sobota, 19 lipca 2025

Noc

 

Noc była chłodna, ale pogodna. W oddali błyszczała tętniąca łuna miasta, ale tu panowała ciemność  i gdy Ratri zamknęła wreszcie drzwi ciężarówki odebranej Łowcom i spojrzała w górę, mogła podziwiać rozlaną pięknie na niebie Drogę Mleczną.
 
Ostrożnie odłożyła wykręcone z wozu świetlówki UVA – dołączyły do sterty naszykowanych do wywózki przedmiotów. Wcześniej rozkręciła szklane trumny, w których więziono ofiary, i wrzuciła je w krzaki. Były strasznie ciężkie, ale użyła vitae i jakoś się jej udało. Wpakowała do znalezionego w szafkach worka kołkownice, osobno odłożyła leżące w zabezpieczonej skrzyni granaty fosforowe. Wyciągnęła też przydatne narzędzia. Zostawiła lodówkę i kamery. Miała nadzieję, że  pozbyła się wszystkiego, co mogło budzić pytania u ludzi, i odłożyła wszystko, co sama mogła wykorzystać lub spieniężyć. Obeszła wóz i wdrapała się zręcznie na dach naczepy ciężarówki. Położyła się na nim na wznak, wbijając wzrok w niebo.

Minęło już ponad sto lat odkąd otworzyła oczy będąc po drugiej stronie życia,  ale za każdym razem, gdy patrzyła na gwiazdy, przeżywała ten sam zachwyt – wyostrzone zmysły wciągały ją w bezkres, niemal czuła, jak unosi się i roztapia w nim, jakby nurkowała w ciemność, w którą ktoś wmieszał niestarannie pasma świateł.

Pozwoliła sobie na chwilę nieważkości.

Ale dość szybko  dotyk wiatru, szum drzew, dalekie i stłumione odgłosy miasta oraz ciche nocne życie istot zamieszkujących pobliską łąkę i las sprowadziły ją z powrotem.  Podniosła się i usiadła na krawędzi dachu, wbijając wzrok w ciemność.

Ruiny dawnego warsztatu zdążyły  już w dużej mierze zarosnąć. Z tyłu ukryta była klapa i wejście, wąski tunel prowadzący do pogrążonej w totalnym mroku piwnicy z wejściem zabezpieczonym skomplikowanym zamkiem. Mieszkała tu kiedyś, ale odkąd spalono to miejsce, ani razu doń nie zajrzała. Nie miała wiele, ot miejsce do sprania, ubrania na zmianę, kilka pomniejszych bibelotów, jakie zostały po Jonatanie. Zostawiła to jednak, przesączone zapachem dymu i zagrożenia.

-Tak bardzo chciałaś z nimi jechać… - Głos Jonatana był cichy, ledwo odróżnialny od szumu wiatru. - Verity cię zaprosiła… Przecież ją lubisz. I ona chyba już ci wybaczyła to, co się stało. Ją też chciałabyś zobaczyć. Chciałaś zobaczyć ich radość, że udało wam się ocalić Emily. Chciałaś zobaczyć JEGO…

Ratri milczała chwilę.

-Musiałam to uprzątnąć – powiedziała wreszcie w pustkę.- Poza tym to JEGO domena.

-Wiesz, ze Brian żartował mówiąc, że nie możesz przekroczyć granicy bez pozwolenia.

-Żartował? Wbił sztylet prosto w moje serce. Zresztą przecież sam by nie wpadł na to. Musiał to usłyszeć. Od kogo mógł to usłyszeć. Ojcze…? - w głosie Ratri zabrzmiało rozgoryczenie. - Poza tymnie chcę też, by ktokolwiek pomyślał, że ratowałam ją  interesownie.

-Ale przecież robiłaś to interesownie – w głosie Jonatana dało się usłyszeć rozbawienie.

Cyganka ukryła twarz w dłoniach.

-Ale i tak to dla niego nic nie znaczy. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić… Jak mu udowodnić… Może chociaż doceni to, że nie zepsuję mu wieczoru swoją obecnością.

- Nie chcesz konfrontować marzeń z rzeczywistością.

- Nie chcę.

Jonatan nie odpowiadał dłuższą chwilę i Ratri siedziała w absolutnej ciszy  bezruchu.

Na horyzoncie powoli zaczynało robić się szaro. Do świtu zostało jeszcze nieco czasu, ale wampirzyca poczuła niepokój. Otuliła się swoją chustą. A jeśli nie przyjadą? Jeśli zjawią się za późno?  Zawsze może spróbować otworzyć klapę. A może…

-Co odkryłeś ojcze, wtedy, o świcie?

Zadawszy to pytanie Ratri czuje nagle, jak jej ciało unosi się. Nad nią obraca się szybko potężna Droga Mleczna, potężny wir galaktyk wchłania ją. Jej ciało rozpływa się, rozciąga, staje się coraz cieńsze i cieńsze, jak struna, jak nić. Słyszy głos, ale nie umie powiedzieć, czy  to Jonatan.

Na początku było słowo. A słowo jest falą. I światło jest falą. Wszystko jest falą.  Musisz zestroić się . Przełamać dysharmonię, w którą cię wtrącono. Wszystko jest falą.   Cały wszechświat faluje. Jesteś oceanem. Oceanem w oceanie w oceanie w oceanie w oceanie. Falujemy. Bezruch to kres, tylko bezruchu musisz się bać. Ale On. On zawsze dotknie napiętej powierzchni. Wywoła fale. Wystarczy się na nowo zestroić się ze światłością.

Ratri nie wie, ile to trwa, gdy odzyskuje świadomość niebo na wschodzie robi się coraz bledsze. Z daleka słychać jednak warkot silników, coraz głośniejszy i głośniejszy. Jadą.

Zeskakuje z dachu. Zaraz wpakuje odłożone rzeczy do bagażnika podstawionego samochodu, ustali podział doli  i wróci do miasta, zanim słońce uciszy dysonans jej obecności na tym świecie.

Tym razem nie sprawdzi, czy umie to zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz