Hashiko miał słabą głowę. Po czwartym kuflu wstał chwiejnie. W
rozdygotanym tłumie nie była w stanie wychwycić jego słów, ale
siedzące przy stoliku osoby zarechotały. Jeden z kumpli klepnął
go w ramię wstając i po chwili we dwójkę, zataczając się i
podśpiewując, zaczęli przedzierać się przez tłum w stronę
wyjścia. Kiedy ją mijali w przedsionku, Hisa zgasiła obcasem
niedopałek i naciągnęła mocniej kaptur. Odczekała chwilę, nim
wyszła za nimi. Starała się trzymać dystans, a jednocześnie nie
spuszczać podejrzanego z oka – mogła go łatwo zgubić w
przewalającym się wszędzie tłumie, w plątaninie bram i uliczek.
Hashiko ewidentnie kierował się w stronę nory, w której
wynajmował swój kąt. Niemniej ciągle ktoś przy nim się kręcił
i Hisa nie miała okazji, by zrealizować plan.
Sprawa
wydawała się dość dziwna. Firma Marsjańskie Zakłady Ceramiczne
zaczęła plajtować i właściciel musiał ją sprzedać, by
zwrócić dług miastu. Ratusz w zasadzie chciał przejąć upadający
zakład, odebrać budynek i grunty, ale prezes MZC, Shawn Tate, nie
zamierzał tanio sprzedawać skóry i by wyjść ze sprawy z
jakimikolwiek funduszami, wystawił fabrykę na aukcję. Zgłosiło
się trzech kupców: Rainbow Space Industry, Kudoko Electronic Co. i
Soft Electronic Aparature. Wszystkie trzy korporacje były spoza
Marsa. Wyglądało na to, że pójdzie gładko, sprawa została
jednak zablokowana przez miasto: pretekstem stała się kwestia
pracowników MZC. Ratusz nie zgodził się na zwiększenie
bezrobocia, bo pracę miało stracić niemal 4 tysiące osób. Niby
nic dziwnego, ale przecież sprowadzono tysiące robotników do pracy
na budowie platformy, bo brakowało rąk.
Sprawą
sprzedaży zajmował się urzędnik, Richard Hills. Trzy dni temu
przejeżdżał przez teren budowy. W zatłoczonej uliczce najechał
na robotnika. Wedle zeznań świadków wyszedł z samochodu i wszczął
kłótnię, która przerodziła się w przepychankę. Sprowokowany
robotnik miał strzelić w niego z pistoleciku pneumatycznego. Traf
chciał, że nit trafił prosto w serce. Richard trafił do kostnicy,
robotnik rozpłynął się w powietrzu, a miasto ogłosiło, że
doszło do zabójstwa na zlecenie, by przeciągać sprawę sprzedaży
firmy. Inwestorzy poprosili więc ONZ o pomoc, uważając, że miasto
mataczy i działa sprzecznie z prawem, a ONZ, wykorzystując
najwidoczniej brak rozeznania kupców w marsjańskich układzikach,
wynajęła firmę Thorna i zleciła ustalenie, jak wyglądała sprawa
zabójstwa i przetargu.
Shawn Tate bardzo chciał jak najszybciej zakończyć sprawę.
- To
wina miasta, że moja firma zbankrutowała! Ich głupia polityka
sprawiła, że dorobek mego życia legł w gruzach!
-
Rozumiemy, przykro nam.
-
Chciałbym to zamknąć , szybko, póki mam kupców. Jeśli tego nie
sprzedam, miasto wykupi to za grosze… Nic mi nie zostanie.
Hisa
uśmiechnęła się, w uśmiech wplatając życzliwość i współczucie, pochyliła się ku Tate’owi.
Zrelaksuj się, mów otwarcie, bądźmy szczerzy na moment, panie
Tate, tak się z nami dobrze rozmawia.
-
Przeciągają sprawę, a ja już marzę tylko o tym by dokończyć
swoją stację i przenieść się na orbitę. Niech ich. To przez
tych polityków wszystkie interesy mi się w mieście sypnęły.
-
Stację nad Marsem?
Tate
zmieszał się, ale trwało to ułamek sekundy i natychmiast się
skupił.
-
Przejdźmy do sprawy. To ich wina.
-
Spotykał się pan z Hillerem? - spytał Andy.
-
Pewnie. Nie mogłem wysyłać im odpowiedzi,musiałem jeździć co
chwila do tego cholernego ratusza! Nieważne... To co, zajmiecie się
tym?
- Tak, postaramy się.
-
Doprowadzą mnie do bankructwa.
- I
co dalej?
-
Trzeba będzie opuścić Marsa, całe życie tu sobie ułożyłem, a
teraz co? Przez nich jak nie dostanę pieniędzy. Tak ich potrzebuję!
-
No nic, panie Tate, dziękujemy. Mamy nadzieję, że szybko uda się panu sfinalizować transakcję.
Przejrzenie kontaktów handlowych Tate’a nic nie dało – nie było w nich nic
podejrzanego. Udało się natomiast ustalić, że prywatnie budował stację na
orbicie i że wcześniej był zamieszany w przemyt nielegalnych
towarów luksusowych na sporą skalę. Stacja na orbicie byłaby
wymarzoną bazą wypadową wszelkiej maści szmuglerów.
W ratuszu Brad Guzman reprezentował robotników. Śliski typ sprawiał wrażenie osoby, której zależy tylko na tym, by jak najwięcej ugrać dla siebie.
Na komisariacie policjantka Petra Sorenson powiedziała, że zanim odebrano jej śledztwo, ustaliła, że sprawcą
zabójstwa był Hashiko Takashi i dowiedziała się, gdzie go
znaleźć. Nie zdążyła go jednak przesłuchać, bo podczas
zatrzymania natrafiła na ludzi z Yakuzy, którzy... zażądali
nakazu. Nim z nim wróciła, sprawę przekazano dalej.
Hashiko nie
zmienił lokum, mimo że wiedział, iż jest ścigany.
Plan
był taki, by dowiedzieć się więcej o zwyczajach zabójcy i
dyskretnie go zgarnąć. Jak dotąd wszystko wskazywało na to, że
śmierć Richarda Hillsa była wyłącznie nieszczęśliwym wypadkiem
i nikt jej nie zlecił.
Z tego powodu Hisa kluczyła teraz uliczkami w Dzielnicy Wolności.
Z tego powodu Hisa kluczyła teraz uliczkami w Dzielnicy Wolności.
Hashiko
z kumplem zatrzymali się i śpiewali coś bełkotliwie na środku
chodnika.
Hisa
schowała dyskretnie za jednym z samochodów. I wtedy zobaczyła w
lusterku wozu stojącego z tyłu młodego Japończyka, którego
wygląd nieodparcie skojarzył jej się z Ernestem. Skórzana kurtka,
ciężkie buciory, włosy związane w kucyk i fragmenty kolorowego
tatuażu widoczne przy kołnierzu. Nie spuszczał z niej oka.
Kuso
̄.
Śledzenie
Hashiko zeszło chwilowo na drugi plan. Najpierw trzeba było zgubić
ogon. Hisa z rezygnacją pomyślała o tym, że jest intruzem na
nieswoim terenie i że to nie może skończyć się dobrze. W tym
przekonaniu utwierdził ją fakt, że po kilku próbach zmyłki jej
śladem szło już dwóch. Z łowcy stała się zwierzyną. Kolejne
uliczki były długie, wąskie i coraz bardziej opustoszałe.
Kolejny zakręt, kolejna brama. W przejściu mignęła jej twarz, dziwnie
znajoma. Pszczelarz…? Odpędziła natychmiast tę myśl. Umarli
przynoszą pecha.
Miała nadzieję, że w następnej uliczce da radę jakoś wspiąć się wyżej i rozejrzeć po terenie, ale gdy tylko w nią skręciła, zrozumiała, że popełniła poważny błąd. Z mroku wyłoniły się dwie sylwetki blokując drogę, jeden z napastników ostentacyjnie zakładał kastet. Kątem oka złowiła, że dogonili ją ci, którzy szli jej śladem. Przywarła plecami do ściany. Czterech.
Nigdy
do końca nie wyzbyła się tego uczucia. Dopadało ją czasem w nocy
- skrajne przerażenie zmieszane z bezsilnością - mała
dziewczynka wpatruje się rosnący przed nią cień, a nie może
nawet krzyczeć. Zdołała je w porę pochwycić, przekuć w gniew.
Nigdy więcej.
Otoczyli
ją, a ich uśmiechy sugerowały, że zanim umrze, na pewno czeka ją
jeszcze trochę zabawy.
-
Wyjaśnijmy nieporozumienie… - zaczęła, ale wtedy pierwszy z nich
zaatakował. Kretyn, wziął za mocny zamach i kiedy zrobiła unik,
pośliznął się na kałuży błota.
Hisa
uchyliła się przed kolejnym ciosem. Zacisnęła mocno zęby uwalniając Euforię.
Świat
zwolnił nagle, kolory wyostrzyły się, dźwięk zmienił się w
jeden przeciągły wizg. Napastnik, który wcześniej przewrócił
się, wykonał obrót i efektownie wybił się na nogi, zaraz jednak
runął ponownie powalony ciosem.
Bili
ją we trzech, z coraz większą furią, większość uderzeń jednak
chybiała. Hisa miała dziwne wrażenie nierealności tego, co się
dzieje, uderzenia które ją dosięgały, nie sprawiały jej bólu,
jakby wszystko toczyło się gdzieś obok. Przepełniała ją radość walki i
czuła, że zapada się coraz głębiej w bitewny trans, resztki jej
świadomości krzyczały jednak, że nie może tego przeciągać, że
sytuacja zaraz może się skomplikować, że nie jest na swoim
terenie. Dlatego zablokowała płynnie spadający z góry cios i z
pewnym żalem błyskawicznie dobyła paralizatora.
Chwilę
potem nucąc pod nosem holowała uliczkami nieprzytomnego gangstera
narzekając na jego pijaństwo i obiecując wyrzucić go z domu.
Wybrała na chybił trafił jednego z trzech leżących. Czwarty
zdołał uciec.
W
miarę szybko odtworzyła, gdzie się znajduje i gdzie zostawiła
wóz. Wpakowała Japończyka na tylne siedzenie. Skuła
go i zakneblowała, związała mu nogi, przypięła go leżącego
pasami, trzasnęła drzwiami, a potem, jakby nigdy nic, włączyła zagłuszacz sygnału i ruszyła
spokojnie w stronę obrzeży miasta. Z radia sączył się delikatny jazz.
Musiała
przyznać, że był dzielny, gdy się ocknął. Wyzywał ją od policyjnych szpicli,
kurew, sługusów Triady i szczurzyc wielkich korporacji. Obiecywał
jej, że ją znajdzie, zgwałci i zabije w dowolnej kolejności, ją
i całą jej rodzinę.
Niestety nie wiedział niczego ani o Hashiko , ani o zabójstwie Hillsa.
Wyjęła
z bagażnika szpadel i wykopała pospiesznie dość głęboki dół.
Nie czuła zmęczenia pracą, gdy kopała, łatwiej było jej skupić myśli:
weszła na teren Yakuzy, węszyła tam i wpadła, a teraz porwała
jednego z nich. Okazał się zupełnie nieprzydatny, zwykły pionek,
mogła machnąć ręką na wszelkie jego obietnice i odwieźć go z
powrotem, wykopując mu na koniec na dupie wielkie go me na sai.
Ale
gdzieś w mroku patrzyła na nią z napięciem mała dziewczynka w
podartej sukience.
Wyciągnęła go z wozu i
wrzuciła szamocącego się do dołu. - Bardzo mi przykro – powiedziała rytualnie po czym poderżnęła mu gardło
jednym płynnym ruchem. Ostrze nawet nie zdążyło się zabrudzić.
Warte było swojej ceny.
Zakopała starannie grób, przyklepała go i zamaskowała kamieniami. Zmówiła krótką
modlitwę.
Ukryta
w mroku mała dziewczynka w podartej sukience skinęła głową.
Nie, nie jestem dumna z tego, raczej smutna. Nie wykluczam, że
mogło być i tak, że gdybym go wypuściła, dałabym mu szansę by
odmienił swoje życie, zapragnął zmiany, zechciał odpokutować.
Może stałby się dobrym człowiekiem, może ocalił czyjeś
istnienie, może dał początek nowemu. Byłoby miło móc w to
wierzyć. Ale prawda była taka, że w jego czarnej duszy nie pojawił
się żaden jaśniejszy ton. Wrzała w nim pogarda i nienawiść.
Honor nie pozwoliłby mu odejść. Nie miałby dokąd pójść.
Jeśli spotkasz na swojej drodze wściekłego psa i możesz go zabić, musisz to zrobić. Inaczej wszyscy, którzy padną jego ofiarą, obciążą twoje sumienie.
Jeśli spotkasz na swojej drodze wściekłego psa i możesz go zabić, musisz to zrobić. Inaczej wszyscy, którzy padną jego ofiarą, obciążą twoje sumienie.
*
Gdy dojeżdżała do miasta, wyłączyła zagłuszacz i zadzwoniła do Leopolda. Musieli to zrobić inaczej.
*
W nocy czarny wóz z odkręconymi tablicami podjechał pod drzwi nory
Takeshiego. Akcja miała być szybka.
Adrew
siedział za kierownicą, czując, że niezbyt mu wygodnie w
pancerzu, zerkając nerwowo to na budynek, to na ulicę. Nagle z
jedno okien na pierwszym pietrze otworzyło się i wyglądało
to tak, jakby ktoś usiłował przez nie wyskoczyć, ale został
wciągnięty do środka. Ocho. Sekundę potem
wyskoczył z niego człowiek w ciemnym pancerzu, przez ramię miał
przerzuconego Japończyka. Trzasnęły drzwi.
-
Hisa? - zapytał przez komunikat.
-
Wsiadłam.
-
Odjeżdżaj, Andrew!
Zanim
oddali go w ręce Petry na posterunku przyznał się do wszystkiego:
że zabił, że nie chciał, że to był przypadek, że bardzo żałuje.
*
Spotkania z przedstawicielami trzech firm wydawały się Hisie
wędrówką po galerii osobliwości.
Firma
RSI, należała do prezesa Vincenta Avelara. Szef, ubrany w biały
garnitur ze złotymi guzikami odpalał cygaro od cygara, na jego
biurku stała butelka whiskey (Hisa zastanowiła się, co Ernest by
powiedział na tę markę) i szklaneczka z grubego szkła, a jego
uprzejmość była podszyta nieukrywaną pychą i pogardą.
- O,
przyszliście. Siadajcie. Chcieliście gadać.
- My
w sprawie zakupu przez pańską firmę MZC.
-
Już prawie udanego zakupu. Tylko miasto nie pozwala. Mam nadzieję,
że tak zrobicie, żeby w końcu pozwoliło mi kupić tę firmę.
-A
co chce pan zrobić z tym biznesem?
-Wygraliśmy
rokowania, zgodziłem się na odprawę dla robotników, nikt nie
dawał tyle kasy. A rokowania odroczono! Czy to jest uczciwe? Bo
zginął jakiś urzędas? Co mnie to, kurwa, obchodzi.
Ten
szczur Tate nawet miał gotową umowę! Mam nadzieję, że szybko
ujawnicie szczegóły tego zabójstwa na zlecenie. Wiem, że to było
takie zabójstwo. Mam na to dowody.
-Tak?
Jak pan nam je da, szybciej załatwimy sprawę.
-
Wpuściłem mikrofona na imprezę, żabojady dyskutowały o, cytuję,
„wyeliminowaniu zagrożenia w ratuszu”. A dwa dni później,
traaach, wypadek! Powiem wam, kto zlecił zabójstwo. Archard
Silvaine.
- Rozumiemy,
że ma pan nagranie?
-
Jest u nas, bezpieczne.
-
Możemy dostać kopię? Im szybciej zbierzemy dowody, tym szybciej
zamkniemy sprawę.
- Po
prostu powiedzcie w ONZ, kto zlecił zabójstwo. Jeśli takie nagranie
by wyszło, moja wtyczka byłaby spalona.
-
Czyli nie chce pan szybko tego załatwić?
-
No, wskazałem wam mordercę. Jesteście detektywami. Znajdźcie
dowody. Wygrałem już, więc mówię prawdę.
- To
pewnie Silvaine ma rację w takim razie.
-
Hę?
-
Dziękujemy za pański czas, do widzenia.
Siedziba szefa Kudoko Electronic Co., Yoshyaki Mizuno, wyglądała
jak kawałek feudalnej Japonii – otaczał go piękny ogród (Hisa
lustrowała go z uznaniem i zachwytem), w środku żadnych krzeseł,
białe przesuwane ściany, maty na podłogach. Wszystkie spotkane
osoby chodziły w kimonach.
Andrew
powiedział co do Leopolda po niemiecki i Hisa widziałam że wiele
ich kosztuje by nie wybuchnąć śmiechem, ale to Leo pierwszy zdjął
buty, gromiąc Hisę spojrzeniem.
A
Hisa przezywała akurat poważne rozterki: czy podporządkować się
ukochanej tradycji i okazać szacunek, czy wejść tam po prostu jako siepacz pracujący dla ONZ.
„Shogun”
jak w myślach natychmiast ochrzciła go Hisa, siedział na
niewielkim podniesieniu w stroju nieodparcie kojarzącym się z
samurajami. Za nim siedział młody mężczyzna w kimonie. Po bokach
stało trzech poważnych ochroniarzy w garniturach i w skarpetach.
Shogun
wskazał im wachlarzem trzy poduszki do siedzenia.
-
Jestem Yoshikai Mizuno.
-
Tamuro Hisa, a to moi partnerzy: Andrew Venizelos i Leopold Wardburg.
Wszyscy zajęli miejsce, Hisa i Leopold przyklękneli po japońsku (po pięciu minutach Leo szczerze tego żałował), Andrew wiercił się na poduszce nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji i wyraźnie mu nie odpowiadało to całe siedzenie na podłodze. Jak jakieś zwierzę.
Wszyscy zajęli miejsce, Hisa i Leopold przyklękneli po japońsku (po pięciu minutach Leo szczerze tego żałował), Andrew wiercił się na poduszce nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji i wyraźnie mu nie odpowiadało to całe siedzenie na podłodze. Jak jakieś zwierzę.
- Co
was od mnie sprowadza?
-
Zajmujemy się sprawą zabójstwa Richarda Hillena.
- I
wyjaśnieniem sprawy zakupu firmy NZC.
-
Jak najbardziej, moja korporacja chce zakorzenić się w mieście,
być jego częścią. Zgodziliśmy się na zachowanie pracowników na
ich stanowiskach i podźwigniecie firmy.
-A
to nowa informacja. Mówiono nam, że planowane są zwolnienia i
miasto miało obiekcje co do sprzedaży.
-Hm,
obiekcie są różne, nie wiem, co myśli ratusz, ja wiem, co my
robimy.
-Ujęto
zabójcę urzędnika.
-Rozumiem zatem,
że możemy kupić firmę.
- My
nie prowadzimy pertraktacji, ustalamy tylko okoliczności morderstwa.
-
ONZ powinno wziąć odpowiedzialność i rozwiązać spór.
-
Jeśli zna pan jakieś okoliczności, które powinniśmy znać, może
umożliwi to szybkie rozwiązanie sprawy.
- A
skąd mam coś wiedzieć? Był to wypadek na placu budowy?
-
Mówiono, że mogło być zlecone.
- A
zabójca był Japończykiem, stąd pytanie,
-
Prawdę mówiąc, nie wiem jak można łączyć moja korporację z
jakimś nieistotnym incydentem.
-Trzy
korporacje wniosły skargę by śledztwo przeprowadziła niezależna
korporacja. Trudno nazwać zabójstwo nieistotne.
-
ONZ poprosiliśmy o pomoc by nie rozmawiać z tutejszymi władzami,
które są skorumpowane.
-
Ktoś złożył ofertę?
-
Każdy z nas wiem, że w dużych miastach panuje korupcja. Po co mam
rozmawiać z płotką, kiedy mogę z rekinem.
-Ja wolałbym rozmawiać z ludźmi... - wymamrotał Andrew i Hisa niemal poczuła lodowate zimno wiejące od podwyższenia.
-Ja wolałbym rozmawiać z ludźmi... - wymamrotał Andrew i Hisa niemal poczuła lodowate zimno wiejące od podwyższenia.
-
Dziękujemy, nie mamy więcej pytań.-podnieśli się i Leopold roztarł ręką nogę.
-
Jeżeli będziecie chcieli rozmawiać, mój człowiek jest do waszej
dyspozycji.
Hisa
dostała wizytówkę i wręczyła swoją.
Potem czekali przy wejściu aż Andrew zasznuruje buty.
Potem czekali przy wejściu aż Andrew zasznuruje buty.
Jechali
przez dzielnicę willową na trzecie spotkanie.
-
Wiesz
co, Hisa - zagaił Leo – jesteś
dla mnie zagadką. Niby stosujesz się do wszystkich tradycji japońskich, a z drugiej
strony chciałaś
je olać w ramach... nie wiem czego... jakiejś prowokacji?
-
Miałam trzy lata, gdy opuściliśmy
Japonię. Staram się zachowywać tradycję.
-
Ale
robisz to nieudolnie?
- Ale czasem coś
mi nie wyjdzie. A czasem trzeba się zastanowić,
co chcesz osiągnąć.
Wejście
komuś
w butach może być jasnym sygnałem: "reprezentuję władzę, możesz siedzieć sobie pod sufitem, ale to ja tu dyktuję warunki". Leo, Policjant zdejmuje buty ścigając
przestępcę po świeżo wyfroterowanej podłodze w kuchni jego babci?
-
No ale zdjęłaś.
-
Bo to miejsce było… takie.... piękne. Mnie zastanawia jedno,
obserwowałam temat, widziałam, że sporo japońskich firm ostatnio
się tu zamyka… A oni chcą się zakorzenić. Ale nie wiem o co w
tym chodzi.
-
Niemieckim firmom nikt nie narzuca, co mają
robić.
-
Macie cesarza? - Hisa
spojrzała w lusterko. Za nimi pojawiło się czarne BMW.
-
Nie, mamy kan..
- Uważaj!
Leo
nie odpowiedział, a na jego twarzy odmalowała się groza, Hisa
natychmiast wcisnęła pedał hamulca i
w ostatniej chwili zatrzymała pojazd, dosłownie milimetry od wozu,
który zajechał im drogę i gwałtownie wyhamował.
Nie
poczuli uderzenia, ale Hisa w lusterku zauważyła, że Andrew też gwałtownie hamuje, a za nim powoli zatrzymuje się kolejny wóz.
-Cholera!
- Hisa sięgnęła po leżący z tyłu karabin. - Leo, pod fotelem
masz drugi.
Niemiec
wyciągnął z trudem długa lufę, cała
porytą kreskami.
- Pamiątka
z Europy – mruknęła.
Z
wozu stojącego przed nimi nikt nie
wysiadał, ale widać było dwie osoby siedzące na przednich siedzeniach.
-
Za mną jest czterech. - Andrew
odezwał się na komunikatorze - Jeden
wysiadł. Cholera… co z nim? To jakiś pieprzony cyborg?
Kierowca
– ubrany
w tradycyjne kimono młodzieniec mający przypasany do boku miecz - obszedł wóz i otworzył drzwi pasażerowi. Z tyłu wysiadła
japońska dama w tradycyjnym stroju i upiętych wysoko włosach. Szła
powoli, drobiąc stópkami, w ręku trzymała
malutka torebkę.
Za
nią podążył kierowca. Połowa jego
twarzy była metalowa.
Leo
i Hisa jednocześnie
otworzyli drzwi. Podeszli ostrożnie w stronę kobiety.
- Jestem
Rise Hashimoto - powiedziała Japonka głębokim melodyjnym głosem - przesyła
mnie pan Masaki Tashima. Jeśli to nie jest problem, chciałabym z wami
porozmawiać. - Podała Leopoldowi wizytówkę, ukłoniła się powoli i
odwróciła się. Kierowca odprowadził ją do pojazdu. Trzasnęły drzwi i wozy ruszyły.
Hisa i Leo chwile odprowadzali je wzrokiem.
- Kto to ten Tashima?
- Szef Yakuzy...
Hisa i Leo chwile odprowadzali je wzrokiem.
- Kto to ten Tashima?
- Szef Yakuzy...
-Acha. - chwila milczenia - Załatwmy
Francuzów...
Bibeloty
bywają cenne i zachwycające, potrafią
być wielką ozdobą wysmakowanego wnętrza, ale nie, kiedy są ich
tysiące ułożone bez żadnego pomysłu lub smaku. A siedziba Soft
Electronic Aparature wyglądała jak skład osobliwości, istna
rupieciarnia. Prezes
widocznie kolekcjonował wszystko. Detektywów
zaproszono do altanki, do
okrągłego
stolika, przy którym
ustawiono dla nich białe wygodne krzesła. Prostota, minimalizm. Aż się gryzły z tym, co było wewnątrz domu.
Starszy
mężczyzna około siedemdziesiątki ubrany był w szary frak z
koronkowymi wstawkami. Puszyste wąsy i bokobrody oraz monokl
dopełniały obrazu. Palił papierosa w długiej fifce.
-Proszę,
siadajcie. Częstujcie się i zadawajcie pytanie, w końcu jesteście
tutaj by pomóc mi w interesach.
- Jesteśmy tu, by rozwiązać sprawę biednego pana Richarda Hillena,
który zginał w niefortunnych okolicznościach. Gdyby pan wiedział
cokolwiek, co mogłoby nam pomoc w śledztwie, bylibyśmy
zobowiązani.
- Jeżeli będę mógł, pomogę.
- Niejaki Vincent Abelard - Leopold pochylił się w stronę prezesa zniżając głos - rzucił podejrzenie na pańską firmę, że
zleciła to morderstwo. Twierdzi, że on już się dogadał z Tatem,
miał wszystko nagrane i ta śmierć miała spowodować przerwanie
negocjacji i tym samym reset.
Hisa z uwagą wpatrywała się w twarz starca.
- Oskarżenia? Nasza współpraca z gabinetem pani Gautier była
owocna, po co mielibyśmy to psuć?
- By nie dopuścić do podpisania umowy Abelarda z Tatem?
- Tylko że z tego co wiem, to moja firma wygrywała.
- Gdyby nie morderstwo… Uważa pan, że miasto nie powinno się wtrącać?
- Miasto chciało zadbać o pracowników, zaproponowaliśmy, jako
jedyni, że będa pracowali w tej firmie nadal przez trzy lata, nie
będzie zwolnień, a my z czasem przebranżowimy fabrykę. Działamy
tu od dawna, miasto korzysta z naszej elektroniki, my się bogacimy. To dobry układ, czyż nie?
- Spotykał się pan z panem Hillenem?
- Jak najbardziej.
- Czy łatwo się z nim pracowało?
- To był miły człowiek, odpowiadał za negocjacje miasta z różnymi
podmiotami zewnętrznymi. Nie robił nam trudności. Dbał jednak o
interesy miasta.
- A pan Guzman?
- Taaak, ten stawiał rożne warunki. Wydaje mi się, że je
spełniliśmy. Nie wiem co jeszcze mógłbym im obiecać... realnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz