sobota, 26 maja 2018

Bitwa

— Pani kapitan, namierzyliśmy nieoflagowany statek. To piraci.
— Prędkość? Czy jest w zasięgu dział?

No nareszcie, jakaś walka.  
Chłopaki się ucieszą, podniesie się morale.  
Odpłacimy im za to, co nam zrobili ostatnio. Zemsta!


— Tak, mamy zasięg, prędkość 60 km.
— Pełna gotowość bojowa.
— Tak jest!
— Ustawić się bokiem. Wszystkie działa w gotowości. Wynurzenie i na mój rozkaz ognia. Celować w silniki.
— Tak jest!
— Gotowe? Kiedy osiągniemy zasięg?
— Za trzy, dwa, jeden...
— Ognia!
Słychać huk wystrzału. Potem kolejny.
— Pani kapitan, mamy trafienie. Jeden silnik krążownika został uszkodzony.

Pani kapitan uśmiecha się z satysfakcją, a jednocześnie dochodzi do niej:

...jeden...

...silnik...

...krążownika.

— To krążownik?

Kurwa! Krążownik!!? Ja pierdolę.
To źle?
Nie spytałaś, co to za statek?
No nie spytała.
No ja pierdolę, chyba się melduje „pani kapitan, statek wroga”, czy „pani kapitan, krążownik”.
Doprawdy?
O matko.
Już po nas. Kurwa, zaatakowałam krążownik kutrem?!
Jeśli przeżyjemy potwierdzę, że nie masz mózgu.
Kurwa, a tak lubiłam ten statek...

Kapitan Eliza Riedler ze stoickim spokojem patrzy przed siebie, spokojnym głosem wydając polecenia.

— Cała naprzód, pełna prędkość i ognia ze wszystkich dział. Strzelać bez rozkazu. I nadać wiadomość do bazy. „Mayday. Walczymy z krążownikiem, potrzebujemy wsparcia.” Podać koordynaty.

Statek przyspiesza, Eliza zaciska ręce na poręczy fotela.

— Odchodzimy.

Pani kapitan zamyka oczy, czuje wyraźnie zdenerwowanie i podniecenie załogi, gorączkowe uwijanie się. Muska ją niepokój rodzeństwa.

— Jak sytuacja?
— Ścigają nas. Są szybcy...
— Przerwać ogień. Natychmiastowy zwód i schodzimy we mgłę. Już!

Strzał.

Nie trafili.

Kurwa, kurwa, kurwa.

— Widoczne skały przed nami za jakieś 10 kilometrów.
— Pani kapitan, ciągle jesteśmy w zasięgu ich dział.
— Musimy się ukryć. Zwrot i zejście pod mgłę.

Strzał.

Nie trafili.

— Schodzimy.
— Skały. Pod mgłą nic nie widzimy.
— Trudno. Lepiej nawet wpaść na skałę znikając im z oczu, niż za chwilę zwiedzać dno. Zejście. I... cała wstecz.
— Cała wstecz!

Kolejny chybiony strzał.

— Schodzimy!

Mijają niemiłosiernie długie sekundy. Horyzont podnosi się i wszystko tonie w mlecznej mgle.

— Na mój rozkaz zwrot przez prawą burtę i wyłączyć silniki!
— Pani kapitan?
— Musimy przeczekać. Rozwalą nas, jeśli zauważą, a zauważą, jeśli będziemy się ruszać.

Eliza nerwowo lustruje mapę. Przed nimi skały, zwężenie. Może tamtędy uda się uciec? Może...

— Znikamy... Wyłączyć silniki! Teraz!

Strzał.

Nie trafili.

Statek milknie stopniowo, skręcając i zwalniając.

Może... może pora spróbować współpracy z ori?
Co?
Co masz na myśli?
Zaraz przelecą nad nami. Będą w zasięgu. Można by wtedy jakoś wygasić im silniki?
To bez sensu. Kotły i tak będą gorące. Polecą dalej.
To może odwrotnie? Rozgrzejmy kotły tak, by je rozsadziło?
Spróbować zawsze można...
Może się rozpędzą i wpadną na skały.

— Niebawem będą nad nami, pani kapitan. Blisko...

Gotowi?

Eliza zamyka oczy. Przywołuje ori. Czuje... czuje jego cierpienie, smutek. Dotyka delikatnie.

Przyspiesz, proszę.
Przyspiesz, ile tylko możesz.
Szybciej...Szybciej!

Mijają sekundy, zmieniając się w minuty.

— Sir! Nasłuch...mówi, że coś się stało. Krążownik zwalnia, silniki gasną? Widzą nas? Sir! Oni... spuszczają parę z kotłów?
— Musieliśmy im nieźle przywalić w ten silnik. Pewnie jakieś krytyczne uszkodzenie.
— My już też już prawie stoimy, sir. Rozkazy?
— Czekamy na pancernik. Nie możemy ruszyć, bo nas zauważą. A wtedy po nas. -
Eliza uśmiecha się nerwowo, ale czuje, że schodzi z niej napięcie.

Uda się nam! Dosko...

Strzał.

Trafienie.

Rozlega się ogłuszający huk, a statkiem miota wstrząs. Członkowie załogi chwytają się w panice czegokolwiek, lecz wielu nie utrzymuje równowagi. Sypią się przedmioty, spadają mapy, słychać krzyk.
—Trafili nas!
— Meldunek. Uszkodzenia? Ofiary?

Szkoda... miałam już nadzieję, że jednak przeżyjemy... I że trochę polatam tym statkiem...

— Sir, dwa trafienia. Zerwało część kadłuba. Drugi pocisk przebił się przez pokłady i utknął w ładowni. Syczy, ale nie wybucha. Nie ma pożaru póki co. Rannych nie ma. Ofiar brak. Statek sterowny.

— O Fortuno... Niech Albert weźmie mechanika i sprawdzi, co można z tym zrobić.. I zrobi...

Tylko... uważaj...
Eliza odczuwa poirytowanie brata.

Mijają minuty, ale dłużą się niemiłosiernie. Kolejne strzały najpierw świszczą wokół statku. Potem dalej i dalej.

My stoimy. Oni stoją... Pat.
Zaraz, kurwa, coś pierdolnie. Zakład? Na przykład Albert.
Gdzie Rosalia?

— Pani kapitan, pancernik nadciąga.

Może... hm...  spuśćmy ori z grzybków krążownika. Wtedy spadną. To możliwe?
Dobrze, spróbujmy.

I wtedy pojawia się On.
Czas zwalnia jeszcze bardziej.
Eliza czuje narastający strach, że zaraz zemdleje, teraz, w takiej sytuacji. Harlan blednie.
Sylwia zapada się w fotelu, a Albert, który z pomocą mechanika miał właśnie brać się za wycinanie w kadłubie dziury, by wyrzucić niewypał, dostaje gwałtownych torsji.

Nie. Nie teraz. Błagam. Nie! Odejdź! Tu jest niebezpiecznie!!!
Nie zbliżaj się. Odejdź. Odejdź!

Przytłaczająca Obecność waha się. Muska ich, bada. Wydaje się zafascynowana. Ale... rozumie.  Pojawia się coś w rodzaju poczucia rozczarowania i zgody. Po chwili... znika.

Eliza ściera pot z czoła, zerka nerwowo na wmontowany w blat zegar. Nieomal słyszy łomot swojego serca, czuje rozlewającą się po jej ciele euforię.
Udało się! Udało!!! To.. to nas zrozumiało! Wysłuchało mnie! Nareszcie...!
Ciebie? Dobre sobie.


— Pani kapitan...
Wszystko zamiera w ciszy i bezruchu.

I nagle rzeczywistość wybucha w piekielnym huku.

— Pani kapitan, Rosalia przybyła.

Żeby nam tylko przypadkiem nie poprawili...

— Wynurzenie, pełna prędkość bojowa, manewr okrążający i... ognia. Pożegnajmy piratów.

VDD-815 Pfingstrose wynurza się z mgły. Okaleczony pruje przez białe kłęby, strzelając z górnych dział. Ponad nim pancernik kieszonkowy Rosalia rozrywa ofiarę gromką kanonadą. Krążownik północy, płonąc, łamie się i majestatycznie opada w biel.

Żyjemy? 
Jeszcze jak!
 

1 komentarz: