Uprzedziłam go we wszystkim. Doskonale wiedziałam, co zrobi. Więc
zadzwoniłam do Niny parę minut wcześniej nim on zadzwonił;
dowiedziałam się co trzeba zrobić, zanim on się dowiedział;
wypełniłam formularz, zanim on go otworzył i w zasadzie mogłam z
uśmiechem przedstawić mu swoją córkę - oto Taiyo Tamura.
Ale nie mogłam
wcisnąć „wyślij” w oknie rejestracji w Extranecie. Bo tu nie
chodziło o mnie, o jakąś głupią przepychankę, o to kto postawi
na swoim. Nie chodziło o korkową tablicę. I nie chodziło też o to, czego ja pragnę, a co odezwało się
we mnie nagle, o ten dziwny sztorm w mojej głowie. Tu chodziło o
nią. O jej dobro.
Zastanawiałam się
wiele razy nad tym, dlaczego Bobby mnie wtedy przygarnął. Proste
wytłumaczenie: mogłam mu się przydać. Jako kolejny gadżet,
wszechstronne narzędzie. Ale za oczywistym pragmatyzmem i za gmachem
jego egoizmu dostrzegałam zawsze coś więcej w tym, kim dla niego
byłam. Nieznośnie samotne musiało być jego życie.
Gdyby naprawdę się
nade mną litował, odesłałby mnie na Kioto z małym kapitalikiem.
Ale on nie dał mi litości, bo litość jest dla słabych. Więc dał
mi Drogę. A ja zostałam jego córką.
Ale ja nie jestem
Bobbym. Jestem zbyt niedoświadczona, zbyt naiwna. I nie cenię tej
Drogi tak, by chcieć, aby ktokolwiek nią podążył za mną.
Zwłaszcza ktoś, kogo kocham.
Co mogłam jej dać?
Jestem tym, czym jestem, rozpadam się, moje życie to kolejne
kreski na kolejnych broniach, nie mam mieszkania, tonę w długach,
wiąże mnie zobowiązanie, noce spędzam szukając odpowiedzi w
mroku Marsa lub zapomnienia w ramionach ukochanej, a niemal wszystko,
co robię, oznacza śmierć lub wyrok.
Wyrzekłam się tego
lata temu. Nie mogę mieć dzieci. Nigdy nie będę mogła mieć.
Może dlatego, tak
bardzo nie chciałam jej mu oddawać. Bo to może była jedyna szansa
na to.
Ale umiem już
zabijać siebie całkiem nieźle. Więc zapanowałam nad
rozwścieczoną niedźwiedzicą gotową walczyć o swoje młode.
I zamiast wysyłać
formularz poprosiłam go o rozmowę. I umiałam poczuć wdzięczność
za to, że jemu też leży na sercu dobro tej dziewczynki.
Mała potrzebuje
tożsamości, domu, języka, opieki. Kogoś, kto zaopiekuje się jej zdolnościami.
To boli, ale ja nie mogę jej
niczego dać.
„To nieprawda. –
powiedział – Możesz jej dać swoją miłość.”
Te słowa mnie
ogłuszyły. Nie spodziewałam się czegoś takiego. I teraz czuję...
głęboką wdzięczność za nie.
Dam ci swoją
miłość, Swietłano, tak długo, jak będę się tu tlić w tym
pancerzu.
Moja mała Taiyo.
***
Kiedy wraca do
hotelu wieczorem, bierze prysznic i klnie w duchu na reglamentację
wody. Klnie w duchu na wszystko na tym księżycu i patrząc na
strużkę wirującą przy odpływie wyobraża sobie, że zmywa z
siebie cały ten dzień, że przestaje pamiętać – tak jak uczył
ją Bobby – znikają więc twarze tych ludzi w obskurnym
laboratorium, kałuża krwi rozlana na kształt motyla wokół
martwego doktorka, znika smród śmierci, smród niemytych ciał,
znika hańba i krzywda tej Chinki, znikają puste spojrzenia „dobrych
ludzi”. Wszystko staje się nieważne.
Kiedy Hisa wychodzi
z łazienki w świeżym kombinezonie, prędko susząc włosy szarym
ręcznikiem, czuje się o wiele lepiej. Jest jej jakoś lekko na
sercu, gdy puka do drzwi Leopolda.
Mała siedzi na
kanapie, ale na widok Japonki odkłada tablecik i biegnie do niej.
Hisa unosi ją delikatnie i przytula. Daje jej odczuć swoją radość,
cieszy się jej radością, odbiera całą feerię rozmytych
pulsujących obrazów i emocji. Rozmawia z nią bez słów tuląc ją
do siebie.
- Załatwiliście
sprawę? - głos Leo dochodzi do niej jakiś odległy i przytłumiony,
niemal ściąga Hisę do rzeczywistości.
-Tak. Przyjdź za
chwilę proszę, położę małą spać i wszystko ci opowiem.
***
No więc, Leo, ten magazyn
numer 8 to było jakieś laboratorium. Pracował tam doktorek z
Marsa, Chinyere Somadina pozbawiony uprawnień za czarną, nomen
omen, medycynę. Wyobraź sobie, że ci, którzy dla niego pracowali,
ci tragarze od dywanu i jacyś asystenci nawet… nie wiedzieli, że
za pracę można dostać wynagrodzenie...
Doktor został
zastrzelony podczas próby ucieczki. Tak, oszczędziłam fatygi
tutejszemu sądowi, który chwilowo gdzieś wyjechał. Dane z dysków
doktorka ma Ernest.
Niestety pewne
rzeczy poszły nie tak , jak powinny – gdy Ernest z Andrew weszli
do środka magazynu, pracownicy w środku uruchomili jakiś alarm
dźwiękowy, który z kolei uruchomił… „dobrych ludzi”. Już
tłumaczę:w magazynie stało z dwunastu jakichś dziwnych Murzynów,
wyglądali, jakby byli w jakimś letargu, kiwali się tylko lekko.
Ale gdy odpalony został alarm, dostali bzika – i... ech zaczęli
uciekać z magazynu wąską szparą w drzwiach… Nie zdążyłam
odstrzelić ich z pistoleciku, wybiegli na ulicę… Zabili osiem
osób gryząc i rozszarpując przypadkowych ludzi, nim ulica wzięła
sprawy w swoje ręce i wytrzebiła wszystkich. Tak...
Miałam wizję
drugiej Ziemi, ale chyba te potwory nie były nosicielami żadnego
wirusa.
Spokojnie, wzięliśmy
kąpiel w próżni, zanim tu wróciliśmy… Chociaż jeśli jakieś
cholerstwo wyszło z magazynu, to i tak już po wszystkim.
Te potwory były
zwane przez pracowników doktorka „dobrymi ludźmi czekającymi na
operację”, bo doktorek wmówił swoim niewolnikom, że ratuje
dobrych poświęcając złych.
Początkowo nie dało
się z nimi dogadać, bo wszyscy bulgotali w murzyńskim narzeczu,
ale załatwiłam tłumacza od Vadiego… Vadi wysłał sporą ekipę.
Wybrałam dwóch, którzy mieli iść ze mną do laboratorium, reszta
miała pilnować trupów. Cóż, z rozmowy wyszło, ze doktorek
raczej nie miał innych laboratoriów, wiemy, z kim handlował (to
jakiś Ivan K.), ustaliliśmy też, że to raczej nie było
zaraźliwe… Więcej ci kretyni nie wiedzieli, albo nam nie
przetłumaczono, choć Ernest ma zapis rozmowy. Potem tymi
pseudomedykami zajęli się ludzie „króla”… Trupami też się
zajęli. Wszystko zniknęło. Leo, oni podpieprzyli te zombie.
Wpakowali wszystko do kontenera i gdy wyszliśmy, niczego już nie
było…
Próbowałam
wezwać policję przed akcją – że potrzebujemy wsparcia, że tu
jakieś nielegalne eksperymenty… No więc policja przybyła po
wszystkim, w osobie jakiegoś dziewięćdziesięciolatka w meleksiku
z kogucikiem, ustaliła, że wszystko zrobione i odjechała… Taaak.
Wiesz, usiłowałam
też ściągnąć tu jakąś ekipę od biohazardu - kogokolwiek, kto
mógłby zbadać lepiej sprawę, ale… nikt nie odbierał... Nina
nie odbiera, Calmar nie odbiera. Dzwoniłam do pani Wunderbauer, by
się upewnić, że Acidala istnieje…
Istnieje. Niemniej
cholernie mnie martwi, że Nina się nie odzywa.
Pogadaliśmy z
królem żebraków, przypomniałam mu o umowie. Wiesz której. Mamy
czekać.
Potem wzięliśmy
się za inną sprawę z ogłoszenia - tą w której elektryk szukał
dyskretnych ludzi do załatwienia pewnej rzeczy. Otóż podejrzewał,
że żona go zdradza…
No więc ... Okazało
się, że żonę szantażował i wykorzystywał Egolin Chikke z Ligii
Rzemieślniczej. Zastraszył ją, że zabije jej męża. Nie była
jedyna, czarnuch żył z szantaży. Złożyliśmy mu wizytę.
Wyręczyliśmy sąd, wyrwaliśmy chwasta, skasowaliśmy brudne dane.
Dużo domestosu się polało…
Potem przybiegł
Vadi, narzeczony Intasir, tej odnalezionej dziewczyny, prosząc,
byśmy sprawdzili, czy z nią wszystko dobrze, bo odkąd wypisali ją
ze szpitala, podobno zachowuje się jak w ciągłej rui…
Wariactwo.
Obiecaliśmy zajrzeć, ale… jutro.
Mam dość tego
miejsca. Tu wszystko jest chore…
Zaczynam tęsknić
nawet za Europą…
Jak mała…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz