niedziela, 30 września 2018

No więc, było tak...

Uprzedziłam go we wszystkim. Doskonale wiedziałam, co zrobi. Więc zadzwoniłam do Niny parę minut wcześniej nim on zadzwonił; dowiedziałam się co trzeba zrobić, zanim on się dowiedział; wypełniłam formularz, zanim on go otworzył i w zasadzie mogłam z uśmiechem przedstawić mu swoją córkę - oto Taiyo Tamura.


Ale nie mogłam wcisnąć „wyślij” w oknie rejestracji w Extranecie. Bo tu nie chodziło o mnie, o jakąś głupią przepychankę, o to kto postawi na swoim. Nie chodziło o korkową tablicę.  I nie chodziło też o to, czego ja pragnę, a co odezwało się we mnie nagle, o ten dziwny sztorm w mojej głowie. Tu chodziło o nią. O jej dobro.



Zastanawiałam się wiele razy nad tym, dlaczego Bobby mnie wtedy przygarnął. Proste wytłumaczenie: mogłam mu się przydać. Jako kolejny gadżet, wszechstronne narzędzie. Ale za oczywistym pragmatyzmem i za gmachem jego egoizmu dostrzegałam zawsze coś więcej w tym, kim dla niego byłam. Nieznośnie samotne musiało być jego życie.

Gdyby naprawdę się nade mną litował, odesłałby mnie na Kioto z małym kapitalikiem. Ale on nie dał mi litości, bo litość jest dla słabych. Więc dał mi Drogę. A ja zostałam jego córką.



Ale ja nie jestem Bobbym. Jestem zbyt niedoświadczona, zbyt naiwna. I nie cenię tej Drogi tak, by chcieć, aby ktokolwiek nią podążył za mną. Zwłaszcza ktoś, kogo kocham.



Co mogłam jej dać? Jestem tym, czym jestem, rozpadam się, moje życie to kolejne kreski na kolejnych broniach, nie mam mieszkania, tonę w długach, wiąże mnie zobowiązanie, noce spędzam szukając odpowiedzi w mroku Marsa lub zapomnienia w ramionach ukochanej, a niemal wszystko, co robię, oznacza śmierć lub wyrok.



Wyrzekłam się tego lata temu. Nie mogę mieć dzieci. Nigdy nie będę mogła mieć.



Może dlatego, tak bardzo nie chciałam jej mu oddawać. Bo to może była jedyna szansa na to.

Ale umiem już zabijać siebie całkiem nieźle. Więc zapanowałam nad rozwścieczoną niedźwiedzicą gotową walczyć o swoje młode.

I zamiast wysyłać formularz poprosiłam go o rozmowę. I umiałam poczuć wdzięczność za to, że jemu też leży na sercu dobro tej dziewczynki.



Mała potrzebuje tożsamości, domu, języka, opieki. Kogoś, kto zaopiekuje się jej zdolnościami. 
To boli, ale ja nie mogę jej niczego dać.



„To nieprawda. – powiedział – Możesz jej dać swoją miłość.”



Te słowa mnie ogłuszyły. Nie spodziewałam się czegoś takiego. I teraz czuję... głęboką wdzięczność za nie.



Dam ci swoją miłość, Swietłano, tak długo, jak będę się tu tlić w tym pancerzu.

Moja mała Taiyo.

***

Kiedy wraca do hotelu wieczorem, bierze prysznic i klnie w duchu na reglamentację wody. Klnie w duchu na wszystko na tym księżycu i patrząc na strużkę wirującą przy odpływie wyobraża sobie, że zmywa z siebie cały ten dzień, że przestaje pamiętać – tak jak uczył ją Bobby – znikają więc twarze tych ludzi w obskurnym laboratorium, kałuża krwi rozlana na kształt motyla wokół martwego doktorka, znika smród śmierci, smród niemytych ciał, znika hańba i krzywda tej Chinki, znikają puste spojrzenia „dobrych ludzi”. Wszystko staje się nieważne.
Kiedy Hisa wychodzi z łazienki w świeżym kombinezonie, prędko susząc włosy szarym ręcznikiem, czuje się o wiele lepiej. Jest jej jakoś lekko na sercu, gdy puka do drzwi Leopolda.
Mała siedzi na kanapie, ale na widok Japonki odkłada tablecik i biegnie do niej. Hisa unosi ją delikatnie i przytula. Daje jej odczuć swoją radość, cieszy się jej radością, odbiera całą feerię rozmytych pulsujących obrazów i emocji. Rozmawia z nią bez słów tuląc ją do siebie.
- Załatwiliście sprawę? - głos Leo dochodzi do niej jakiś odległy i przytłumiony, niemal ściąga Hisę do rzeczywistości.
-Tak. Przyjdź za chwilę proszę, położę małą spać i wszystko ci opowiem.

***

No więc, Leo, ten magazyn numer 8 to było jakieś laboratorium. Pracował tam doktorek z Marsa, Chinyere Somadina pozbawiony uprawnień za czarną, nomen omen, medycynę. Wyobraź sobie, że ci, którzy dla niego pracowali, ci tragarze od dywanu i jacyś asystenci nawet… nie wiedzieli, że za pracę można dostać wynagrodzenie...
Doktor został zastrzelony podczas próby ucieczki. Tak, oszczędziłam fatygi tutejszemu sądowi, który chwilowo gdzieś wyjechał. Dane z dysków doktorka ma Ernest.
Niestety pewne rzeczy poszły nie tak , jak powinny – gdy Ernest z Andrew weszli do środka magazynu, pracownicy w środku uruchomili jakiś alarm dźwiękowy, który z kolei uruchomił… „dobrych ludzi”. Już tłumaczę:w magazynie stało z dwunastu jakichś dziwnych Murzynów, wyglądali, jakby byli w jakimś letargu, kiwali się tylko lekko. Ale gdy odpalony został alarm, dostali bzika – i... ech zaczęli uciekać z magazynu wąską szparą w drzwiach… Nie zdążyłam odstrzelić ich z pistoleciku, wybiegli na ulicę… Zabili osiem osób gryząc i rozszarpując przypadkowych ludzi, nim ulica wzięła sprawy w swoje ręce i wytrzebiła wszystkich. Tak...
Miałam wizję drugiej Ziemi, ale chyba te potwory nie były nosicielami żadnego wirusa.
Spokojnie, wzięliśmy kąpiel w próżni, zanim tu wróciliśmy… Chociaż jeśli jakieś cholerstwo wyszło z magazynu, to i tak już po wszystkim.
Te potwory były zwane przez pracowników doktorka „dobrymi ludźmi czekającymi na operację”, bo doktorek wmówił swoim niewolnikom, że ratuje dobrych poświęcając złych.

Początkowo nie dało się z nimi dogadać, bo wszyscy bulgotali w murzyńskim narzeczu, ale załatwiłam tłumacza od Vadiego… Vadi wysłał sporą ekipę. Wybrałam dwóch, którzy mieli iść ze mną do laboratorium, reszta miała pilnować trupów. Cóż, z rozmowy wyszło, ze doktorek raczej nie miał innych laboratoriów, wiemy, z kim handlował (to jakiś Ivan K.), ustaliliśmy też, że to raczej nie było zaraźliwe… Więcej ci kretyni nie wiedzieli, albo nam nie przetłumaczono, choć Ernest ma zapis rozmowy. Potem tymi pseudomedykami zajęli się ludzie „króla”… Trupami też się zajęli. Wszystko zniknęło. Leo, oni podpieprzyli te zombie. Wpakowali wszystko do kontenera i gdy wyszliśmy, niczego już nie było…

Próbowałam wezwać policję przed akcją – że potrzebujemy wsparcia, że tu jakieś nielegalne eksperymenty… No więc policja przybyła po wszystkim, w osobie jakiegoś dziewięćdziesięciolatka w meleksiku z kogucikiem, ustaliła, że wszystko zrobione i odjechała… Taaak.
Wiesz, usiłowałam też ściągnąć tu jakąś ekipę od biohazardu - kogokolwiek, kto mógłby zbadać lepiej sprawę, ale… nikt nie odbierał... Nina nie odbiera, Calmar nie odbiera. Dzwoniłam do pani Wunderbauer, by się upewnić, że Acidala istnieje…
Istnieje. Niemniej cholernie mnie martwi, że Nina się nie odzywa.

Pogadaliśmy z królem żebraków, przypomniałam mu o umowie. Wiesz której. Mamy czekać.

Potem wzięliśmy się za inną sprawę z ogłoszenia - tą w której elektryk szukał dyskretnych ludzi do załatwienia pewnej rzeczy. Otóż podejrzewał, że żona go zdradza…

No więc ... Okazało się, że żonę szantażował i wykorzystywał Egolin Chikke z Ligii Rzemieślniczej. Zastraszył ją, że zabije jej męża. Nie była jedyna, czarnuch żył z szantaży. Złożyliśmy mu wizytę. Wyręczyliśmy sąd, wyrwaliśmy chwasta, skasowaliśmy brudne dane. Dużo domestosu się polało…

Potem przybiegł Vadi, narzeczony Intasir, tej odnalezionej dziewczyny, prosząc, byśmy sprawdzili, czy z nią wszystko dobrze, bo odkąd wypisali ją ze szpitala, podobno zachowuje się jak w ciągłej rui…
Wariactwo. Obiecaliśmy zajrzeć, ale… jutro.
Mam dość tego miejsca. Tu wszystko jest chore…
Zaczynam tęsknić nawet za Europą…

Jak mała…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz