– Tylko nie giń… - zamruczała Kozma, przeciągając się.
https://www.youtube.com/watch?v=Hei6xtSWdTU
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz