Nina Evans uśmiecha się promiennie. Hisie zdaje się, że mrugnęła
do niej.
– Mam dla was zadanie. Musicie odebrać dla pana Thorna przesyłkę w
siedzibie firmy kurierskiej dwie przecznice stąd. Szofer was
podwiezie, przesyłam kod odbioru. Powodzenia.
Hisa
wciąga na siebie kombinezon z czujnikami, przypina blachy pancerza,
sięga po karabin, przytracza do paska granaty. Zerka za okno: na
czarnym niebie kotłują się sinofioletowe chmury.
Tokugawa
ociera się o jej nogę, gdy wsiadają do wana.
– Słyszycie
to? – pyta pozostałych, ale ci nie odpowiadają. Siedzą pochyleni w
pancerzach trzymając broń w pogotowiu. Nie widzi ich twarzy
zasłoniętych kaskami.
– Panowie? Leo? Andrew?
Leo
odwraca się demonstracyjnie tyłem. Andrew ani drgnie. Ernest –
gdzie jest Ernest?
W
uszach narasta jej dziwny pisk. Coraz głośniejszy i głośniejszy,
wibrujący, nieznośny.
– Zaraz
będziemy – oznajmia szofer. – Wysiadacie!
Drzwi
podnoszą się niczym w promie i w nagłej ciszy Hisa widzi rozmazaną
plamę ulicy, ale pęd wpycha ją z powrotem do środka. Ściska ją
strach – czemu wan się nie zatrzyma? Jedziemy za szybko.
Nie
chce wyskakiwać. Jeśli wyskoczy – uderzy w coś i zginie.
– Szybko!
Zaraz nas minie!
Zadanie
do wykonania. Więc Hisa spręża się i wybija, turla się i
koziołkuje obijając mocno, wkoło sypią się odłamki i gęsty
kurz. Znów czuje ten palący ból rozlewający się po brzuchu. Krew? Nie, nie, nie… Unosi głowę – widzi pochylone,
chwiejące się budynki i prześwit wijącego się w spazmach nieba.
Punkt odbioru jest w wąskiej uliczce. Podnosi się i biegnie wzdłuż
odrapanych i popisanych murów Stalowni, na końcu jest ściana, a na
jej środku zioną czernią wąskie drzwi.
– Leo?
Hisa
obraca się, ale nikogo za nią nie ma.
– Wystawili mnie – myśli. – Powiedziałam mu wszystko… Zaufałam.
Pracujemy ze sobą od lat, ale nadal... nie jestem dość biała.
Czuje,
że żal ściska ją za gardło. Ale nie ma czasu – drzwi są tuż
przed nią.
Hisa
zatrzymuje się i sięga po broń. Ale ze zgrozą stwierdza że
zgubiła gdzieś karabin.
Mój
karabin. Zabiłam nim tych… Mój nowy wspaniały karabin, jak
mogłam go zgubić? Jak mogłam?!
Mrok czający się za drzwiami zdaje się gęsty i lepki, wije się
niczym macki, rozlewa i pełźnie, jak plazma, ale nie przelewa się
za pewną granicę. Hisa podnosi wzrok – nad drzwiami jest napis.
Litery są dziwne, rozmyte, nieuchwytne, nie może na nich skupić
wzroku, napis wciąż jej umyka. To cyrylica? Nie może przeczytać
słów.
– Co, nie nauczyli cię czytać? – głos Niemca ocieka drwiną. –
To dobrze. To jest straszna wiadomość. Tylko bałabyś się jeszcze
bardziej.
Hisa czuje narastającą złość, obraca się, ale ulica jest pusta.
Wzrok ślizga się po ścianach i teraz dopiero dostrzega ślady krwi:
rozlane plamy, odbite ręce. Widzi wydrapane napisy, ale gdy chce się
im przyjrzeć – przesuwają się. Czuje, że coś sypkiego chrzęści
jej pod stopami. Widzi wszędzie małe, obłe, metalowe przedmioty.
Łuski starej broni. Stara się na nich nie pośliznąć, ale trudno
jej utrzymać równowagę. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Całe
ciało drętwieje. Strach, paniczny strach zalewa jej czaszkę gęstą
magmą.
Hisa czuje, że straciła kontrolę, nawet powieki przestają
reagować, a teraz tak bardzo chciałaby je zamknąć, bo drzwi,
drzwi są coraz bliżej, chociaż przecież wcale się nie rusza.
– Kod odbioru! – słysz głos Niny.
Ale nie może podnieść ręki i otworzyć terminala. Nagle czuje
muśnięcie, widzi, że mijają ją pochyleni Andrew i Ernest.
Słyszy ich krzyk pomieszany z hukiem wystrzałów: prują w ciemność
ciągłym
ogniem i biegną – biegną wprost w drzwi. Widzi
tylko ich zgarbione
plecy, gdy nurkują w czerni.
– Nie – chce krzyknąć, ale
nie może, bo usta się nie otwierają – Nie strzelajcie, zabijecie
ją! Ona tam jest! Nie! Nie zabijajcie jej! Nie…! – przeraźliwy
krzyk wypełnia ją całą, ale oto ciemność zastyga.
– Wy
pijete czaj?
- słyszy
szept, tysiąc szeptów przechodzących w przeraźliwy ryk.
I Hisa wie, co zaraz zobaczy,
choć tak bardzo nie chce. Z mroku, niczym spod wody, wynurza się
powoli dziwna mała twarz, w której lodowoniebieskim blaskiem świecą
dwie supernowe.
Hisa czuje, że rozpada się.
Rozsypuje z przerażenia, rozwiewa, przestaje istnieć.
Dasz
im te uczucia, a oni nakarmią nimi Mścicieli.
Głos Olda jest jak kubeł zimnej
wody. Ułamek
sekundy: twarz znika pod wodą, uliczka kurczy się i wydłuża, Hisa
czuje, że unosi się, w szumie i błysku wybuchu
jądrowego świat skręca
się w tunel i drżąca Japonka
uświadamia sobie, że siedzi w
swoim łóżku w kajucie Syriusza,
ściskając kurczowo kołdrę.
Na łóżku obok śpi spokojnie
dziewczynka.
*
Załoga transportowca jest dla
nich bardzo miła, czują
ich sympatię i uznanie. Warunki nie są nadzwyczajne, ale starają
się, jak mogą im
dogodzić. Alaine,
niewysoka techniczka, przyszła do Hisy z propozycją, że może
oddać kombinezon dla małej, że może go nieco przeszyć.
Dziewczynka była zachwycona.
Kapitan zaprosił ich do siebie
na kolację.
Leo, nie marnując czasu, niemal
zaraz po tym jak wyciągnęli ich z próżni, poszedł „zrobić
wrażenie” i
ustawić się w pozycji samca alfa – tak to przynajmniej widziała
Hisa, bo Niemiec nie czuł potrzeby, by włączyć drużynę do
rozmowy.
Hisa
odpuściła, miała co innego na głowie, ale w wolnej chwili
uprzejmie poprosiła kapitana o rozmowę, zwłaszcza, że czuła
wyraźnie jego zainteresowanie swoją skromną osobą wbitą w przyciasny kombinezon z magazynu i miała nadzieję, że dowie się czegoś ciekawego. Na przykład - dlaczego kazano ich rozwalić.
Zadanie wydawało się banalne:
gdy obok Marsa będzie przelatywała stara, opuszczona stacja
kosmiczna, drużyna
ma do niej się dostać, ustawić tam i
podłączyć transponder,
po czym ewakuować się. Technicy
Thorna mieli dokończyć dzieło. Trzeba
było zrobić szybko, nim inni połakomią się na bazę.
Wzięli więc sprzęt i
polecieli. Udało im się nie umrzeć już na początku, podczas
skoku. A potem…
– Dostaliśmy polecenie z bazy,
żeby zestrzelić obiekt pociskiem jądrowym. Oczywiście
polecono nam najpierw was ostrzec i spróbować ewakuować.
– Podali uzasadnienie tego rozkazu? - pyta Hisa
uśmiechając się uprzejmie i trzymając na smyczy całą
frustrację. „Bo
nasze życie jest właśnie tyle warte”- jak pisał Ernest.
– Rozkaz to rozkaz. Centrala
dodała tylko, że baza zaginęła jakieś pięćdziesiąt lat temu.
– Dziękuję kapitanie. Za ile dotrzemy do portu?
– Jeszcze sześć dni.
Hisa
unika Leo, zwłaszcza od czasu, gdy wyłożyła mu, jak odbiera jego pewne zagrania. Ale dyskretnie sprawdza, jak detektywi sobie
radzą z tym wszystkim, gotowa
im pomóc. Tu – na
statku – jest światło, są ludzie, jest ciepło i życie. I nie
ma tego uczucia powodującego, że włos się jeży, źrenice
rozszerzają, serce przyśpiesza do granic, a myśli nie chcą się
zbiec.
Obrazy
wracają w snach: porąbane kadłuby
w kaplicy; ślady krwi na
ścianach; zaspawane
drzwi, za którymi leżą
poskręcane ciała - także
ciało tego, kto przeżył najdłużej, pożerając pozostałych.
Poprzebierane mumie
przyszpilone do stołu podczas upiornej herbatki. Baza zbudowana z
koców.
I
jego lodowate, niebieskie
oczy.
Trzymał
ją przy życiu. Bawił się z nią.
Ta mała Rosjanka.
Ta mała Rosjanka.
Odkąd
wzięła ją na ręce, gdy uciekali; odkąd w pośpiechu
ubierała ją w skafander; odkąd trzymała ją kurczowo, gdy
dryfowali w próżni, licząc na to, że plecaczek pozwoli im uciec
dostatecznie daleko od niszczonej bazy a
transponder działa; odkąd
wyczuła jej zachwyt, gdy Leo, przytrzymując ją,
wskazał w bezkresie kosmosu
jasny punkt Słońca; odkąd postawiła ją delikatnie w ładowni
promu – dziewczynka pochłaniała całą jej uwagę.
Miała
około dziesięciu lat, jasne oczy, złote włosy i typowo słowiańską urodę. Nie mówiła, choć próbowała. Nie znała słów, wszystko
ją dziwiło. Przy
tym, co przeszła, zachowywała
się nadzwyczaj spokojnie i pogodnie. Była
bystra i szybko się uczyła.
Hisa
skanowała często jej
emocje, chcąc wyłapać najmniejsze anomalie. Co
oni
robił tej dziewczynce? Dlaczego ją wybrał? Czy wszystko z nią w
porządku – jak się wydawało?
Bardzo szybko Hisa zorientowała się, że gdy sięga do psychiki
małej, ta odpowiada jej tym samym. Potrafiła korzystać ze świata
ducha. Ale jak?
Japonka
okazywała małej
sporo nieporadnej serdeczniej, niemal
matczynej troski
– umyła i uczesała jej włosy, zaplatając
je w wieniec; pokazała,
jak zapinać kombinezon; zabierała na posiłki. W chwilach, gdy
nie pomagała
jej przyswajać
wyrazów
lub nie bawiła się z nią
przyniesionymi
przez załogę drobiazgami,
zabierała dziewczynkę na
spacery po statku, najczęściej
do przeszklonej
mensy, gdzie, gdy
załoga pracowała –
mogły w spokoju gapić się w kosmos.
–
Ja jestem Hisa – mówiła
pani detektyw pokazując na siebie.
–
Ja... jestem…
–
Mam na imię Hisa.
–
Mam na
imię… – dziewczynka spojrzała za
szybę i rozpromieniła się wskazując palcem na pojawiającą się powoli w oknie majestatyczną gwiazdę.
–
Taiyō. To jest słońce.
–
Taiyō – powtórzyła dziewczynka uśmiechając się.
Hisa
również się uśmiechnęła, głęboko
w sobie chowając pełną goryczy myśli, że za sześć dni wszystko
się skończy.
– O czym ty myślisz? –
zapytał jej Bob.
– O tym, o czym ty myślałeś, dziesięć lat temu. Pamiętasz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz