Szklane oczy mutanta wpatrują się beznamiętnie w zgromadzonych w
gabinecie Leopolda ludzi. Hisa, opierając się o ścianę, z
przygnębieniem czyta protokół przesłuchania.
-
Donosił im o wszystkim… Weresznikow, android, sprawa chłopaka…
Za każdym razem wiedzieli, nad czym pracujemy? Mam nadzieję, że
Kozma jest bezpieczna… Co z nim robimy…?
-
Warto by go teraz wykorzystać i spróbować coś na tym ugrać. -
Leo spogląda za okno, pocierając dłonią brodę. - Trzeba wymyślić
jakąś prowokację, by zwabić Geparda.
Nina
Evans studiuje coś na swoim tablecie.
-
Tylko jak to zrobić wiarygodnie? Wcześniej on tylko meldował, to
oni się z nim umawiali na spotkanie.
Andrew
wzruszył ramionami.
-
Cokolwiek. Byle szybko. Niebawem się przecież połapią.
Gdzie
jest Ernest? Chyba nie pakuje się w jakieś…
Zapada ciężkie milczenie.
-
Dobrze, póki co mamy chyba mały pat, a ja muszę jeszcze
porozmawiać ze studenciakami. Jeśli coś wymyślicie, natychmiast
mnie zawiadomcie. - Hisa zaciska palce lewej dłoni.
- Po
co chcesz tam jechać? - pyta Leo.
- Bo
chcę od nich wyciągnąć, co jest grane z tą świątynią i jaką
rolę odgrywa Barbara.
-
Moim zdaniem to strata czasu.
Czy
on zawsze musi zakładać, że wie wszystko najlepiej?
- A
według mnie trzeba to zrobić, by się przekonać. I to szybko, bo i
tak straciliśmy sporo czasu. A w centrum coś…jest.
Hisa
obraca się w stronę drzwi, gdy te nagle się otwierają i do
gabinetu nieomal wbiega księgowa Imamura.
-
Był… był atak na magazyny pana Celeriariego.
Hisa
zamiera wpół kroku, rzuca spojrzenie Leopoldowi.
- I?
-
Atak został odparty, ale straciliśmy dwudziestu ludzi, a wielu jest
rannych.
- A
tamci?
-
Podobne straty… Trzech napastników przeżyło, są w stanie
krytycznym w szpitalu.
- To
byli Brazylijczycy?
-
Nie wiadomo jeszcze, kim byli.
-
Mamy tam jechać?
-
Nie – przerywa Nina – macie poczekać, trwa namierzanie innych
nadajników podłączonych do częstotliwości Zam Wesley.
-
Zatem czekamy.
- To
idę po kawę.
Wychodząc
z gabinetu Hisa czuje delikatną wibrację komunikatora.
-
Pani Tamura? Tu Marry Osbuorn, dzwonię z rektoratu. Była pani u nas
ostatnio.
Japonka
wyczuwa w głosie kobiety zdenerwowanie. Tak, byłam, wspaniale
się nam współpracowało...
-
Coś się stało?
-
Właściwie to nie powinnam była dzwonić, ale wtedy mówiła pani o
zaginionych ludziach, znikających studentach i niebezpieczeństwie i
tylko dlatego postanowiłam powiedzieć pani, że jedna z naszych
studentek, Caterine
Armstead
przed chwilką wysłała nam wiadomość o rezygnacji ze
studiów.
- To
ta cheerleaderka? Członkini Alfy-Lambdy?
-
Tak. Nie miała żadnych problemów z nauką.
-
Może nam pani podać jej adres?
-
Niestety nie. I tak za wiele już powiedziałam. Przykro mi.
Połączenie
zostaje zerwane, Hisa wzdycha ciężko, a potem idzie po kawę.
Podwójne espresso, to będzie ciężki wieczór… Gdy wraca
do gabinetu Leopolda, panuje w nim małe poruszenie.
-
Wygląda to tak – Nina wyświetla na tablecie mapę Acidali –
Namierzono sześć nadajników działających na interesującej nas
częstotliwości. Wszystkie znajdują się w najniższej części
Dzielnicy Stalowej, właściwie na granicy z Południową. Mamy
dokładne namiary, plus minus sześć metrów. Możemy zrobić
prowokację, zająć któryś z punktów, a potem wysłać od nas
wiadomość, że znaleźliście go i chcecie tam jechać. A tymczasem
już tam będziecie.
-
Dobrze.
-
Pakujemy się do furgonu. Zaczynamy za 10 minut. - zarządził Leo.
Hisa
w pośpiechu łyka kawę i wzywa Tokugawę. Musi przenieść sprzęt
z samochodu.
***
No
dalej…!
Pani
detektyw leży na dachu, czując, że pas pancerza gniecie ją
niemiłosiernie.
Nikt
nie projektował go do spania…
Patrzy
na sąsiedni dach i klnie w myślach w swoim ojczystym języku, bo z
wieżowca, na który się wspięła, byłby doskonały widok, gdyby
nie ustawione na obserwowanym budynku blaszaki. I teraz nie widzi
niczego, poza smużką dymu, ale postanawia jeszcze poczekać.
Pozostałe bloki są zbyt niskie, a na ich dachach koczuje sporo
osób. Zejście i wspinaczka na miejsce, do którego zdążał
obserwowany cel, zajęłoby zbyt wiele czasu. Poza tym – tłoczno
tam.
Rozdzielili
się w tkacie rekonesansu. Hisa i Andrew poszli sprawdzić, jak
wygląda sytuacja, ale próbę rozpoznania przerwało wyjście z
obserwowanego budynku opancerzonej osoby w towarzystwie czterech
najprawdopodobniej dronów. Leo, który czekał w pancerzu ruszył za
nimi razem z Andrew. Hisa musiała wracać do furgonu po ciężki
sprzęt. Nim dojechali na miejsce, Leo meldował, że wchodzi za
ściganą na dach po drabinie rozciągniętej między budynkami. A
Andrew czekał niżej.
-
Cholera, jest tu ich więcej, obok tej ... kobiety? stoją dwaj inni:
w średnim i lekkim pancerzu. Nieźle uzbrojeni. Otwierają
jeden z blaszaków… Scheiße
! Mają
tam sporego
schmetterlinga
.
-
Ewakuują się czy ruszają na akcję? A jeśli chcą zaatakować
magazyny…?
-
Spokojnie, towar jest już zabezpieczony – głos Niny uspokaja
Hisę.
-
Zdejmę go!- zadecydował Leo.
Nie
było błysku, ale po chwili rozległ się huk i zza blaszaka
wystrzeliła w górę strużka dymu.
-
Latacz uszkodzony.
-
Zaczyna się jatka…
Faktycznie
Hisa słyszy urywane, przekleństwa, czasem huk wystrzału. Ale nic
nie widzi. Od jej strony nic się nie dzieje.
No…
dalej!
I w
końcu w zasięgu wzroku pojawia się postać. Leo. Biegnie wzdłuż
blaszaka.
-
Ścigam Geparda. Ma maskowanie, ale detektor ją łapie.
Wtedy
nagle pojawia się błysk. Ściana i kawałek dachu rozbryzgują się
tuż przy Leopoldzie.
-
Ktoś strzela do mnie.
Hisa
szacuje, z którego miejsca mogły paść strzały. Przez chwilę nie
może niczego znaleźć, ale potem jej uwagę przyciąga ciemny punkt
na dachu odległego o jakieś dwieście metrów budynku. Zerka przez
celownik.
-Mam
go.
Skupia
się, mierząc uważnie. Strzał. Strzał. Snajper znika z pola
widzenia.
-
Trafienie, ale nie wiem na ile skuteczne...
-
Kurwa, ściga mnie! – krzyczy Andrew.- Ja pierd…
A
potem trzask.
-Andrew?
Andrew? – Hisa wypatruje go na dachu.- Co jest?
W
momencie unieszkodliwienia samolotu Andrew kucał przy gzymsie dachu
niższego budynku i obserwował Leopolda tkwiącego na drabinie
prowadzącej na sąsiedni wieżowiec, na którym zniknęła śledzona
przez nich postać. Czuł się jak człowiek z dowcipu, który
przyszedł z nożami na strzelaninę.
I
kiedy parę sekund po strzale Niemca zobaczył skaczącego z gzymsu
mężczyznę w pancerzu, zdążył tylko pomyśleć, że jest w
najczarniejszej z czarnych dup. Postawna postać korzystała z
plecaka do skoków i w ułamku sekundy znalazła się po jego stronie
ulicy. Stanęła na gzymsie i wbiła wzrok w skulonego detektywa w
kamizelce kuloodpornej z niepozornym pistolecikiem. Przeciwnik miał
kask, ale Andrew przysiągłby, że widział rozlewający się za
szybką hełmu uśmiech. Opancerzony człowiek, który już sięgał
po dwa pistolety, ostatecznie zdecydował się tylko na jeden.
Andrew
jednak nie miał zamiaru czekać na rozwój wypadków, odbił się
błyskawicznie i lekko klucząc pędził co tchu w stronę pobliskich
drzwi wiodących na schody wewnętrzne. Nie był zresztą jedynym
biegnącym, bo kilka osób z koczujących na dachu biedaków, widząc
co się święci, też zapragnęło jak najszybciej opuścić dach.
Andrew usłyszał salwę z pistoletu, kawałek murku rozprysnął się
tuż przy nim, gdy wbiegał w wąskie drzwi, jednak żadna kula go
nie dosięgnęła. Zatrzymał się na półpiętrze gotowy do
strzału. Ale przeciwnik nie zjawiał się. Najprawdopodobniej uznał,
że Andrew nie stanowił żadnego zagrożenia i że podjął jedyną
rozsądną decyzję – uciekł.
Andrew
odczekał, aż przez drzwi przeleje się fala uciekających ludzi i
postanowił wrócić.
Leo
zaraz po strzale wszedł na dach i ukrył się za rogiem metalowej
rudery – a przeciwnicy gorączkowo szukali teraz tego, który
uszkodził ich pojazd.
Andrew,
nie widząc nikogo na sąsiednim budynku, wspiął się prędko po
drabince, przylgnął do ściany blaszaka i zaczął ostrożnie i
cicho sunąć wzdłuż ściany. Wyjrzał zza rogu i dostrzegł
otwarte drzwi magazynu, uszkodzony samolocik i stojącego tyłem
przeciwnika, który wypatrywał czegoś na sąsiednim dachu.
Najszybciej
i najciszej jak umiał, podkradł się do niego.
Tłumik
wygłuszył salwę. Rozbryzgnęły się blachy pancerza, a betonowy
dach zrosiła krew.
-
Nigdy nie lekceważ przeciwnika – mruknął Andrew do upadającego.
Mija
dłuższa chwila, wypełniona trzaskami w słuchawce, nim rozlega
się głos Greka:
-
Dobra, zdjąłem go. Idę do ciebie Leo.
Niemiec
tymczasem znika z pola widzenia Hisy, włączając maskowanie. Przez
chwilę nie wiadomo, co się z nim dzieje, choć momentami Japonka ma
wrażenie, że dostrzega na dachu falujące kształty.
-Dobra…
dopadłem Gepard…- to głos Leopolda. – Dostała z ogłuszacza.
Hakuję jej pancerz…
-Na
dachu jest drugi. - krzyczy Andrew - Kurwa, duży. O ja pierdolę…
Ściga mnie.
Hisa
widzi, jak Andrew wybiega zza blaszaka - gdy tylko dopada do rogu i
skręca, z tyłu wyłania się postawna postać w ciężkim pancerzu.
Wróg ma granatnik i karabin, Andrew trzyma swój pistolet maszynowy,
a na sobie tylko kamizelkę AP. Hisa czuje uderzenie gorąca,
opanowuje jednak emocje i przykłada oko do lunety. Mierzy uważnie
-
Nadlatuje coś. Może lepiej będzie włączyć zagłuszanie? –
ostrzega Nina.
-
Zgoda.
-
Tak.
-
Dobra.
Niemal
w tym samym momencie Hisa widzi rozwijającą się w powietrzu smużkę
dymu, po czym niewielka rakieta trafia w dach, na którym byli Leo i
Andrew. Jeden z blaszaków rozpada się, dym zasłania widok. Słychać
urwane krzyki Greka.
-
Jestem cały – melduje Leopold – Co z
Andrew?
-
Andrew? Andrew? Co jest?
Komunikatory
milkną nagle.
Dym
na dachu rozwiewa się i Hisa dostrzega znów mężczyznę w
pancerzu. Jest gotowa do strzału - delikatnie pociąga spust.
Trafiony serią przeciwnik chwieje się się na krawędzi, po czym
znika za nią. Osiem pięter powinno dokończyć dzieła.
Zdjęty. Ilu ich tu jeszcze jest?
Silnik
samolociku znów szumi jej nad głową. Hisa mierzy w niego, ale
wokół – na dachach i na ulicach jest zbyt wielu ludzi. Jeśli go
zestrzeli, pociągnie to za sobą ofiary. Odpuszcza więc, a latacz
znika za budynkiem.
Hisa
rozgląda się uważnie, chcąc wypatrzyć wroga. Przez moment nic
się nie dzieje, ale po chwili dostrzega świetlistą smugę i
jednocześnie słyszy pod sobą dźwięk kruszącego się betonu.
Ktoś strzelał. Wychyla się ostrożnie i widzi piętro niżej
człowieka w pancerzu, który wspina się po drabince pożarowej. W
ręku trzyma granat. Przez jedno ramię ma przewieszoną strzelbę.
Przez drugie…
Co
on ma w torbie? To… ładunki?!
Na
asteroidach kopalnianych
Nie
ma jednak czasu na dywagacje, bo nad Hisą zawisa schmetterling,
ustawiając się do strzału, i zaraz potem detektyw słyszy gwizd
odpalonej rakiety. W ułamku sekundy podejmuje decyzję i
błyskawicznie zeskakuje piętro niżej na schody pożarowe, mając
nadzieję, że spadnie na człowieka w pancerzu i że pocisk nie ma
zbyt dużej mocy. Podmuch eksplozji spycha ją jednak i pani detektyw
nie trafia w uzbrojonego mężczyznę - ale szczęśliwie udaje jej
się wylądować na krawędzi balkoniku. Zapiera się tuż przed
końcem metalowej platformy i rusza na wroga, który wpadł chyba na
podobny pomysł. Hisa chce go powalić, ten zaś chce zepchnąć ją
z balkoniku razem z granatem EMP - najwyraźniej liczy, że
dziewczyna spadnie, a impuls elektromagnetyczny wyłączy jej
wszystkie systemy pancerza, w tym ewentualnego jet-packa. Nie
przewidział jednak, że przeciwniczka zdołała jakoś ustać i
teraz granat wybucha między nimi. Konsole pancerzy gasną.
Czas
zwalnia.
Zza gzymsu dachu wylatuje schmetterling, ale w tym samym momencie targa nim szarpnięcie - pojazd spada, kręcąc młynka w kłębach dymu między budynkami i zrywając schody przeciwpożarowe. Leo nie miał widać skrupułów.
Balkonik
trzeszczy i obsuwa się lekko, Hisa z trudem podnosi karabin i
pociąga za spust w tym samym momencie co przeciwnik. Japonka
czuje szarpnięcia i dziwne nieprzyjemne ciepło rozchodzące się po
nodze, które zmienia się nagle w palący ból. Zamroczona widzi
tylko, jak mężczyzna, który chyba uniknął pocisków, znika pod
balkonem, słyszy brzdęk tłuczonego szkła, gdy ten z impetem
wykopuje okno piętro niżej. Sama chwieje się na nogach, pancerz
staje się niemiłosiernie ciężki.
Hisa
zerka w dół, widzi wyryty w asfalt płonący samolocik i
biegających w panice ludzi.
Dostrzega
też Greka, który kuśtyka wzdłuż ściany z granatnikiem w ręku.
Andrew nie widzi, że z wraku w kłębach dymu wynurza się postać.
Hisa błyskawicznie składa się do strzału, celuje w pilota i kosi
go serią. A potem podnosi wzrok i widzi nad dachem sąsiedniego
budynku dwa drony. Jeden z nich spada nagle, co świadczy o tym, że
Leo wciąż gdzieś tam jest. Hisa zdejmuje drugiego, po czym opiera
się o ścianę, zaciskając zęby.
Próbuje
resetować systemy i pancerz powoli budzi się do życia.
Najpierw
siłowniki. Inaczej się nie ruszę.
Czeka
na up kolejnych modułów. Jednocześnie wyłapuje z dołu podejrzane
dźwięki.
Japonka
czuje, jak zamiera jej serce.
Wysadzi
blok. Zabije ją i wszystkich mieszkańców innych.
Próbuje
sięgnąć go umysłem, ale ból nie pozwala jej się skupić, a
odległość czyni plan niewykonalnym.
Co
robić? Próbować negocjować? Szaleństwo. Zakraść
się? Tu mogą liczyć się sekundy.
Włączyć
w następnej kolejności Auto-doctora i odciąć się od bólu? Czy
raczej przyspieszacze, by móc działać?
Decyduje
się na przyspieszacze: na bieg i ostrzał. Może go zdejmie. Może
przebije się na niższe piętro? Może terrorysta nie uruchomił
jeszcze detonatorów?
Liczy
do trzech i wbiega drzwiami na korytarz - po lewej są serpentynowe
schody, więc zbiega nimi, ściskając karabin. Piętro niżej widzi
mężczyznę w pancerzu, który stoi złożony do strzału. Pruje do
niego z serii, lecz raczej bezskutecznie. Czuje za to kolejne
uderzenia i straszliwy ból rozlewający się po ciele. Utrzymuje się
jednak na nogach i z impetem biegnie dalej, w dół, po kręcących
się schodach.
Ściga
mnie?
Kolejne
piętro. I kolejne. Ma wrażenie, że pancerz robi się w środku
mokry i śliski.
A
potem słyszy trzask. Wróciła komunikacja.
-
Hisa?
-
Za... zaminował budynek…
-
Kto? Który?
-
Budynek.. Andrew... szedł wzdłuż niego…
-
Jestem przy vanie. - melduje Grek.
-
Hisa, zaraz u ciebie będę. Zostawiam Gepard w samochodzie. Uważaj
na nią Andrew.
-
Ta. Mam granatnik.
-
Leo…on podłożył… tyle ładunków. - Hisa opiera się o ścianę.
-
Trzeba je rozbroić.
-
Nie znam się na tym…
-
Ani ja. Ale spróbuję, czekaj.
-
Widzę postać wyskakującą z siódmego piętra na zwalone schodki,
które teraz opierają się o sąsiedni budynek. Ma dużą torbę. -
melduje Nina.
- To
on…. To są...
- Na
którym piętrze jesteś Hisa?
- Na
piątym…? Chyba?
-
Ścigaj go, ja pobiegnę na górę.
-Nie...
Leo, słuchaj, ja... nie dam rady. Jestem ranna. Spróbuję wrócić
na górę i coś z tym zrobić, zanim…
I
tak już chyba nie żyję...
-
Hisa…
Nagle
słychać kolejny trzask, włącza się Auto-doktor i dziewczyna
czuje nagle zimno i złudną błogość. Zmysły się wyostrzają,
przybywa sił.
Ale
w tym momencie rozlega się potworny huk, eksplozja wstrząsa
wieżowcem, Hisa widzi szerokie pęknięcia rysujące się głęboko
na ścianach i filarach konstrukcji budynku. Bierze wdech, wybija
najbliższe drzwi i krzyczy do mieszkańców, by uciekali. Wyskakuje
przez okno piątego piętra w tym samy momencie, w którym budynek
zaczyna składać się niczym harmonijka. Ląduje twardo, słysząc
kolejne sygnały Auto-doktora, turla się i obija, a potem stara się,
kuśtykając, biec dalej, biec i biec, by uciec z deszczu pyłu,
potężnych odłamków, wrzasków i śmierci.
Mija
dłuższa chwila. Gdy w końcu kurz nieco opada, wygrzebuje się z
gruzu i sunie w kierunku, w którym, jak się jej wydaje, zaparkowany
był ich van. Ulica jest nie do poznania – to jedno wielkie siwe
rumowisko. Przyzywa Tokugawę.
-
Nie… nie, kurwa NIE! - słyszy krzyk Andrew.
Widzi
zmiażdżony wóz przysypany odłamkami i biegającego wkoło niego
umazanego pyłem kolegę.
- Co
jest? – słyszy w komunikatorze głos Niemca. – Ech. Straciłem
go z oczu.
-
Gepard… zwiała...
-
Jak to zwiała?!
-
Leżała tu nieprzytomna, po eksplozji poszedłem zerknąć, co z
kierowcą, a kiedy wróciłem, już jej nie było.
-
Verfluchte Scheiße!!!
We
mgle, w gruzach, w pyle, wśród ludzkiego płaczu, krzyków i
złorzeczeń poszukiwania kobiety w maskowaniu wydają się zupełnie
beznadziejne. Mimo to Leo i Andrew miotają się chwilę bezsilnie po
okolicy.
-
Zaraz będzie tu policja - melduje Nina. - Jeśli dotrzecie na dach
któregoś z wieżowców, wciągniemy Was na pokład.
Leo
podaje numer budynku.
Teraz
ostatni wysiłek – wspinaczka.
***
Szum
silników wycieczkowca jest monotonny i usypiający.
Hisa
leży na podłodze w ambulatorium w kałuży krwi obok
podziurawionego pancerza i wpatruje się niewidzącym wzrokiem w
sufit, gdy mechaniczne ramiona wyrastające z karku Tokugawy tańczą
gorączkowo, by nie dać jej umrzeć.
Leo
z ponurą miną siedzi przy barze obok zamyślonej Niny. Andrew,
opatrzony w ambulatorium, nie ma ochoty na rozmowę.
W
dole, coraz dalej, widać unoszący się dym, słychać wycie syren.
To
cud, że żyjemy, że pokrzyżowaliśmy ich plany, a mimo to… ten
sukcesik smakuje tak gorzko…
*
* *
-
Będzie mogła pani wyjść za trzy dni.
-
Trzy dni…
-
Tak, ale przez tydzień trzeba jeszcze przyjmować tabletki
przyspieszające zrastanie się tkanek i antybiotyki. I potem do
kontroli.
Hisa
czuje wyraźnie, że podobna się temu młodemu lekarzowi, który
zagląda do niej zdecydowanie częściej niż do innych pacjentów.
-
Przynajmniej ktoś mnie odwiedza – myśli cierpko Japonka, chociaż
to zainteresowanie łechce jej próżność, bo przecież leży tam w
szerokiej szpitalnej koszuli, poobijana, połatana, obrzęknięta i
zmęczona. Pozawala jej to też nie myśleć za wiele. Nie chce
analizować po raz tysięczny krok po kroku tego, co się stało, tego,
co mogło się stać, tego, jak można było zrobić inaczej, lepiej.
Jak ich ocalić. Jak nie zgubić Geparda.
Miota
się między rezygnacją, złością i depresją. W końcu jednak
odpuszcza. Planuje, że po wyjściu ze szpitala chociaż przez jeden
dzień poświęci na coś miłego. I że odwiedzi chram w Centrum
Japońskim. Bóstwom należy się podziękowanie.
A
potem… Może pora przyjąć dziedzictwo. Tyle czasu to odkładała. A jutra może już nie być.
-Ta
ręka… Słaba robota. - lekarz notuje coś na tablecie.
-
Wie pan, ciężko o jakąś finezję w kolonii górniczej. Dobrze, że
chociaż powleczono to skórą. - uśmiecha się zażenowana. Boli
ją, że to zobaczył.
Łapiduch
kiwa głową ze zrozumieniem. Hisa czuje jego zmęczenie. Ostry
dyżur nie ustaje, bo do Szpitala Centralnego przyjęto część
pacjentów odesłanych ze Stalowni. Fatalne przypadki, niekończący
się potok osób poparzonych, okaleczonych, połamanych i rannych. W
tym dzieci.
Gdy
drugiego dnia rano lekarz przyniósł Japonce poranną gazetę,
przypisał szokowi pourazowemu jej nerwowy śmiech, który rozległ
się, gdy dziewczyna na pierwszej stronie ujrzała obszerny artykuł
o wybuchu instalacji wodociągowej w Stalowni - o inspekcji
budowlanej, o grzywnach dla dyspozytorów i o wzmożonych kontrolach.
Przecież
tyle osób widziało walkę, strącony samolot, trupy w pancerzach…
Wmówią im teraz, że to była awaria, a z twierdzących inaczej
zrobią wariatów. Zmontują uczone filmiki obrazujące, jak doszło
do katastrofy. Znajdą winnych i jakieś pionki odsiedzą swoje. Ale
może i lepiej… Może i lepiej...
-
Ostatnio jakiś sezon na strzelaniny chyba tu mamy – mówi lekarz,
a zachęcony lekko przez Hisę dodaje, że niedaleko leżą pilnowani
przez policjantów terroryści, którzy napadli na jakieś magazyny i
sporo ochroniarzy z drużyny pana Cereriarego.
-
Mieliśmy też przypadek kolesia z odstrzelonymi cohones.
-
Mam wrażenie, że pana praca jest ciekawsza niż moja – Hisa
uśmiecha się uprzejmie.
-
Nie narzekam na nudę. Tylko jakoś ostatnio mało czasu... na życie…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz