Hisa oscyluje między załamaniem a furią, starając się nie myśleć o
zdjęciu, na którym bardzo zadowolony Ernest pozuje na tle trupów - które
też natychmiast skasowała. Bierze więc głęboki wdech i zmienia swoje
nastawienie - oto jest harmonijnym tańcem ying i yang, ośnieżonym
szczytem, niezmącona taflą jeziora. Niezmąconą.
Jak go
wyciągniemy z pierdla? Natychmiast musimy lecieć na Fobos. A niech go
wsadzą, chyba lubi. Do cholery, pewnie już gryzie glebę. Tylko nie to...
A niech sobie gryzie! Powinnam odesłać zdjęcie Ninie! Więcej z nim nie
idę na akcję. I pewnie nie pójdę, bo pewnie gryzie glebę. Nie, nie,
nie.... Co on tam nawyrabiał? Przecież to niemożliwe, że to zrobił. To niemożliwe.
Niezmącona.
A najgorsze, że będę musiała spojrzeć w oczy Leo i Andrew i powiedzieć im: Mieliście rację. To idiota.
Niezmąconą.
Teraz napadnie na nas jakiś demon i rozsmaruje jak tamte ze sprawy noża, by wszyscy zrozumieli, że nie zaczyna się ze Świątynią.
Odpisuje:
"Od początku. Z tą groźbą to była ironia.
Co
do Twoich rozważań - zostawię Tobie ocenę, co mogłam sobie pomyśleć,
gdy zobaczyłam przesłane mi przez Ciebie zdjęcie. Chyba je sobie
powieszę nad materacem. Gdy na starość będę spisywać podręcznik "Jak
zostać gangsterem" ozdobię nim rozdział "Nigdy nie rób sobie zdjęć w
miejscu zbrodni". Albo "Czego nie wysyłamy elektronicznie. Ani w żaden
inny sposób". Więc chyba wychodzi na to pierwsze, bo... cóż, mam jednak
nadzieję, że mój mózg jest mój.
Ha, ha, ha.
Przykro mi. Mam niski wskaźnik zaufania społecznego."
Och, on ma potencjał, dajcie mu czas, na pewno nas zaskoczy. I co...? Zaskoczył.
Nie
mam granatnika, nie dasz mi postrzelać, dobrze, foch, wystrzelę się na
księżyc i tam się pobawię spluwami strzelając do magazynierów baby,
która mnie wkurzyła...
Serio? Erneście? Serio? Nie no, to niemożliwe... To się niczego nie trzyma. A jednak. Europa. Słodki dom.
W ogóle się nie znam na ludziach...
"Gangsterem nie jestem. Nigdy nie byłam, tylko pracowałam dla niego. A to różnica, prawda?
Nie trzymam się kurczowo prawa, ale łamanie go uważam za pewną
ostateczność. Uważam, że stoimy po stronie "dobra", ale ponieważ "dobro"
czasem jest za miękkie lub ma związane ręce, potrzebuje kogoś takiego
jak my. Cenię sobie w tej pracy, że nie jestem mięśniakiem do
załatwiania brudnych spraw i że mam pełny wybór środków i metod. Naprawdę, bardzo to sobie cenię. I ja osobiście wybieram takie, w których jest odrobina jakiegoś szacunku. Także dla przeciwnika. To jest moje zdanie.
Co on z tymi ofiarami? W ogóle nie rozumiem tego bełkotu...
Sprawa
Alfy. Jeżeli wstępujesz do gangu, bo potrzebujesz sposobu na życie,
adrenaliny, towarzystwa, uznania - czegokolwiek, to musisz grać według
ich zasad. A te zasady bywają twarde. Jeśli studenciakom zachciało się
zabawy w okultyzm, to cóż, to nie tylko imprezy, seks i piwko. Co się
robi tym, którzy już nie chcą się bawić w gang? Żal mi tej małej, niezła jest, ale wiedziała chyba, na co się pisze.
Wybacz, ale nie wiemy, z kim mamy do czynienia i robienie sobie z nich od razu wrogów uważam za zły pomysł.
Panna
Rowe nie jest raczej jakąś wielką polityczną przeciwniczką naszego
pracodawcy. To przy nim płotka i ona chyba nie ma jakichś większych
aspiracji. Ma swoje wpływy, które raczej jej wystarczą. Nie wychyla
się. Nie szukamy na nią haka z powodów politycznych. Ja chcę tylko
wiedzieć, czy można im pozwolić robić to, co robią. O ile mamy coś do gadania. Do tego... może mogliby pomóc i mi. Zanim spotkam swojego potwora i coś gorszego od śmierci. Tak, jest w tym nieco prywaty. Więc tym bardziej - dzięki Erni. Wszystkim, co wiem, dzielę się z Wami, chociaż chyba nic nie wiem, zwłaszcza jeśli to może Wam pomóc lub Was ochronić lub wpuścić nas wszystkich w maliny. Co to są maliny? To jakieś krzaki?
Niemniej mam prawo do swoich tajemnic, jeśli Wam nie zagrażają. Ale
jeśli masz jakieś pytania, postaram Ci się na nie odpowiedzieć.
Chyba że nie żyjesz, albo jesteś w pierdlu.
Chyba że nie żyjesz, albo jesteś w pierdlu.
Czuję jednak, że porwaliśmy się na coś, co nas przerasta, bo nikt z nas nie jest w stanie powstrzymać demona.
No raczej go nie zastrzelisz, dupku.
No raczej go nie zastrzelisz, dupku.
Erneście,
ja pracuję w Agencji, bo chcę. Umówiłam się z moimi pracodawcami na coś
i tego przestrzegam. W każdej chwili mogłabym odmówić dalszej "służby"
i założyć sobie kwiaciarnię w centrum, i żyć jak kotek za piecem
babuni.
Ech. On serio tak?
Ech. On serio tak?
Ale naprawdę wierzę w swoją misję i że mam tu coś do zrobienia.
Nawet, jeśli czasem walę głową w mur. Nawet jeżeli nikt za mną nie zapłacze, gdy coś mi nie wyjdzie ani nie odwiedzi w szpitalu, gdy jednak uda się przeżyć. To tylko praca. Dobrowolna.
Nawet, jeśli czasem walę głową w mur. Nawet jeżeli nikt za mną nie zapłacze, gdy coś mi nie wyjdzie ani nie odwiedzi w szpitalu, gdy jednak uda się przeżyć. To tylko praca. Dobrowolna.
Co do innych zarzutów: powiem Ci, że podpisałabym się pod postulatami Aurory.
I przez długi czas miałam dość negatywny stosunek do Thorna, odkąd poznałam jego plany wybudowania supermiasta nad Stalownią. Jednak
doszło do mnie, że ludziom tutaj nie zleży na tym, by mieli dostęp do
słońca, czy świeżego powietrza, do godnych warunków, do wolności - byle
było co jeść i byle czynsz potaniał. To było niezłe rozczarowanie. A
potem doszło do mnie, że jeżeli nie dobudują tu tej nowej dzielnicy, to
pewnie pod byle pretekstem rząd zdmuchnie tych ludzi ze slumsów
Stalowni na Ziemię, ich domy wyburzy i zbuduje swoje szklane miasto. Więc w pewnym sensie ten projekt ratuje ich życie. I mam trochę więcej sympatii dla Thorna, choć brzydzi mnie tutejsza polityka.
Erneście, czego Ty chcesz od życia?
Pytam serio, chociaż zakładam, że wcale tak nad sobą nie beczysz, zgrywusie.
Nie zgadzasz się z moimi metodami, bo wydaje Ci się, że czasem zawodzą, bo są za miękkie.
Czy mógłbyś jednak rozważyć, że one nie są przejawem słabości, a pewnej determinacji?
A to, że Cię prostuję, że jednak jakoś cenię Twoje życie? Dupku.
I lepiej wytłumacz, co tam się stało.
Bo nie wiem, czy mam cię ratować, czy... przytrzymać twoją głowę pod nieco zmąconą taflą jeziora, braciszku.
Umierająca z żalu, niepokoju i złości
Hisa
A
potem sprawdza parametry stojącej na biurku rośliny, bierze szybki
prysznic, kładzie się z tabletem na materacu rozłożonym w gabinecie za
drzwiami (tak, by nie rzucał się za bardzo w oczy) i zaczyna pisać
raport. Ale jej myśli znów uciekają.
Przegięłam z Andrew i głupio
ryzykowałam... Ech. Mam nadzieję, że da sobie z tym radę... Wyglądał na
nieźle wkurzonego po tej audiencji. Z drugiej strony mógł tak nie prać
Ernesta...
Chyba kupię mu zgrzewkę piwa.
Jak będę mieć jakieś pieniądze...
Jak ja się dostanę na Fobosa?
Pisze długą, bardzo długą odpowiedź: wyjaśnia, tłumaczy się, prostuje i perswaduje.
Po czym kasuje cały tekst.
Wysyła kilka słów.
Włącza na tablecie muzykę, głaszcze siedzącego obok Tokugawę i wraca do raportu.
Jak ja się dostanę na Fobosa?
***
Gdy przychodzi odpowiedź, czyta ją i wciąga mocno powietrze, czując narastającą furię. Ale to zaraz mija. Spływa na nią pogodna rezygnacja. Pisze długą, bardzo długą odpowiedź: wyjaśnia, tłumaczy się, prostuje i perswaduje.
Po czym kasuje cały tekst.
Wysyła kilka słów.
Włącza na tablecie muzykę, głaszcze siedzącego obok Tokugawę i wraca do raportu.
Trzeba samemu dojść do tego, że karaluchy lubią w gruncie rzeczy swoje karalusze życie, a nam nic do tego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz