piątek, 31 sierpnia 2018

Knocking on Haeven's Door (Dzień 32)

Szklane oczy mutanta wpatrują się beznamiętnie w zgromadzonych w gabinecie Leopolda ludzi. Hisa, opierając się o ścianę, z przygnębieniem czyta protokół przesłuchania.
- Donosił im o wszystkim… Weresznikow, android, sprawa chłopaka… Za każdym razem wiedzieli, nad czym pracujemy? Mam nadzieję, że Kozma jest bezpieczna… Co z nim robimy…?
- Warto by go teraz wykorzystać i spróbować coś na tym ugrać. - Leo spogląda za okno, pocierając dłonią brodę. - Trzeba wymyślić jakąś prowokację, by zwabić Geparda.
Nina Evans studiuje coś na swoim tablecie.
- Tylko jak to zrobić wiarygodnie? Wcześniej on tylko meldował, to oni się z nim umawiali na spotkanie.
Andrew wzruszył ramionami.
- Cokolwiek. Byle szybko. Niebawem się przecież połapią.
Gdzie jest Ernest? Chyba nie pakuje się w jakieś…
Zapada ciężkie milczenie.
- Dobrze, póki co mamy chyba mały pat, a ja muszę jeszcze porozmawiać ze studenciakami. Jeśli coś wymyślicie, natychmiast mnie zawiadomcie. - Hisa zaciska palce lewej dłoni.
- Po co chcesz tam jechać? - pyta Leo.
- Bo chcę od nich wyciągnąć, co jest grane z tą świątynią i jaką rolę odgrywa Barbara.
- Moim zdaniem to strata czasu.
Czy on zawsze musi zakładać, że wie wszystko najlepiej?
- A według mnie trzeba to zrobić, by się przekonać. I to szybko, bo i tak straciliśmy sporo czasu. A w centrum cośjest.
Hisa obraca się w stronę drzwi, gdy te nagle się otwierają i do gabinetu nieomal wbiega księgowa Imamura.
- Był… był atak na magazyny pana Celeriariego.
Hisa zamiera wpół kroku, rzuca spojrzenie Leopoldowi.
- I?
- Atak został odparty, ale straciliśmy dwudziestu ludzi, a wielu jest rannych.
- A tamci?
- Podobne straty… Trzech napastników przeżyło, są w stanie krytycznym w szpitalu.
- To byli Brazylijczycy?
- Nie wiadomo jeszcze, kim byli.
- Mamy tam jechać?
- Nie – przerywa Nina – macie poczekać, trwa namierzanie innych nadajników podłączonych do częstotliwości Zam Wesley.
- Zatem czekamy.
- To idę po kawę.
Wychodząc z gabinetu Hisa czuje delikatną wibrację komunikatora.
- Pani Tamura? Tu Marry Osbuorn, dzwonię z rektoratu. Była pani u nas ostatnio.
Japonka wyczuwa w głosie kobiety zdenerwowanie. Tak, byłam, wspaniale się nam współpracowało...
- Coś się stało?
- Właściwie to nie powinnam była dzwonić, ale wtedy mówiła pani o zaginionych ludziach, znikających studentach i niebezpieczeństwie i tylko dlatego postanowiłam powiedzieć pani, że jedna z naszych studentek, Caterine Armstead przed chwilką wysłała nam wiadomość o rezygnacji ze studiów.
- To ta cheerleaderka? Członkini Alfy-Lambdy?
- Tak. Nie miała żadnych problemów z nauką.
- Może nam pani podać jej adres?
- Niestety nie. I tak za wiele już powiedziałam. Przykro mi.
Połączenie zostaje zerwane, Hisa wzdycha ciężko, a potem idzie po kawę. Podwójne espresso, to będzie ciężki wieczór… Gdy wraca do gabinetu Leopolda, panuje w nim małe poruszenie.
- Wygląda to tak – Nina wyświetla na tablecie mapę Acidali – Namierzono sześć nadajników działających na interesującej nas częstotliwości. Wszystkie znajdują się w najniższej części Dzielnicy Stalowej, właściwie na granicy z Południową. Mamy dokładne namiary, plus minus sześć metrów. Możemy zrobić prowokację, zająć któryś z punktów, a potem wysłać od nas wiadomość, że znaleźliście go i chcecie tam jechać. A tymczasem już tam będziecie.
- Dobrze.
- Pakujemy się do furgonu. Zaczynamy za 10 minut. - zarządził Leo.
Hisa w pośpiechu łyka kawę i wzywa Tokugawę. Musi przenieść sprzęt z samochodu.

***
No dalej…!
Pani detektyw leży na dachu, czując, że pas pancerza gniecie ją niemiłosiernie.
Nikt nie projektował go do spania…
Patrzy na sąsiedni dach i klnie w myślach w swoim ojczystym języku, bo z wieżowca, na który się wspięła, byłby doskonały widok, gdyby nie ustawione na obserwowanym budynku blaszaki. I teraz nie widzi niczego, poza smużką dymu, ale postanawia jeszcze poczekać. Pozostałe bloki są zbyt niskie, a na ich dachach koczuje sporo osób. Zejście i wspinaczka na miejsce, do którego zdążał obserwowany cel, zajęłoby zbyt wiele czasu. Poza tym – tłoczno tam.

Rozdzielili się w tkacie rekonesansu. Hisa i Andrew poszli sprawdzić, jak wygląda sytuacja, ale próbę rozpoznania przerwało wyjście z obserwowanego budynku opancerzonej osoby w towarzystwie czterech najprawdopodobniej dronów. Leo, który czekał w pancerzu ruszył za nimi razem z Andrew. Hisa musiała wracać do furgonu po ciężki sprzęt. Nim dojechali na miejsce, Leo meldował, że wchodzi za ściganą na dach po drabinie rozciągniętej między budynkami. A Andrew czekał niżej.
- Cholera, jest tu ich więcej, obok tej ... kobiety? stoją dwaj inni: w średnim i lekkim pancerzu. Nieźle uzbrojeni. Otwierają jeden z blaszaków… Scheiße ! Mają tam sporego schmetterlinga .
- Ewakuują się czy ruszają na akcję? A jeśli chcą zaatakować magazyny…?
- Spokojnie, towar jest już zabezpieczony – głos Niny uspokaja Hisę.
- Zdejmę go!- zadecydował Leo.
Nie było błysku, ale po chwili rozległ się huk i zza blaszaka wystrzeliła w górę strużka dymu.
- Latacz uszkodzony.
- Zaczyna się jatka…

Faktycznie Hisa słyszy urywane, przekleństwa, czasem huk wystrzału. Ale nic nie widzi. Od jej strony nic się nie dzieje.
No… dalej!
I w końcu w zasięgu wzroku pojawia się postać. Leo. Biegnie wzdłuż blaszaka.
- Ścigam Geparda. Ma maskowanie, ale detektor ją łapie.
Wtedy nagle pojawia się błysk. Ściana i kawałek dachu rozbryzgują się tuż przy Leopoldzie.
- Ktoś strzela do mnie.
Hisa szacuje, z którego miejsca mogły paść strzały. Przez chwilę nie może niczego znaleźć, ale potem jej uwagę przyciąga ciemny punkt na dachu odległego o jakieś dwieście metrów budynku. Zerka przez celownik.
-Mam go.
Skupia się, mierząc uważnie. Strzał. Strzał. Snajper znika z pola widzenia.
- Trafienie, ale nie wiem na ile skuteczne...
- Kurwa, ściga mnie! – krzyczy Andrew.- Ja pierd…
A potem trzask.
-Andrew? Andrew? – Hisa wypatruje go na dachu.- Co jest?

W momencie unieszkodliwienia samolotu Andrew kucał przy gzymsie dachu niższego budynku i obserwował Leopolda tkwiącego na drabinie prowadzącej na sąsiedni wieżowiec, na którym zniknęła śledzona przez nich postać. Czuł się jak człowiek z dowcipu, który przyszedł z nożami na strzelaninę.
I kiedy parę sekund po strzale Niemca zobaczył skaczącego z gzymsu mężczyznę w pancerzu, zdążył tylko pomyśleć, że jest w najczarniejszej z czarnych dup. Postawna postać korzystała z plecaka do skoków i w ułamku sekundy znalazła się po jego stronie ulicy. Stanęła na gzymsie i wbiła wzrok w skulonego detektywa w kamizelce kuloodpornej z niepozornym pistolecikiem. Przeciwnik miał kask, ale Andrew przysiągłby, że widział rozlewający się za szybką hełmu uśmiech. Opancerzony człowiek, który już sięgał po dwa pistolety, ostatecznie zdecydował się tylko na jeden.
Andrew jednak nie miał zamiaru czekać na rozwój wypadków, odbił się błyskawicznie i lekko klucząc pędził co tchu w stronę pobliskich drzwi wiodących na schody wewnętrzne. Nie był zresztą jedynym biegnącym, bo kilka osób z koczujących na dachu biedaków, widząc co się święci, też zapragnęło jak najszybciej opuścić dach. Andrew usłyszał salwę z pistoletu, kawałek murku rozprysnął się tuż przy nim, gdy wbiegał w wąskie drzwi, jednak żadna kula go nie dosięgnęła. Zatrzymał się na półpiętrze gotowy do strzału. Ale przeciwnik nie zjawiał się. Najprawdopodobniej uznał, że Andrew nie stanowił żadnego zagrożenia i że podjął jedyną rozsądną decyzję – uciekł.
Andrew odczekał, aż przez drzwi przeleje się fala uciekających ludzi i postanowił wrócić.
Leo zaraz po strzale wszedł na dach i ukrył się za rogiem metalowej rudery – a przeciwnicy gorączkowo szukali teraz tego, który uszkodził ich pojazd.
Andrew, nie widząc nikogo na sąsiednim budynku, wspiął się prędko po drabince, przylgnął do ściany blaszaka i zaczął ostrożnie i cicho sunąć wzdłuż ściany. Wyjrzał zza rogu i dostrzegł otwarte drzwi magazynu, uszkodzony samolocik i stojącego tyłem przeciwnika, który wypatrywał czegoś na sąsiednim dachu.
Najszybciej i najciszej jak umiał, podkradł się do niego.
Tłumik wygłuszył salwę. Rozbryzgnęły się blachy pancerza, a betonowy dach zrosiła krew.
- Nigdy nie lekceważ przeciwnika – mruknął Andrew do upadającego.

Mija dłuższa chwila, wypełniona trzaskami w słuchawce, nim rozlega się głos Greka:
- Dobra, zdjąłem go. Idę do ciebie Leo.
Niemiec tymczasem znika z pola widzenia Hisy, włączając maskowanie. Przez chwilę nie wiadomo, co się z nim dzieje, choć momentami Japonka ma wrażenie, że dostrzega na dachu falujące kształty.
-Dobra… dopadłem Gepard…- to głos Leopolda. – Dostała z ogłuszacza. Hakuję jej pancerz…
-Na dachu jest drugi. - krzyczy Andrew - Kurwa, duży. O ja pierdolę… Ściga mnie.
Hisa widzi, jak Andrew wybiega zza blaszaka - gdy tylko dopada do rogu i skręca, z tyłu wyłania się postawna postać w ciężkim pancerzu. Wróg ma granatnik i karabin, Andrew trzyma swój pistolet maszynowy, a na sobie tylko kamizelkę AP. Hisa czuje uderzenie gorąca, opanowuje jednak emocje i przykłada oko do lunety. Mierzy uważnie
- Nadlatuje coś. Może lepiej będzie włączyć zagłuszanie? – ostrzega Nina.
- Zgoda.
- Tak.
- Dobra.
Niemal w tym samym momencie Hisa widzi rozwijającą się w powietrzu smużkę dymu, po czym niewielka rakieta trafia w dach, na którym byli Leo i Andrew. Jeden z blaszaków rozpada się, dym zasłania widok. Słychać urwane krzyki Greka.
- Jestem cały – melduje Leopold –  Co z Andrew?
- Andrew? Andrew? Co jest?
Komunikatory milkną nagle.
Dym na dachu rozwiewa się i Hisa dostrzega znów mężczyznę w pancerzu. Jest gotowa do strzału - delikatnie pociąga spust. Trafiony serią przeciwnik chwieje się się na krawędzi, po czym znika za nią. Osiem pięter powinno dokończyć dzieła.
Zdjęty. Ilu ich tu jeszcze jest?
Silnik samolociku znów szumi jej nad głową. Hisa mierzy w niego, ale wokół – na dachach i na ulicach jest zbyt wielu ludzi. Jeśli go zestrzeli, pociągnie to za sobą ofiary. Odpuszcza więc, a latacz znika za budynkiem.
 
Hisa rozgląda się uważnie, chcąc wypatrzyć wroga. Przez moment nic się nie dzieje, ale po chwili dostrzega świetlistą smugę i jednocześnie słyszy pod sobą dźwięk kruszącego się betonu. Ktoś strzelał. Wychyla się ostrożnie i widzi piętro niżej człowieka w pancerzu, który wspina się po drabince pożarowej. W ręku trzyma granat. Przez jedno ramię ma przewieszoną strzelbę. Przez drugie…
Co on ma w torbie? To… ładunki?!
Na asteroidach kopalnianych Nie ma jednak czasu na dywagacje, bo nad Hisą zawisa schmetterling, ustawiając się do strzału, i zaraz potem detektyw słyszy gwizd odpalonej rakiety. W ułamku sekundy podejmuje decyzję i błyskawicznie zeskakuje piętro niżej na schody pożarowe, mając nadzieję, że spadnie na człowieka w pancerzu i że pocisk nie ma zbyt dużej mocy. Podmuch eksplozji spycha ją jednak i pani detektyw nie trafia w uzbrojonego mężczyznę - ale szczęśliwie udaje jej się wylądować na krawędzi balkoniku. Zapiera się tuż przed końcem metalowej platformy i rusza na wroga, który wpadł chyba na podobny pomysł. Hisa chce go powalić, ten zaś chce zepchnąć ją z balkoniku razem z granatem EMP - najwyraźniej liczy, że dziewczyna spadnie, a impuls elektromagnetyczny wyłączy jej wszystkie systemy pancerza, w tym ewentualnego jet-packa. Nie przewidział jednak, że przeciwniczka zdołała jakoś ustać i teraz granat wybucha między nimi. Konsole pancerzy gasną.
Czas zwalnia.



Zza gzymsu dachu wylatuje schmetterling, ale w tym samym momencie targa nim szarpnięcie - pojazd spada, kręcąc młynka w kłębach dymu między budynkami i zrywając schody przeciwpożarowe. Leo nie miał widać skrupułów.

Balkonik trzeszczy i obsuwa się lekko, Hisa z trudem podnosi karabin i pociąga za spust w tym samym momencie co przeciwnik. Japonka czuje szarpnięcia i dziwne nieprzyjemne ciepło rozchodzące się po nodze, które zmienia się nagle w palący ból. Zamroczona widzi tylko, jak mężczyzna, który chyba uniknął pocisków, znika pod balkonem, słyszy brzdęk tłuczonego szkła, gdy ten z impetem wykopuje okno piętro niżej. Sama chwieje się na nogach, pancerz staje się niemiłosiernie ciężki.
Hisa zerka w dół, widzi wyryty w asfalt płonący samolocik i biegających w panice ludzi.
Dostrzega też Greka, który kuśtyka wzdłuż ściany z granatnikiem w ręku. Andrew nie widzi, że z wraku w kłębach dymu wynurza się postać. Hisa błyskawicznie składa się do strzału, celuje w pilota i kosi go serią. A potem podnosi wzrok i widzi nad dachem sąsiedniego budynku dwa drony. Jeden z nich spada nagle, co świadczy o tym, że Leo wciąż gdzieś tam jest. Hisa zdejmuje drugiego, po czym opiera się o ścianę, zaciskając zęby.
Próbuje resetować systemy i pancerz powoli budzi się do życia.
Najpierw siłowniki. Inaczej się nie ruszę.
Czeka na up kolejnych modułów. Jednocześnie wyłapuje z dołu podejrzane dźwięki.
Japonka czuje, jak zamiera jej serce.
Wysadzi blok. Zabije ją i wszystkich mieszkańców innych.
Próbuje sięgnąć go umysłem, ale ból nie pozwala jej się skupić, a odległość czyni plan niewykonalnym.
Co robić? Próbować negocjować? Szaleństwo. Zakraść się? Tu mogą liczyć się sekundy.
Włączyć w następnej kolejności Auto-doctora i odciąć się od bólu? Czy raczej przyspieszacze, by móc działać?
Decyduje się na przyspieszacze: na bieg i ostrzał. Może go zdejmie. Może przebije się na niższe piętro? Może terrorysta nie uruchomił jeszcze detonatorów?
Liczy do trzech i wbiega drzwiami na korytarz - po lewej są serpentynowe schody, więc zbiega nimi, ściskając karabin. Piętro niżej widzi mężczyznę w pancerzu, który stoi złożony do strzału. Pruje do niego z serii, lecz raczej bezskutecznie. Czuje za to kolejne uderzenia i straszliwy ból rozlewający się po ciele. Utrzymuje się jednak na nogach i z impetem biegnie dalej, w dół, po kręcących się schodach.
Ściga mnie?
Kolejne piętro. I kolejne. Ma wrażenie, że pancerz robi się w środku mokry i śliski.
A potem słyszy trzask. Wróciła komunikacja.
- Hisa?
- Za... zaminował budynek…
- Kto? Który?
- Budynek.. Andrew... szedł wzdłuż niego…
- Jestem przy vanie. - melduje Grek.
- Hisa, zaraz u ciebie będę. Zostawiam Gepard w samochodzie. Uważaj na nią Andrew.
- Ta. Mam granatnik.
- Leo…on podłożył… tyle ładunków. - Hisa opiera się o ścianę.
- Trzeba je rozbroić.
- Nie znam się na tym…
- Ani ja. Ale spróbuję, czekaj.
- Widzę postać wyskakującą z siódmego piętra na zwalone schodki, które teraz opierają się o sąsiedni budynek. Ma dużą torbę. - melduje Nina.
- To on…. To są...
- Na którym piętrze jesteś Hisa?
- Na piątym…? Chyba?
- Ścigaj go, ja pobiegnę na górę.
-Nie... Leo, słuchaj, ja... nie dam rady. Jestem ranna. Spróbuję wrócić na górę i coś z tym zrobić, zanim…
I tak już chyba nie żyję...
- Hisa…
Nagle słychać kolejny trzask, włącza się Auto-doktor i dziewczyna czuje nagle zimno i złudną błogość. Zmysły się wyostrzają, przybywa sił.
Ale w tym momencie rozlega się potworny huk, eksplozja wstrząsa wieżowcem, Hisa widzi szerokie pęknięcia rysujące się głęboko na ścianach i filarach konstrukcji budynku. Bierze wdech, wybija najbliższe drzwi i krzyczy do mieszkańców, by uciekali. Wyskakuje przez okno piątego piętra w tym samy momencie, w którym budynek zaczyna składać się niczym harmonijka. Ląduje twardo, słysząc kolejne sygnały Auto-doktora, turla się i obija, a potem stara się, kuśtykając, biec dalej, biec i biec, by uciec z deszczu pyłu, potężnych odłamków, wrzasków i śmierci.
Mija dłuższa chwila. Gdy w końcu kurz nieco opada, wygrzebuje się z gruzu i sunie w kierunku, w którym, jak się jej wydaje, zaparkowany był ich van. Ulica jest nie do poznania – to jedno wielkie siwe rumowisko. Przyzywa Tokugawę.
- Nie… nie, kurwa NIE! - słyszy krzyk Andrew.
Widzi zmiażdżony wóz przysypany odłamkami i biegającego wkoło niego umazanego pyłem kolegę.
- Co jest? – słyszy w komunikatorze głos Niemca. – Ech. Straciłem go z oczu.
- Gepard… zwiała...
- Jak to zwiała?!
- Leżała tu nieprzytomna, po eksplozji poszedłem zerknąć, co z kierowcą, a kiedy wróciłem, już jej nie było.
- Verfluchte Scheiße!!!

We mgle, w gruzach, w pyle, wśród ludzkiego płaczu, krzyków i złorzeczeń poszukiwania kobiety w maskowaniu wydają się zupełnie beznadziejne. Mimo to Leo i Andrew miotają się chwilę bezsilnie po okolicy.

- Zaraz będzie tu policja - melduje Nina. - Jeśli dotrzecie na dach któregoś z wieżowców, wciągniemy Was na pokład.
Leo podaje numer budynku.
Teraz ostatni wysiłek – wspinaczka.

***

Szum silników wycieczkowca jest monotonny i usypiający.
Hisa leży na podłodze w ambulatorium w kałuży krwi obok podziurawionego pancerza i wpatruje się niewidzącym wzrokiem w sufit, gdy mechaniczne ramiona wyrastające z karku Tokugawy tańczą gorączkowo, by nie dać jej umrzeć.

Leo z ponurą miną siedzi przy barze obok zamyślonej Niny. Andrew, opatrzony w ambulatorium, nie ma ochoty na rozmowę.

W dole, coraz dalej, widać unoszący się dym, słychać wycie syren.

To cud, że żyjemy, że pokrzyżowaliśmy ich plany, a mimo to… ten sukcesik smakuje tak gorzko…

* * *

- Będzie mogła pani wyjść za trzy dni.
- Trzy dni…
- Tak, ale przez tydzień trzeba jeszcze przyjmować tabletki przyspieszające zrastanie się tkanek i antybiotyki. I potem do kontroli.

Hisa czuje wyraźnie, że podobna się temu młodemu lekarzowi, który zagląda do niej zdecydowanie częściej niż do innych pacjentów.
- Przynajmniej ktoś mnie odwiedza – myśli cierpko Japonka, chociaż to zainteresowanie łechce jej próżność, bo przecież leży tam w szerokiej szpitalnej koszuli, poobijana, połatana, obrzęknięta i zmęczona. Pozawala jej to też nie myśleć za wiele. Nie chce analizować po raz tysięczny krok po kroku tego, co się stało, tego, co mogło się stać, tego, jak można było zrobić inaczej, lepiej. Jak ich ocalić. Jak nie zgubić Geparda.
Miota się między rezygnacją, złością i depresją. W końcu jednak odpuszcza. Planuje, że po wyjściu ze szpitala chociaż przez jeden dzień poświęci na coś miłego. I że odwiedzi chram w Centrum Japońskim. Bóstwom należy się podziękowanie.
A potem… Może pora przyjąć dziedzictwo. Tyle czasu to odkładała. A jutra może już nie być.


-Ta ręka… Słaba robota. - lekarz notuje coś na tablecie.
- Wie pan, ciężko o jakąś finezję w kolonii górniczej. Dobrze, że chociaż powleczono to skórą. - uśmiecha się zażenowana. Boli ją, że to zobaczył.
Łapiduch kiwa głową ze zrozumieniem. Hisa czuje jego zmęczenie. Ostry dyżur nie ustaje, bo do Szpitala Centralnego przyjęto część pacjentów odesłanych ze Stalowni. Fatalne przypadki, niekończący się potok osób poparzonych, okaleczonych, połamanych i rannych. W tym dzieci.

Gdy drugiego dnia rano lekarz przyniósł Japonce poranną gazetę, przypisał szokowi pourazowemu jej nerwowy śmiech, który rozległ się, gdy dziewczyna na pierwszej stronie ujrzała obszerny artykuł o wybuchu instalacji wodociągowej w Stalowni - o inspekcji budowlanej, o grzywnach dla dyspozytorów i o wzmożonych kontrolach.
Przecież tyle osób widziało walkę, strącony samolot, trupy w pancerzach… Wmówią im teraz, że to była awaria, a z twierdzących inaczej zrobią wariatów. Zmontują uczone filmiki obrazujące, jak doszło do katastrofy. Znajdą winnych i jakieś pionki odsiedzą swoje. Ale może i lepiej… Może i lepiej...

- Ostatnio jakiś sezon na strzelaniny chyba tu mamy – mówi lekarz, a zachęcony lekko przez Hisę dodaje, że niedaleko leżą pilnowani przez policjantów terroryści, którzy napadli na jakieś magazyny i sporo ochroniarzy z drużyny pana Cereriarego.
- Mieliśmy też przypadek kolesia z odstrzelonymi cohones.

- Mam wrażenie, że pana praca jest ciekawsza niż moja – Hisa uśmiecha się uprzejmie.
- Nie narzekam na nudę. Tylko jakoś ostatnio mało czasu... na życie…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz