Oparła się czołem o chłodną szybę,
pustym wzrokiem wpatrując się w
rozmazaną plamę rozmigotanego miasta.
Przesuwające się jasne paciorki świateł
wozów i szmeterlingów, rozbłyskujące neony reklam, lampy apartamentów i biurowców, latarni ulicznych i
ozdobnych podświetleń – to wszystko zdawało się pulsować tajemniczym rytmem,
którego znaczenia nie mogła uchwycić – irytowało ją to mocno, niczym wyraz,
którego nie można sobie przypomnieć,
niczym twarz, której nie potrafi się przypisać do imienia. Stała tak na progu
satori, ale oświecenie nie przychodziło.
Za mało whisky — uśmiechnęła się gorzko, lecz przyzwoitość nie pozwalała jej iść po więcej.
Zamknęła oczy, napierając mocniej na
szybę. To wymagałoby niezłego działa, ale dałoby się to zrobić – pomyślała,
wyobrażając sobie, że między jej brwiami pojawia się mały czerwony punkcik, że szkło drży lekko i śpiewa w sekundzie, gdy śmierć składa na jej czole pocałunek.
Czy
zdąży poczuć ból, zanim wszystko zgaśnie?
Nie bała się śmierci, raczej tego, że
jej życie odsunęło ją od tak
daleko od Świętego Drzewa, że nigdy do niego nie dotrze.
Niektórzy nie będą mieli nawet
szansy rozpocząć wędrówki. Jak te dzieci szlachtowane przez sektę Amy Rowe. Zacisnęła pięści.
Oderwała się od
szyby i usiadła przy niskim stoliku w małym pokoiku obok gabinetu. Wyciągnęła
wyciory, szmatki i smary, sięgnęła po karabin. Przejechała kciukiem po kilku nowych kreskach na kolbie. Przyłożyła
broń do ramienia i spojrzała przez lunetę.
… elegancka Murzynka, cała w żałobnej czerni, schyla
się po coś, po czym wyprostowuje. Błyska ogień i z długiej ozdobnej fifki
strzela w górę jasny dymek. Murzynka zamyka oczy zaciągając się mocniej.
Palec miękko pokonuje delikatny opór na spuście.
W lunecie nie widać już twarzy kobiety, tylko czerwono-białą plamę, która wykwitła na ścianie niczym makabryczna abstrakcja.
Palec miękko pokonuje delikatny opór na spuście.
W lunecie nie widać już twarzy kobiety, tylko czerwono-białą plamę, która wykwitła na ścianie niczym makabryczna abstrakcja.
Hisa podnosi się bez słowa i kiwa głową Ernestowi. W
ciszy wsiadają do wozu i ruszają na wschód, by wrócić do miasta okrężną drogą,
zacierając za sobą wszelkie ślady. Hisa włącza odtwarzacz, miękki jazz wypełnia
wnętrze terenówki.
– Jeśli masz ochotę na coś ostrzejszego… – mówi cicho – Zobacz albumy…
– Jeśli masz ochotę na coś ostrzejszego… – mówi cicho – Zobacz albumy…
Japonka z namaszczeniem rozkręca
karabin szepcząc modlitwę za zmarłych, błagając bogów o przebaczenie.
Z raportu:
„Morderstwa w CCO były związane z podejrzeniem zdrady – lub faktyczną zdradą – ludzi podległych tak zwanemu Zielonemu Królowi. Ludzie ci byli zamieszani w proceder dostarczania ciał likwidowanych na zlecenie Papy osób posiadających zdolności parapsychiczne. Ofiary, wedle opinii Króla, mogły zakłócać równowagę. Dalsze ustalenia są, wedle mojej oceny, póki co poza zasięgiem naszych możliwości.
„Morderstwa w CCO były związane z podejrzeniem zdrady – lub faktyczną zdradą – ludzi podległych tak zwanemu Zielonemu Królowi. Ludzie ci byli zamieszani w proceder dostarczania ciał likwidowanych na zlecenie Papy osób posiadających zdolności parapsychiczne. Ofiary, wedle opinii Króla, mogły zakłócać równowagę. Dalsze ustalenia są, wedle mojej oceny, póki co poza zasięgiem naszych możliwości.
Interesom Zielonego
Króla zagrażać miała Madame Dudotti, wiedźma, matka czarownicy zabitej na
Diamosie przez Templariuszy. Przyzwała demona, którego hodowała w magazynie w
lesie na Południowej Farmie (zarządzanej przez związanego z Felixem Boldwinem Terry'ego
Hoopera). Wiedźma wykorzystywała Wrighta i Boldwina, by zrealizować jakieś swoje
cele – obiecała Wrightowi ochronę przed Zielonym Królem, który miał być jego dawnym
mentorem (Wright jednak zrezygnował z poznawania arkanów voodoo).
Demon został przez
nas zlikwidowany.
Choć pewnie długo jeszcze będzie wracał w
snach, w których lecę nad niekończącym się lasem, starając się wypatrzyć wśród nieprzeniknionych
drzew tę poczwarną kreaturę, zanim ona rozszarpie na strzępy Ernesta.
Eberhard wykazał się
tu wyjątkową odwagą.
Zagrożenie oddalono.
Pan Wright opuścił
Marsa. Chociaż
bałam się, że nie okaże się zbyt rozsądnym człowiekiem. Mam nadzieję, że dobrze
nas zrozumiał podczas przejażdżki do Stalowni. Swoją drogą… Ernest chyba nad
sobą pracuje…
Wiem, jak brzmi ten
raport. Nic na to nie poradzę. W załączniku przesyłam zdjęcia i filmy z
operacji.”
Hisa zgarnia wszystkie wyciory,
wyrzuca brudne szmatki i odwiesza karabin na stojak.
Wysyła Ernestowi wiadomość. „Chcesz
się przewietrzyć?”
*
Promienie wschodzącego słońca z trudem
przebijają się przez żaluzje. Rozespany
Atara Kechi kończy dopijać herbatę i dojada ostatniego tosta, gdy rozlega się
dzwonek do drzwi. Przez wizjer Indianin
dostrzega czarnoskórego mężczyznę w
kombinezonie CCO. Za nim na wózku stoi
spory plastikowy kontener.
— Przesyłka dla pana Bruce’a Gillmora,
raczy pan pokwitować odbiór?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz