sobota, 28 grudnia 2019

To ja już wolę demony...


Hashiko miał słabą głowę. Po czwartym kuflu wstał chwiejnie. W rozdygotanym tłumie nie była w stanie wychwycić jego słów, ale siedzące przy stoliku osoby zarechotały. Jeden z kumpli klepnął go w ramię wstając i po chwili we dwójkę, zataczając się i podśpiewując, zaczęli przedzierać się przez tłum w stronę wyjścia. Kiedy ją mijali w przedsionku, Hisa zgasiła obcasem niedopałek i naciągnęła mocniej kaptur. Odczekała chwilę, nim wyszła za nimi. Starała się trzymać dystans, a jednocześnie nie spuszczać podejrzanego z oka – mogła go łatwo zgubić w przewalającym się wszędzie tłumie, w plątaninie bram i uliczek. Hashiko ewidentnie kierował się w stronę nory, w której wynajmował swój kąt. Niemniej ciągle ktoś przy nim się kręcił i Hisa nie miała okazji, by zrealizować plan.


Sprawa wydawała się dość dziwna. Firma Marsjańskie Zakłady Ceramiczne zaczęła plajtować i właściciel musiał ją sprzedać, by zwrócić dług miastu. Ratusz w zasadzie chciał przejąć upadający zakład, odebrać budynek i grunty, ale prezes MZC, Shawn Tate, nie zamierzał tanio sprzedawać skóry i by wyjść ze sprawy z jakimikolwiek funduszami, wystawił fabrykę na aukcję. Zgłosiło się trzech kupców: Rainbow Space Industry, Kudoko Electronic Co. i Soft Electronic Aparature. Wszystkie trzy korporacje były spoza Marsa. Wyglądało na to, że pójdzie gładko, sprawa została jednak zablokowana przez miasto: pretekstem stała się kwestia pracowników MZC. Ratusz nie zgodził się na zwiększenie bezrobocia, bo pracę miało stracić niemal 4 tysiące osób. Niby nic dziwnego, ale przecież sprowadzono tysiące robotników do pracy na budowie platformy, bo brakowało rąk.

Sprawą sprzedaży zajmował się urzędnik, Richard Hills. Trzy dni temu przejeżdżał przez teren budowy. W zatłoczonej uliczce najechał na robotnika. Wedle zeznań świadków wyszedł z samochodu i wszczął kłótnię, która przerodziła się w przepychankę. Sprowokowany robotnik miał strzelić w niego z pistoleciku pneumatycznego. Traf chciał, że nit trafił prosto w serce. Richard trafił do kostnicy, robotnik rozpłynął się w powietrzu, a miasto ogłosiło, że doszło do zabójstwa na zlecenie, by przeciągać sprawę sprzedaży firmy. Inwestorzy poprosili więc ONZ o pomoc, uważając, że miasto mataczy i działa sprzecznie z prawem, a ONZ, wykorzystując najwidoczniej brak rozeznania kupców w marsjańskich układzikach, wynajęła firmę Thorna i zleciła ustalenie, jak wyglądała sprawa zabójstwa i przetargu.

 Shawn Tate bardzo chciał jak najszybciej zakończyć sprawę.
- To wina miasta, że moja firma zbankrutowała! Ich głupia polityka sprawiła, że dorobek mego życia legł w gruzach!
- Rozumiemy, przykro nam.
- Chciałbym to zamknąć , szybko, póki mam kupców. Jeśli tego nie sprzedam, miasto wykupi to za grosze… Nic mi nie zostanie.
Hisa uśmiechnęła się, w uśmiech wplatając życzliwość i współczucie, pochyliła się ku Tate’owi. Zrelaksuj się, mów otwarcie, bądźmy szczerzy na moment, panie Tate, tak się z nami dobrze rozmawia.
- Przeciągają sprawę, a ja już marzę tylko o tym by dokończyć swoją stację i przenieść się na orbitę. Niech ich. To przez tych polityków wszystkie interesy mi się w mieście sypnęły.
- Stację nad Marsem?
Tate zmieszał się, ale trwało to ułamek sekundy i natychmiast się skupił.
- Przejdźmy do sprawy. To ich wina.
- Spotykał się pan z Hillerem? - spytał Andy.
- Pewnie. Nie mogłem wysyłać im odpowiedzi,musiałem jeździć co chwila do tego cholernego ratusza! Nieważne... To co, zajmiecie się tym?
- Tak, postaramy się.
- Doprowadzą mnie do bankructwa.
- I co dalej?
- Trzeba będzie opuścić Marsa, całe życie tu sobie ułożyłem, a teraz co? Przez nich jak nie dostanę pieniędzy. Tak ich potrzebuję!
- No nic, panie Tate, dziękujemy. Mamy nadzieję, że szybko uda się panu sfinalizować transakcję.

Przejrzenie kontaktów handlowych Tate’a nic nie dało – nie było w nich nic podejrzanego. Udało się natomiast ustalić, że prywatnie budował stację na orbicie i że  wcześniej był zamieszany w przemyt nielegalnych towarów luksusowych na sporą skalę. Stacja na orbicie byłaby wymarzoną bazą wypadową wszelkiej maści szmuglerów.

W ratuszu Brad Guzman reprezentował robotników. Śliski typ sprawiał wrażenie osoby, której zależy tylko na tym, by jak najwięcej ugrać dla siebie.

Na komisariacie policjantka Petra Sorenson powiedziała, że zanim odebrano jej śledztwo, ustaliła, że sprawcą zabójstwa był Hashiko Takashi i dowiedziała się, gdzie go znaleźć. Nie zdążyła go jednak przesłuchać, bo podczas zatrzymania natrafiła na ludzi z Yakuzy, którzy... zażądali nakazu. Nim z nim wróciła, sprawę przekazano dalej. 

Hashiko nie zmienił lokum, mimo że wiedział, iż jest ścigany.

Plan był taki, by dowiedzieć się więcej o zwyczajach zabójcy i dyskretnie go zgarnąć. Jak dotąd wszystko wskazywało na to, że śmierć Richarda Hillsa była wyłącznie nieszczęśliwym wypadkiem i nikt jej nie zlecił.

Z tego powodu Hisa kluczyła teraz uliczkami w Dzielnicy Wolności.


Hashiko z kumplem zatrzymali się i śpiewali coś bełkotliwie na środku chodnika.
Hisa schowała dyskretnie za jednym z samochodów. I wtedy zobaczyła w lusterku wozu stojącego z tyłu młodego Japończyka, którego wygląd nieodparcie skojarzył jej się z Ernestem. Skórzana kurtka, ciężkie buciory, włosy związane w kucyk i fragmenty kolorowego tatuażu widoczne przy kołnierzu. Nie spuszczał z niej oka.
Kuso ̄.
Śledzenie Hashiko zeszło chwilowo na drugi plan. Najpierw trzeba było zgubić ogon. Hisa z rezygnacją pomyślała o tym, że jest intruzem na nieswoim terenie i że to nie może skończyć się dobrze. W tym przekonaniu utwierdził ją fakt, że po kilku próbach zmyłki jej śladem szło już dwóch. Z łowcy stała się zwierzyną. Kolejne uliczki były długie, wąskie i coraz bardziej opustoszałe.
Kolejny zakręt, kolejna brama. W przejściu mignęła jej twarz, dziwnie znajoma. Pszczelarz…? Odpędziła natychmiast tę myśl. Umarli przynoszą pecha.

Miała nadzieję, że w następnej uliczce da radę jakoś wspiąć się wyżej i rozejrzeć po terenie, ale gdy tylko w nią skręciła, zrozumiała, że popełniła poważny błąd. Z mroku wyłoniły się dwie sylwetki blokując drogę, jeden z napastników ostentacyjnie zakładał kastet. Kątem oka złowiła, że dogonili ją ci, którzy szli jej śladem. Przywarła plecami do ściany. Czterech.

Nigdy do końca nie wyzbyła się tego uczucia. Dopadało ją czasem w nocy - skrajne przerażenie zmieszane z bezsilnością - mała dziewczynka wpatruje się rosnący przed nią cień, a nie może nawet krzyczeć. Zdołała je w porę pochwycić, przekuć w gniew. Nigdy więcej.

Otoczyli ją, a ich uśmiechy sugerowały, że zanim umrze, na pewno czeka ją jeszcze trochę zabawy.
- Wyjaśnijmy nieporozumienie… - zaczęła, ale wtedy pierwszy z nich zaatakował. Kretyn, wziął za mocny zamach i kiedy zrobiła unik, pośliznął się na kałuży błota.
Hisa uchyliła się przed kolejnym ciosem. Zacisnęła mocno zęby uwalniając Euforię.

Świat zwolnił nagle, kolory wyostrzyły się, dźwięk zmienił się w jeden przeciągły wizg. Napastnik, który wcześniej przewrócił się, wykonał obrót i efektownie wybił się na nogi, zaraz jednak runął ponownie powalony ciosem.

Bili ją we trzech, z coraz większą furią, większość uderzeń jednak chybiała. Hisa miała dziwne wrażenie nierealności tego, co się dzieje, uderzenia które ją dosięgały, nie sprawiały jej bólu, jakby wszystko toczyło się gdzieś obok. Przepełniała ją radość walki i czuła, że zapada się coraz głębiej w bitewny trans, resztki jej świadomości krzyczały jednak, że nie może tego przeciągać, że sytuacja zaraz może się skomplikować, że nie jest na swoim terenie. Dlatego zablokowała płynnie spadający z góry cios i z pewnym żalem błyskawicznie dobyła paralizatora.

Chwilę potem nucąc pod nosem holowała uliczkami nieprzytomnego gangstera narzekając na jego pijaństwo i obiecując wyrzucić go z domu. Wybrała na chybił trafił jednego z trzech leżących. Czwarty zdołał uciec.

W miarę szybko odtworzyła, gdzie się znajduje i gdzie zostawiła wóz. Wpakowała Japończyka na tylne siedzenie. Skuła go i zakneblowała, związała mu nogi, przypięła go leżącego pasami, trzasnęła drzwiami, a potem, jakby nigdy nic, włączyła zagłuszacz sygnału i ruszyła spokojnie w stronę obrzeży miasta. Z radia sączył się delikatny jazz.

Musiała przyznać, że był dzielny, gdy się ocknął. Wyzywał ją od policyjnych szpicli, kurew, sługusów Triady i szczurzyc wielkich korporacji. Obiecywał jej, że ją znajdzie, zgwałci i zabije w dowolnej kolejności, ją i całą jej rodzinę. 

Niestety nie wiedział niczego ani o Hashiko , ani o zabójstwie Hillsa.

Wyjęła z bagażnika szpadel i wykopała pospiesznie dość głęboki dół. Nie czuła zmęczenia pracą, gdy kopała, łatwiej było jej skupić myśli: weszła na teren Yakuzy, węszyła tam i wpadła, a teraz porwała jednego z nich. Okazał się zupełnie nieprzydatny, zwykły pionek, mogła machnąć ręką na wszelkie jego obietnice i odwieźć go z powrotem, wykopując mu na koniec na dupie wielkie go me na sai.

Ale gdzieś w mroku patrzyła na nią z napięciem mała dziewczynka w podartej sukience.
Wyciągnęła go z wozu i wrzuciła szamocącego się do dołu. - Bardzo mi przykro – powiedziała rytualnie po czym poderżnęła mu gardło jednym płynnym ruchem. Ostrze nawet nie zdążyło się zabrudzić. Warte było swojej ceny.
Zakopała starannie grób, przyklepała go i zamaskowała  kamieniami. Zmówiła krótką modlitwę.

Ukryta w mroku mała dziewczynka w podartej sukience skinęła głową.

Nie, nie jestem dumna z tego, raczej smutna. Nie wykluczam, że mogło być i tak, że gdybym go wypuściła, dałabym mu szansę by odmienił swoje życie, zapragnął zmiany, zechciał odpokutować. Może stałby się dobrym człowiekiem, może ocalił czyjeś istnienie, może dał początek nowemu. Byłoby miło móc w to wierzyć. Ale prawda była taka, że w jego czarnej duszy nie pojawił się żaden jaśniejszy ton. Wrzała w nim pogarda i nienawiść. Honor nie pozwoliłby mu odejść. Nie miałby dokąd pójść.
Jeśli spotkasz na swojej drodze wściekłego psa i możesz go zabić, musisz to zrobić. Inaczej wszyscy, którzy padną jego ofiarą, obciążą twoje sumienie.

*

Gdy dojeżdżała do miasta, wyłączyła zagłuszacz i zadzwoniła do Leopolda. Musieli to zrobić inaczej.

*

 W nocy czarny wóz z odkręconymi tablicami podjechał pod drzwi nory Takeshiego. Akcja miała być szybka.
Adrew siedział za kierownicą, czując, że niezbyt mu wygodnie w pancerzu, zerkając nerwowo to na budynek, to na ulicę. Nagle z jedno okien na pierwszym pietrze otworzyło się i wyglądało to tak, jakby ktoś usiłował przez nie wyskoczyć, ale został wciągnięty do środka. Ocho. Sekundę potem wyskoczył z niego człowiek w ciemnym pancerzu, przez ramię miał przerzuconego Japończyka. Trzasnęły drzwi.
- Hisa? - zapytał przez komunikat.
- Wsiadłam.
- Odjeżdżaj, Andrew!


Zanim oddali go w ręce Petry na posterunku przyznał się do wszystkiego: że zabił, że nie chciał, że to był przypadek, że bardzo żałuje.  

*


 Spotkania z przedstawicielami trzech firm wydawały się Hisie wędrówką po galerii osobliwości.

Firma RSI, należała do prezesa Vincenta Avelara. Szef, ubrany w biały garnitur ze złotymi guzikami odpalał cygaro od cygara, na jego biurku stała butelka whiskey (Hisa zastanowiła się, co Ernest by powiedział na tę markę) i szklaneczka z grubego szkła, a jego uprzejmość była podszyta nieukrywaną pychą i pogardą.

- O, przyszliście. Siadajcie. Chcieliście gadać.
- My w sprawie zakupu przez pańską firmę MZC.
- Już prawie udanego zakupu. Tylko miasto nie pozwala. Mam nadzieję, że tak zrobicie, żeby w końcu pozwoliło mi kupić tę firmę.
-A co chce pan zrobić z tym biznesem?
-Wygraliśmy rokowania, zgodziłem się na odprawę dla robotników, nikt nie dawał tyle kasy. A rokowania odroczono! Czy to jest uczciwe? Bo zginął jakiś urzędas? Co mnie to, kurwa, obchodzi.
Ten szczur Tate nawet miał gotową umowę! Mam nadzieję, że szybko ujawnicie szczegóły tego zabójstwa na zlecenie. Wiem, że to było takie zabójstwo. Mam na to dowody.
-Tak? Jak pan nam je da, szybciej załatwimy sprawę.
- Wpuściłem mikrofona na imprezę, żabojady dyskutowały o, cytuję, „wyeliminowaniu zagrożenia w ratuszu”. A dwa dni później, traaach, wypadek! Powiem wam, kto zlecił zabójstwo. Archard Silvaine.
- Rozumiemy, że ma pan nagranie?
- Jest u nas, bezpieczne.
- Możemy dostać kopię? Im szybciej zbierzemy dowody, tym szybciej zamkniemy sprawę.
- Po prostu powiedzcie w ONZ, kto zlecił zabójstwo. Jeśli takie nagranie by wyszło, moja wtyczka byłaby spalona.
- Czyli nie chce pan szybko tego załatwić?
- No, wskazałem wam mordercę. Jesteście detektywami. Znajdźcie dowody. Wygrałem już, więc mówię prawdę.
- To pewnie Silvaine ma rację w takim razie.
- Hę?
- Dziękujemy za pański czas, do widzenia.


Siedziba szefa Kudoko Electronic Co., Yoshyaki Mizuno, wyglądała jak kawałek feudalnej Japonii – otaczał go piękny ogród (Hisa lustrowała go z uznaniem i zachwytem), w środku żadnych krzeseł, białe przesuwane ściany, maty na podłogach. Wszystkie spotkane osoby chodziły w kimonach.
Andrew powiedział co do Leopolda po niemiecki i Hisa widziałam że wiele ich kosztuje by nie wybuchnąć śmiechem, ale to Leo pierwszy zdjął buty, gromiąc Hisę spojrzeniem.
A Hisa przezywała akurat poważne rozterki: czy podporządkować się ukochanej tradycji i okazać szacunek, czy wejść tam po prostu jako siepacz pracujący dla ONZ.
„Shogun” jak w myślach natychmiast ochrzciła go Hisa, siedział na niewielkim podniesieniu w stroju nieodparcie kojarzącym się z samurajami. Za nim siedział młody mężczyzna w kimonie. Po bokach stało trzech poważnych ochroniarzy w garniturach i w skarpetach.
Shogun wskazał im wachlarzem trzy poduszki do siedzenia.
- Jestem Yoshikai Mizuno.
- Tamuro Hisa, a to moi partnerzy: Andrew Venizelos i Leopold Wardburg.
Wszyscy zajęli miejsce, Hisa i Leopold przyklękneli po japońsku (po pięciu minutach Leo szczerze tego żałował), Andrew wiercił się na poduszce nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji i wyraźnie mu nie odpowiadało to całe siedzenie na podłodze. Jak jakieś zwierzę.
- Co was od mnie sprowadza?
- Zajmujemy się sprawą zabójstwa Richarda Hillena.
- I wyjaśnieniem sprawy zakupu firmy NZC.
- Jak najbardziej, moja korporacja chce zakorzenić się w mieście, być jego częścią. Zgodziliśmy się na zachowanie pracowników na ich stanowiskach i podźwigniecie firmy.
-A to nowa informacja. Mówiono nam, że planowane są zwolnienia i miasto miało obiekcje co do sprzedaży.
-Hm, obiekcie są różne, nie wiem, co myśli ratusz, ja wiem, co my robimy.
-Ujęto zabójcę urzędnika.
-Rozumiem zatem, że możemy kupić firmę.
- My nie prowadzimy pertraktacji, ustalamy tylko okoliczności morderstwa.
- ONZ powinno wziąć odpowiedzialność i rozwiązać spór.
- Jeśli zna pan jakieś okoliczności, które powinniśmy znać, może umożliwi to szybkie rozwiązanie sprawy.
- A skąd mam coś wiedzieć? Był to wypadek na placu budowy?
- Mówiono, że mogło być zlecone.
- A zabójca był Japończykiem, stąd pytanie,
- Prawdę mówiąc, nie wiem jak można łączyć moja korporację z jakimś nieistotnym incydentem.
-Trzy korporacje wniosły skargę by śledztwo przeprowadziła niezależna korporacja. Trudno nazwać zabójstwo nieistotne.
- ONZ poprosiliśmy o pomoc by nie rozmawiać z tutejszymi władzami, które są skorumpowane.
- Ktoś złożył ofertę?
- Każdy z nas wiem, że w dużych miastach panuje korupcja. Po co mam rozmawiać z płotką, kiedy mogę z rekinem.
-Ja wolałbym rozmawiać z ludźmi... - wymamrotał Andrew i Hisa niemal poczuła lodowate zimno wiejące od podwyższenia. 
- Dziękujemy, nie mamy więcej pytań.-podnieśli się i  Leopold roztarł ręką nogę.
- Jeżeli będziecie chcieli rozmawiać, mój człowiek jest do waszej dyspozycji.
Hisa dostała wizytówkę i wręczyła swoją.
Potem czekali przy wejściu aż Andrew zasznuruje buty.

Jechali przez dzielnicę willową na trzecie spotkanie.
- Wiesz co, Hisa - zagaił Leo – jesteś dla mnie zagadką. Niby stosujesz się do wszystkich tradycji japońskich, a z drugiej strony chciałaś je olać w ramach... nie wiem czego...  jakiejś prowokacji?
- Miałam trzy lata, gdy opuściliśmy Japonię. Staram się zachowywać tradycję.
- Ale robisz to nieudolnie?
- Ale czasem coś mi nie wyjdzie. A czasem  trzeba się zastanowić, co chcesz osiągnąć. Wejście komuś w butach może być jasnym sygnałem: "reprezentuję władzę, możesz siedzieć sobie pod sufitem, ale to ja tu dyktuję warunki". Leo, Policjant zdejmuje buty ścigając przestępcę po świeżo wyfroterowanej podłodze w kuchni jego babci?
- No ale zdjęłaś.
- Bo to miejsce było… takie.... piękne. Mnie zastanawia jedno, obserwowałam temat, widziałam, że sporo japońskich firm ostatnio się tu zamyka… A oni chcą się zakorzenić. Ale nie wiem o co w tym chodzi.
- Niemieckim firmom nikt nie narzuca, co mają robić.
- Macie cesarza? - Hisa spojrzała w lusterko. Za nimi pojawiło się czarne BMW.
- Nie, mamy kan..
- Uważaj!
Leo nie odpowiedział, a na jego twarzy odmalowała się groza, Hisa natychmiast wcisnęła pedał hamulca i w ostatniej chwili zatrzymała pojazd, dosłownie milimetry od wozu, który zajechał im drogę i gwałtownie wyhamował.
Nie poczuli uderzenia, ale Hisa w lusterku zauważyła, że Andrew też gwałtownie hamuje, a za nim powoli zatrzymuje się kolejny wóz.
-Cholera! - Hisa sięgnęła po leżący z tyłu karabin. - Leo, pod fotelem masz drugi.
Niemiec wyciągnął z trudem długa lufę, cała porytą kreskami.
- Pamiątka z Europy – mruknęła.
Z wozu stojącego przed nimi nikt nie wysiadał, ale widać było dwie osoby siedzące na przednich siedzeniach.
- Za mną jest czterech. - Andrew odezwał się na komunikatorze - Jeden wysiadł. Cholera… co z nim? To jakiś pieprzony cyborg?
Kierowca ubrany w tradycyjne kimono młodzieniec mający przypasany do boku miecz - obszedł wóz i otworzył drzwi pasażerowi. Z tyłu wysiadła japońska dama w tradycyjnym stroju i upiętych wysoko włosach. Szła powoli, drobiąc stópkami, w ręku trzymała malutka torebkę.
Za nią podążył kierowca. Połowa jego twarzy była metalowa.
Leo i Hisa jednocześnie otworzyli drzwi. Podeszli ostrożnie w stronę kobiety.
- Jestem Rise Hashimoto - powiedziała Japonka głębokim melodyjnym głosem - przesyła mnie pan Masaki Tashima. Jeśli to nie jest problem, chciałabym z wami porozmawiać. - Podała Leopoldowi wizytówkę, ukłoniła się powoli i odwróciła się. Kierowca odprowadził ją do pojazdu. Trzasnęły drzwi i wozy ruszyły. 

Hisa i Leo chwile odprowadzali je wzrokiem.
- Kto to ten Tashima?
- Szef Yakuzy...
-Acha. - chwila milczenia - Załatwmy Francuzów...


Bibeloty bywają cenne i zachwycające, potrafią być wielką ozdobą wysmakowanego wnętrza, ale nie, kiedy są ich tysiące ułożone bez żadnego pomysłu lub smaku. A siedziba Soft Electronic Aparature wyglądała jak skład osobliwości, istna rupieciarnia. Prezes widocznie kolekcjonował wszystko. Detektywów zaproszono do altanki, do okrągłego stolika, przy którym ustawiono dla nich białe wygodne krzesła. Prostota, minimalizm. Aż się gryzły z tym, co było wewnątrz domu.
Starszy mężczyzna około siedemdziesiątki ubrany był w szary frak z koronkowymi wstawkami. Puszyste wąsy i bokobrody oraz monokl dopełniały obrazu. Palił papierosa w długiej fifce.
-Proszę, siadajcie. Częstujcie się i zadawajcie pytanie, w końcu jesteście tutaj by pomóc mi w interesach.
- Jesteśmy tu, by rozwiązać sprawę biednego pana Richarda Hillena, który zginał w niefortunnych okolicznościach. Gdyby pan wiedział cokolwiek, co mogłoby nam pomoc w śledztwie, bylibyśmy zobowiązani.
- Jeżeli będę mógł, pomogę.
- Niejaki Vincent Abelard - Leopold pochylił się w stronę prezesa zniżając głos - rzucił podejrzenie na pańską firmę, że zleciła to morderstwo. Twierdzi, że on już się dogadał z Tatem, miał wszystko nagrane i ta śmierć miała spowodować przerwanie negocjacji i tym samym reset.
Hisa z uwagą wpatrywała się w twarz starca.
- Oskarżenia? Nasza współpraca z gabinetem pani Gautier była owocna, po co mielibyśmy to psuć?
- By nie dopuścić do podpisania umowy Abelarda z Tatem?
- Tylko że z tego co wiem, to moja firma wygrywała.
- Gdyby nie morderstwo… Uważa pan, że miasto nie powinno się wtrącać?
- Miasto chciało zadbać o pracowników, zaproponowaliśmy, jako jedyni, że będa pracowali w tej firmie nadal przez trzy lata, nie będzie zwolnień, a my z czasem przebranżowimy fabrykę. Działamy tu od dawna, miasto korzysta z naszej elektroniki, my się bogacimy. To dobry układ, czyż nie?
- Spotykał się pan z panem Hillenem?
- Jak najbardziej.
- Czy łatwo się z nim pracowało?
- To był miły człowiek, odpowiadał za negocjacje miasta z różnymi podmiotami zewnętrznymi. Nie robił nam trudności. Dbał jednak o interesy miasta.
- A pan Guzman?
- Taaak, ten stawiał rożne warunki. Wydaje mi się, że je spełniliśmy. Nie wiem co jeszcze mógłbym im obiecać... realnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz