Zamknęła oczy zaciskając palce na barierach zabezpieczających,
gdy starym promem zaczęło szarpać podczas mozolnego przebijania
się przez atmosferę Ziemi. Wcześniej przyleciał tu mocno
obładowany, przywożąc świeżą dostawę krwi i mięsa (dziesięciu
desperatów lub skazańców w ramach programu „Nowe Życie”),
różnego rodzaju zaopatrzenie oraz dwadzieścia karabinów i pięć tysięcysztuk amunicji – okup, jaki musieli zapłacić za powrót do domu.
Spory, ale Hisa doskonale to rozumiała. Przyda im się. Bardzo im
się przyda.
(Do tego promem przybyło jeszcze sporo dragów, drony,
niezalegalizowana broń różnego typu, pisemka pornograficzne,
komunikatory i inna tego typu kontrabanda jak wspomniał magazynier,
z którym wypaliła skręta.)
Teraz
statek wznosił się niemal pusty.
Starała
się nie myśleć o tym, że wraca do domu. Ostatnia pobudka w
jaskini oduczyła ją tego - wychodząc z groty marzyła tylko o tym,
że zaraz przytuli Swietłanę, odda włócznię, weźmie kąpiel,
przebierze się, odzyska swój karabin i swoje życie w Acidali, a
tymczasem otwarło się przed nimi piekło pod błękitnym niebem.
Teraz
czekała na nich Luna. Księżyc wcale nie cieszył się dobrą
sławą. Czyż to nie stamtąd Hydra wysłała broń Brazylijczykom?
Hisa unikała myślenia o domu, chociaż w duchu szacowała, ile
zajmie im powrót i czy zdążą w razie czego przed kolejnym
terminem tej pokręconej sprawy z demonem i Świątynią Wstąpienia.
Myślała
też o pewnej osobie z Dzielnicy Wolności. Jak to „Ziemię
można odzyskać”?
Myślała o Charonie i o rozmowie z kom-bojami.
Myślała o swoich towarzyszach, o tym co razem przeszli i o tym, jak wyraźnie to pokazało, że nie są żadnymi partnerami, żadną drużyną. Nie pracują razem, nie działają razem, nie rozumieją się, nawet się nie lubią. I po raz pierwszy na serio myślała o tym, że pora odejść. Ale jest jeszcze kilka niezamkniętych spraw.
Myślała o swoich towarzyszach, o tym co razem przeszli i o tym, jak wyraźnie to pokazało, że nie są żadnymi partnerami, żadną drużyną. Nie pracują razem, nie działają razem, nie rozumieją się, nawet się nie lubią. I po raz pierwszy na serio myślała o tym, że pora odejść. Ale jest jeszcze kilka niezamkniętych spraw.
Przez
te kilka dni oczekiwania na prom nie próżnowała. Robiła, co
mogła, by ulżyć w cierpieniu Ataremu, który ze stoickim spokojem
cierpieniem znosił swój los. Bała się zakażenia, posuwającej
się martwicy, ale w prowizorycznej klinice na stacji lekarz fachowo
zabezpieczył kikut (choć Hisa nabrała podejrzeń graniczących z
pewnością, że ten zmęczony człowiek w pobrudzonym kitlu, nawet
jeśli studiował medycynę, nigdy jej nie ukończył). Medyk
oznajmił, że zostało nieco ścięgien – i że będzie na czym
budować (lub z czego hodować). Atara był okaleczony, blady i słaby
- ale żył. Leopold spisał się opatrując ranę. Z drugie strony
jednak to była jego wina. Szkop doskonale przecież wiedział, co
czeka w ruinach miast. Mówiła mu. Nie chciała tam zostawać, ale
on uparł się, by sprawdzić tę dziurę. Przecież był świadom,
że nie mają broni, a cokolwiek wyjdzie stamtąd, będzie chciało
ich zabić. Co go pchało w to szaleństwo? Bo tłumaczenie „chciałem
zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałem” jakoś do Hisy nie
trafiało. A co gorsza - czemu mu na to pozwoliła? Czemu go nie
przekonała, by dał spokój? Czemu potem po prostu nie odjechała?
Stwory, które ich zaatakowały, cóż... Ciągle miała pod
powiekami tę scenę, gdy potężne pazury wbijają się w ciało
Indianina i wyrywają mu ramię. Ale najgorsze było w tym wszystkim
to wzruszanie ramion Leopolda. Przecież jemu nic się nie stało.
Jego nic nie atakowało. Wardburg potrafił pięknie tworzyć ze słów
swoją rzeczywistość. Ale prawda była taka, że niepotrzebnie
naraził ich wszystkich i całą misję. Ernest został ranny, Ataru
omal nie zginął. A Leopold bielał niczym lilija.
Eberhardt był, jaki był, ale przynajmniej potrafił się czasem przyznać do
błędu. Czasem.
Gdy
dotarli do kolonii, Hisa starała się mieć oko na Ataru.
Jednocześnie niemal każą chwilę poświęcała śledztwu. Tyle
czasu zmitrężyła na Marsie, szukając zbiegów z Ziemi, materiałów
z oficjalnych i nieoficjalnych źródeł. A teraz była na miejscu i
nie mogła przepuścić okazji. Wykorzystywała zarówno swoją urodę
jak i zdolności oraz nimb bohatera, który przylgnął do niej wśród
Ziemian, by pytać, pytać, pytać. Kurcze, szkoda, że nie
mam dysku...
Teraz w promie starała się wszystko powtórzyć i uporządkować.
Najpierw całą podróż: od momentu gdy wyszli z jaskini i zobaczyli
w oddali ten szaleńczy pościg gangu za samochodem kończący się
wypadkiem. Dobiegli na miejsce akurat wtedy, gdy jeden z dwóch
napastników, którzy zostali na miejscu, odpoczywał w trawie po
gwałcie wpatrując się w krew tryskającą z gardła jego ofiary, a
drugi kończył myszkować w samochodzie, do karoserii którego
przybił przed chwilą kierowcę. Walka była krótka – jednego z
napastników udało się schwytać i ogłuszyć, gwałcicielowi
Andrew odstrzelił głowę. Nie udało się uratować człowieka zdjętego z
maski samochodu. W wozie nie znaleźli niczego ciekawego, bak był
pusty, przelali jednak do niego benzynę z jednego z motocykli
gangsterów. Zdobyli obrzyna i nóż, Andrew zabrał kuszę, która
bardzo przypadła mu do gustu. Hisa zabrała drugi motor, pusty
wrzucili na pakę i pojechali do ruin miasteczka, gdzie wymontowawszy
przydatne części, ukryli oba jednoślady, przelawszy całą
benzynę do samochodu i w międzyczasie przesłuchali to
człekopodobne zwierzę należące do „Niszczycieli Dróg”. Hisa
dawno nie widziała tak zdegenerowanej psychiki: żadnej skruchy,
żadnego współczucia, żadnego strachu.
Podczas gdy razem z Ernestem rozmontowywali motocykle (może coś się
ewentualnie przehandluje) i chowali ich resztki w ruinach, Leo
zaciągnął gdzieś tubylca, by oczywiście go „nie zabić”.
Niestety przy okazji znalazł nieszczęsną jamę, w którą z
jakiegoś powodu postanowił wleźć.
I wtedy rozległ się ten piekielny skowyt i zaatakowały ich te humanoidalne stwory. Zanim Wardburg
wygramolił się z jamy ścigany przez jednego z nich, dwa pozostałe,
wezwane przez towarzysza, zdołały wyrwać drzwi samochodu, zranić
Ernesta i nieomal zabić Ataru.
Potem… potem była ucieczka pogrążoną w głębokim mroku
autostradą, opatrywanie ran, wybór drogi, świt i
zamiana przy kierownicy.
Nad ranem dojechali do ruin miasta – długo kłócili się, co
robić, w końcu zdecydowali się rozdzielić. Andrew ( i jego nowa
miłość, kusza), Ernest i jęczący, półprzytomny Ataru zostali w
wozie. Hisa i Leo poszli na zwiad, bo trzeba było poszukać benzyny,
wody i prowiantu, a z daleka dostrzegli w mieście oznaki życia
dające jakąś nadzieję: światła, dymy ognisk. Ostrożnie weszli
w opustoszałe ulice. Znaleźli ludzi – ale ci zabarykadowani w swoich prowizorycznych
schronieniach nie palili się do kontaktu - udzielili im pomocy o
tyle, że powiedzieli, gdzie można zdobyć wodę. A przy pompie
spotkali kolejnych wędrowców, którzy zdradzili, gdzie można
kupić paliwo. I tak odbijali się od punktu do punktu, z pełną świadomością, że w każdej chwili może stać się coś, co zakończy ich podróż.
Dojechali do warownej twierdzy, w której większość broni
zamienili na paliwo.
Potem musieli nadłożyć drogi po tym, jak zauważyli coś dziwnego:
kilka samochodów stojących na poboczu szosy i grupę młodych
mężczyzn, który ustawili jakąś wielką pionową tubę, po czym
uruchomili ją i w pośpiechu odjechali polną dróżką. Z daleka
dało się wyczuć jakieś głuche dudnienie – i tu o dziwo nie było kłótni, Hisa błyskawicznie zawróciła samochodem i
dała po gazie - uciekali dobrą chwilę, nie wiedząc, przed czym
właściwie uciekają. W końcu zatrzymali się na poboczu i,
odczekawszy chwilę, wrócili tą samą drogą. Całą linię
horyzontu w miejscu, gdzie tamci zostawili dudniące urządzenie,
przecinał teraz ciemny pas: dość głęboki rów: jakby
śladem wozów przetoczyło się coś ogromnego i obłego.
Po co ci ludzie to zrobili i co podążyło ich śladem?
„Może cię tu wysadzić, Leo? Może chcesz zobaczyć coś, czego
jeszcze nie widziałeś?”
Potem spotkali stojącą na poboczu karawanę, której czoło
składało się z ogromnego, opancerzonego transportera z wygiętym w
szpic lemieszem, kilku większych ciężarówek oraz wzmocnionego
blachami autokaru pełnego kobiet i dzieci. Za nimi w sznurku
ustawiły się mniejsze samochody. Tu po raz pierwszy Hisa poczuła
coś w rodzaju ulgi – spotkali normalne osoby i zyskali pewność,
że są na dobrej drodze, bo grupa ludzi jechała handlować z
„gwiezdnymi”. Tubylcy zmieniali oponę i szykowali się na ciężką
przeprawę, bo kilkanaście kilometrów dalej „źle ludzie”
przygotowali zaporę. Ziemianie zaproponowali, by do nich dołączyć.
Uznaliśmy
to za najlepsze rozwiązanie. Ale nie negocjowaliśmy pozycji w
kolumnie i zostaliśmy ostatni. Tamci zgodzili się natomiast zabrać
naszych rannych do autobusu: przenieśliśmy Ataru, a Ernest został
z nim i miał w razie czego osłaniać pojazd. Włócznia, którą ze
sobą taszczyliśmy, została z nami w wozie.
Kolumna ruszyła w gęstej atmosferze strachu i determinacji. Andrew
robił co mógł, by trzymać się ogona, choć nasz wóz wył
chwilami, jakby zaraz miał się rozpaść. Ujechaliśmy kilkanaście
kilometrów, gdy przed nami wyrósł mur czarnego dymu.
Usłyszeliśmy huk, na moment wszystko
zwolniło, Andrew dał po hamulcu i zaraz wcisnął znów gaz, wkoło
w gęstych kłębach dymu toczyły się płonące opony
i jakieś części. Ale przejechaliśmy i znów od prędkości
zależało nasze życie. Bo wkoło pojawili się
motocykliści. Strzelali, starali się przebić nam opony,
wedrzeć się do wozu. Musieliśmy ich
odpierać, mając do dyspozycji jedynie starożytne
pukawki, które na spokojnie ładowało się kilka minut. Andrew
przechodził sam siebie za kierownicą, strzelając co jakiś czas z
kuszy i wykopując kolejnych świrów chcących dokonać
abordażu. Leo odstrzeliwywał kolejnych ze stoickim spokojem. Ja
starałam się odpychać ich w inny sposób….
Wydawało
się, że nie będzie temu końca – co pozbyliśmy się jednych,
nadciągało dwóch nowych. Napastnikom udało się przewrócić
jadący przed nami wóz i tylko cudem uniknęliśmy kolizji. A potem…
gdy pomyślałam, że gorzej być nie może... pojawiły się
samochody: z jednego strzelano do nas harpunami, drugi natomiast co
chwila miotał w naszym kierunku zapalonymi butelkami.
Wtedy
zauważyłam, że Leo bierze rozpęd, odbija się od
krawędzi burty i skacze na wóz harpunników. Nie miałam czasu na
reakcję, bo zrobiło się naprawdę gorąco, gdy jedna z zapalonych
butelek wpadła do naszego samochodu, roztrzaskując się. Płonący
gęsty płyn rozlał się po wnętrzu, wszystko zajęło się ogniem.
Co ja krzyczałam do Andrew? Co on do mnie krzyczał? Nie pamiętam.
Wzięłam
włócznię, zarzuciłam na ramię karabin i skoczyłam na samochód,
na którym walczył Leo… Jakim cudem zdołałam się chwycić kraty
z maski wozu? Jakim cudem Andrew zdołał staranować motor
przeciwników i wskoczyć na jadący przed nami wóz Ziemian? Nie
wiem… To był cud.
Zaatakowałam
strzelca z pojazdu miotającego butelki, ale w końcu przeciwnicy
odpuścili… Nie, nie był to koniec naszych kłopotów, bo akurat
wtedy nasz zdobyczny wóz koziołkował… w ostatniej chwili
chwyciłam się czegoś w środku, pamiętam lot, potem nasz samochód stanął na kołach... Wytrzymał
jednak i pomknęliśmy dalej.
Przez
warowne bramy kolonii wjechaliśmy jako część karawany. Ziemianie
zupełnie oszaleli ze szczęścia, uważali nas za bohaterów. Nie
wierzyli, że dojadą do celu, tymczasem stracili raptem jeden
wóz. Nigdy w życiu nikt mnie tak nie wyściskał, nikt tyle razy nie uścisnął mi dłoni, nie klepną w ramię...
A
prawda była taka, że... my chcieliśmy tylko wrócić na Marsa…
Potem,
odnieśliśmy Ataru do prowizorycznej przychodni (tam nie mają
nawet szpitala!), poszliśmy skontaktować się z naszą agencją i
ustalić z dowódcą stacji warunki naszego odlotu. Załatwiłam
sobie miejsce do spania i wzięłam się do pracy...
Dowiedziałam
się tylu rzeczy.
Czy
jednak... chciałam to wiedzieć…?
Na
pewno nikt tego nie opublikuje…
RANNY! Uff... Już się bałem, że Ernest nie przeżyje...
OdpowiedzUsuńWszyscy się baliśmy, że nie przeżyjemy i było bardzo blisko... :] No ale sztony są po to, by je wydawać !
OdpowiedzUsuń