niedziela, 16 września 2018

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku

Nina Evans uśmiecha się promiennie. Hisie zdaje się, że mrugnęła do niej.
Mam dla was zadanie. Musicie odebrać dla pana Thorna przesyłkę w siedzibie firmy kurierskiej dwie przecznice stąd. Szofer was podwiezie, przesyłam kod odbioru. Powodzenia.


Hisa wciąga na siebie kombinezon z czujnikami, przypina blachy pancerza, sięga po karabin, przytracza do paska granaty. Zerka za okno: na czarnym niebie kotłują się sinofioletowe chmury.
Tokugawa ociera się o jej nogę, gdy wsiadają do wana.
Słyszycie to? pyta pozostałych, ale ci nie odpowiadają. Siedzą pochyleni w pancerzach trzymając broń w pogotowiu. Nie widzi ich twarzy zasłoniętych kaskami.
Panowie? Leo? Andrew?
Leo odwraca się demonstracyjnie tyłem. Andrew ani drgnie. Ernest – gdzie jest Ernest?
W uszach narasta jej dziwny pisk. Coraz głośniejszy i głośniejszy, wibrujący, nieznośny.
Zaraz będziemy – oznajmia szofer. Wysiadacie!
Drzwi podnoszą się niczym w promie i w nagłej ciszy Hisa widzi rozmazaną plamę ulicy, ale pęd wpycha ją z powrotem do środka. Ściska ją strach – czemu wan się nie zatrzyma? Jedziemy za szybko.
Nie chce wyskakiwać. Jeśli wyskoczy – uderzy w coś i zginie.
Szybko! Zaraz nas minie!
Zadanie do wykonania. Więc Hisa spręża się i wybija, turla się i koziołkuje obijając mocno, wkoło sypią się odłamki i gęsty kurz. Znów czuje ten palący ból rozlewający się po brzuchu. Krew? Nie, nie, nie… Unosi głowę – widzi pochylone, chwiejące się budynki i prześwit wijącego się w spazmach nieba. Punkt odbioru jest w wąskiej uliczce. Podnosi się i biegnie wzdłuż odrapanych i popisanych murów Stalowni, na końcu jest ściana, a na jej środku zioną czernią wąskie drzwi.
Leo?
Hisa obraca się, ale nikogo za nią nie ma.
Wystawili mnie – myśli. Powiedziałam mu wszystko… Zaufałam. Pracujemy ze sobą od lat, ale nadal... nie jestem dość biała.
Czuje, że żal ściska ją za gardło. Ale nie ma czasu – drzwi są tuż przed nią.
Hisa zatrzymuje się i sięga po broń. Ale ze zgrozą stwierdza że zgubiła gdzieś karabin.
Mój karabin. Zabiłam nim tych… Mój nowy wspaniały karabin, jak mogłam go zgubić? Jak mogłam?!
Mrok czający się za drzwiami zdaje się gęsty i lepki, wije się niczym macki, rozlewa i pełźnie, jak plazma, ale nie przelewa się za pewną granicę. Hisa podnosi wzrok – nad drzwiami jest napis. Litery są dziwne, rozmyte, nieuchwytne, nie może na nich skupić wzroku, napis wciąż jej umyka. To cyrylica? Nie może przeczytać słów.
Co, nie nauczyli cię czytać? głos Niemca ocieka drwiną. – To dobrze. To jest straszna wiadomość. Tylko bałabyś się jeszcze bardziej.
Hisa czuje narastającą złość, obraca się, ale ulica jest pusta. Wzrok ślizga się po ścianach i teraz dopiero dostrzega ślady krwi: rozlane plamy, odbite ręce. Widzi wydrapane napisy, ale gdy chce się im przyjrzeć przesuwają się. Czuje, że coś sypkiego chrzęści jej pod stopami. Widzi wszędzie małe, obłe, metalowe przedmioty. Łuski starej broni. Stara się na nich nie pośliznąć, ale trudno jej utrzymać równowagę. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Całe ciało drętwieje. Strach, paniczny strach zalewa jej czaszkę gęstą magmą.
Hisa czuje, że straciła kontrolę, nawet powieki przestają reagować, a teraz tak bardzo chciałaby je zamknąć, bo drzwi, drzwi są coraz bliżej, chociaż przecież wcale się nie rusza.
Kod odbioru! słysz głos Niny.
Ale nie może podnieść ręki i otworzyć terminala. Nagle czuje muśnięcie, widzi, że mijają ją pochyleni Andrew i Ernest. Słyszy ich krzyk pomieszany z hukiem wystrzałów: prują w ciemność ciągłym ogniem i biegną biegną wprost w drzwi. Widzi tylko ich zgarbione plecy, gdy nurkują w czerni.
Nie – chce krzyknąć, ale nie może, bo usta się nie otwierają Nie strzelajcie, zabijecie ją! Ona tam jest! Nie! Nie zabijajcie jej! Nie…! przeraźliwy krzyk wypełnia ją całą, ale oto ciemność zastyga.
Wy pijete czaj? - słyszy szept, tysiąc szeptów przechodzących w przeraźliwy ryk.
I Hisa wie, co zaraz zobaczy, choć tak bardzo nie chce. Z mroku, niczym spod wody, wynurza się powoli dziwna mała twarz, w której lodowoniebieskim blaskiem świecą dwie supernowe.
Hisa czuje, że rozpada się. Rozsypuje z przerażenia, rozwiewa, przestaje istnieć.
Dasz im te uczucia, a oni nakarmią nimi Mścicieli.
Głos Olda jest jak kubeł zimnej wody. Ułamek sekundy: twarz znika pod wodą, uliczka kurczy się i wydłuża, Hisa czuje, że unosi się, w szumie i błysku wybuchu jądrowego świat skręca się w tunel i drżąca Japonka uświadamia sobie, że siedzi w swoim łóżku w kajucie Syriusza, ściskając kurczowo kołdrę.

Na łóżku obok śpi spokojnie dziewczynka. 
 
 
Załoga transportowca jest dla nich bardzo miła, czują ich sympatię i uznanie. Warunki nie są nadzwyczajne, ale starają się, jak mogą im dogodzić. Alaine, niewysoka techniczka, przyszła do Hisy z propozycją, że może oddać kombinezon dla małej, że może go nieco przeszyć. Dziewczynka była zachwycona.
Kapitan zaprosił ich do siebie na kolację.
Leo, nie marnując czasu, niemal zaraz po tym jak wyciągnęli ich z próżni, poszedł „zrobić wrażeniei ustawić się w pozycji samca alfa – tak to przynajmniej widziała Hisa, bo Niemiec nie czuł potrzeby, by włączyć drużynę do rozmowy.

Hisa odpuściła, miała co innego na głowie, ale w wolnej chwili uprzejmie poprosiła kapitana o rozmowę, zwłaszcza, że czuła wyraźnie jego zainteresowanie swoją skromną osobą wbitą w przyciasny kombinezon z magazynu i miała nadzieję, że dowie się czegoś ciekawego. Na przykład - dlaczego kazano ich rozwalić.

Zadanie wydawało się banalne: gdy obok Marsa będzie przelatywała stara, opuszczona stacja kosmiczna, drużyna ma do niej się dostać, ustawić tam i podłączyć transponder, po czym ewakuować się. Technicy Thorna mieli dokończyć dzieło. Trzeba było zrobić szybko, nim inni połakomią się na bazę.

Wzięli więc sprzęt i polecieli. Udało im się nie umrzeć już na początku, podczas skoku. A potem…

Dostaliśmy polecenie z bazy, żeby zestrzelić obiekt pociskiem jądrowym. Oczywiście polecono nam najpierw was ostrzec i spróbować ewakuować.
Podali uzasadnienie tego rozkazu? - pyta Hisa uśmiechając się uprzejmie i trzymając na smyczy całą frustrację. „Bo nasze życie jest właśnie tyle warte”- jak pisał Ernest.
Rozkaz to rozkaz. Centrala dodała tylko, że baza zaginęła jakieś pięćdziesiąt lat temu.
Dziękuję kapitanie. Za ile dotrzemy do portu?
Jeszcze sześć dni.

Hisa unika Leo, zwłaszcza od czasu, gdy wyłożyła mu, jak odbiera jego pewne zagrania. Ale dyskretnie sprawdza, jak detektywi sobie radzą z tym wszystkim, gotowa im pomóc. Tu – na statku – jest światło, są ludzie, jest ciepło i życie. I nie ma tego uczucia powodującego, że włos się jeży, źrenice rozszerzają, serce przyśpiesza do granic, a myśli nie chcą się zbiec.

Obrazy wracają w snach: porąbane kadłuby w kaplicy; ślady krwi na ścianach; zaspawane drzwi, za którymi leżą poskręcane ciała - także ciało tego, kto przeżył najdłużej, pożerając pozostałych. Poprzebierane mumie przyszpilone do stołu podczas upiornej herbatki. Baza zbudowana z koców.

I jego lodowate, niebieskie oczy.

Trzymał ją przy życiu. Bawił się z nią. 
Ta mała Rosjanka.


Odkąd wzięła ją na ręce, gdy uciekali; odkąd w pośpiechu ubierała ją w skafander; odkąd trzymała ją kurczowo, gdy dryfowali w próżni, licząc na to, że plecaczek pozwoli im uciec dostatecznie daleko od niszczonej bazy a transponder działa; odkąd wyczuła jej zachwyt, gdy Leo, przytrzymując ją, wskazał w bezkresie kosmosu jasny punkt Słońca; odkąd postawiła ją delikatnie w ładowni promu dziewczynka pochłaniała całą jej uwagę.

Miała około dziesięciu lat, jasne oczy, złote włosy i typowo słowiańską urodę. Nie mówiła, choć próbowała. Nie znała słów, wszystko ją dziwiło. Przy tym, co przeszła, zachowywała się nadzwyczaj spokojnie i pogodnie. Była bystra i szybko się uczyła.
Hisa skanowała często jej emocje, chcąc wyłapać najmniejsze anomalie. Co oni robił tej dziewczynce? Dlaczego ją wybrał? Czy wszystko z nią w porządku jak się wydawało?
Bardzo szybko Hisa zorientowała się, że gdy sięga do psychiki małej, ta odpowiada jej tym samym. Potrafiła korzystać ze świata ducha. Ale jak?

Japonka okazywała małej sporo nieporadnej serdeczniej, niemal matczynej troski – umyła i uczesała jej włosy, zaplatając je w wieniec; pokazała, jak zapinać kombinezon; zabierała na posiłki. W chwilach, gdy nie pomagała jej przyswajać wyrazów lub nie bawiła się z nią przyniesionymi przez załogę drobiazgami, zabierała dziewczynkę na spacery po statku, najczęściej do przeszklonej mensy, gdzie, gdy załoga pracowała mogły w spokoju gapić się w kosmos.
Ja jestem Hisa mówiła pani detektyw pokazując na siebie.
Ja... jestem…
Mam na imię Hisa.
Mam na imię… dziewczynka spojrzała za szybę i rozpromieniła się wskazując palcem na pojawiającą się powoli w oknie majestatyczną gwiazdę.
Taiyō. To jest słońce.
Taiyō   powtórzyła dziewczynka uśmiechając się.

Hisa również się uśmiechnęła, głęboko w sobie chowając pełną goryczy myśli, że za sześć dni wszystko się skończy.
O czym ty myślisz? zapytał jej Bob.
–  O tym, o czym ty myślałeś, dziesięć lat temu. Pamiętasz?
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz