niedziela, 31 marca 2019

Równowaga


Oparła się czołem o chłodną szybę, pustym  wzrokiem wpatrując się w rozmazaną plamę rozmigotanego miasta.  Przesuwające się jasne  paciorki świateł wozów i szmeterlingów, rozbłyskujące neony reklam, lampy  apartamentów i biurowców, latarni ulicznych i ozdobnych podświetleń – to wszystko zdawało się pulsować tajemniczym rytmem, którego znaczenia nie mogła uchwycić – irytowało ją to mocno, niczym wyraz, którego nie można  sobie przypomnieć, niczym twarz, której nie potrafi się przypisać do imienia. Stała tak na progu satori, ale oświecenie nie przychodziło.

Za mało whisky  — uśmiechnęła się gorzko, lecz przyzwoitość nie pozwalała jej iść po więcej.


Zamknęła oczy, napierając mocniej na szybę. To wymagałoby niezłego działa, ale dałoby się to zrobić – pomyślała, wyobrażając sobie, że między jej brwiami pojawia się mały czerwony punkcik, że szkło drży lekko i śpiewa w sekundzie, gdy śmierć składa na jej czole pocałunek.  Czy zdąży poczuć ból, zanim wszystko zgaśnie?

Nie bała się śmierci, raczej tego, że jej życie odsunęło ją od tak daleko od Świętego Drzewa, że nigdy do niego nie dotrze.
Niektórzy nie będą mieli nawet szansy rozpocząć wędrówki. Jak te dzieci szlachtowane przez sektę Amy Rowe. Zacisnęła pięści. 

Oderwała się od szyby i usiadła przy niskim stoliku w małym pokoiku obok gabinetu. Wyciągnęła wyciory, szmatki i smary, sięgnęła po karabin. Przejechała kciukiem po  kilku nowych kreskach na kolbie. Przyłożyła broń do ramienia i spojrzała przez lunetę.

… elegancka Murzynka, cała w żałobnej czerni, schyla się po coś, po czym wyprostowuje. Błyska ogień i z długiej ozdobnej fifki strzela w górę jasny dymek. Murzynka zamyka oczy zaciągając się mocniej. 
Palec miękko pokonuje delikatny opór na spuście. 
W lunecie nie widać już twarzy kobiety, tylko czerwono-białą plamę, która wykwitła na ścianie niczym makabryczna abstrakcja. 
Hisa podnosi się bez słowa i kiwa głową Ernestowi. W ciszy wsiadają do wozu i ruszają na wschód, by wrócić do miasta okrężną drogą, zacierając za sobą wszelkie ślady. Hisa włącza odtwarzacz, miękki jazz wypełnia wnętrze terenówki. 
– Jeśli masz ochotę na coś ostrzejszego…  mówi cicho  Zobacz albumy…


Japonka z namaszczeniem rozkręca karabin szepcząc modlitwę za zmarłych, błagając bogów  o przebaczenie.


Z raportu: 

„Morderstwa w CCO były związane z podejrzeniem zdrady – lub faktyczną zdradą – ludzi podległych tak zwanemu Zielonemu Królowi. Ludzie ci byli zamieszani w proceder dostarczania ciał likwidowanych na zlecenie Papy osób posiadających zdolności parapsychiczne. Ofiary, wedle opinii Króla, mogły zakłócać równowagę.  Dalsze ustalenia są, wedle mojej oceny, póki co poza zasięgiem naszych możliwości.

Interesom Zielonego Króla zagrażać miała Madame Dudotti, wiedźma, matka czarownicy zabitej na Diamosie przez Templariuszy. Przyzwała demona, którego hodowała w magazynie w lesie na Południowej Farmie (zarządzanej przez związanego z Felixem Boldwinem Terry'ego Hoopera). Wiedźma wykorzystywała Wrighta i Boldwina, by zrealizować jakieś swoje cele – obiecała Wrightowi ochronę przed Zielonym Królem, który miał być jego dawnym mentorem (Wright jednak zrezygnował z poznawania arkanów voodoo).

Demon został przez nas zlikwidowany.

Choć pewnie długo jeszcze będzie wracał w snach, w których lecę nad niekończącym się lasem, starając się wypatrzyć wśród nieprzeniknionych drzew tę poczwarną kreaturę, zanim ona rozszarpie na strzępy Ernesta.

Eberhard wykazał się tu wyjątkową odwagą.

Zagrożenie oddalono. 

Pan Wright opuścił Marsa. Chociaż bałam się, że nie okaże się zbyt rozsądnym człowiekiem. Mam nadzieję, że dobrze nas zrozumiał podczas przejażdżki do Stalowni. Swoją drogą… Ernest chyba nad sobą pracuje…

Wiem, jak brzmi ten raport. Nic na to nie poradzę. W załączniku przesyłam zdjęcia i filmy z operacji.”

Hisa zgarnia wszystkie wyciory, wyrzuca brudne szmatki i odwiesza karabin na stojak.
Wysyła Ernestowi wiadomość. „Chcesz się przewietrzyć?”

*

Promienie wschodzącego słońca z trudem przebijają się przez żaluzje.  Rozespany Atara Kechi kończy dopijać herbatę i dojada ostatniego tosta, gdy rozlega się dzwonek do  drzwi. Przez wizjer Indianin dostrzega  czarnoskórego mężczyznę w kombinezonie CCO.  Za nim na wózku stoi spory plastikowy kontener.
  Przesyłka dla pana Bruce’a Gillmora, raczy pan pokwitować odbiór?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz