Oto jest on, przypatrz się mu. Król mieczy, na tronie z
kamienia, sięgający chmur, mądry i uważny. Kamienne oblicze, zimna stal
wzniesiona w ręku. Słyszysz? To trzepot złotych motyli kłębiących się na jego
skroni, jego korona żyje i migocze blaskiem setek złotych skrzydeł. Kamienne
jest jednak jego oblicze i oczy jego są jak stal. Oto on.
Moja miłość i moja śmierć.
Porzuciłeś mnie, pewnie nawet o tym nie wiedząc. Ale ja, Ojcze, nie umiem porzucić ciebie.
Potrzebuję cię!
W więzieniu samotności przez kolejne dekady.
Widzisz, wycie dziecka ucichło na chwilę, gdy zobaczyłam Go wśród
płomieni, z mieczem w ręku, tak pięknego i zachwycającego, porażającego mocą,
obezwładniającego siłą.
Nie kochałam nigdy, za wcześnie odebrałeś mi życie, dając
wieczność.
Dlatego teraz nie wiem, co zrobić.
Jego miłością jest walka, pancerzem samotność.
Nienawidzi mnie.
Ale sam ten ból jest słodki i upaja jak śmierć, daje rozkosz.
On jest dla mnie Ojcze, jak słońce dla ciebie. Uzależnia,
wzywa, zabija.
Tak bardzo mi ciebie
brakuje. Tak dobrze, że ze mną jesteś.
Ojcze mój, Jonatanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz